Archiwum kategorii: Gruzja

Coś na początek, czyli jak Ania z Markiem do Batumi dotarli

Autostop instant – Pies przewodnik – Polak potrafi – Turecki gambit

No to jedziemy – pierwszy wpis z Gruzji!

Lot jak lot – samolot. Pierwszy do Kijowa, a po kolejnej inspekcji naszych podejrzanie wyglądających ładowarek, przesiadka do Kutaisi. Pożegnaliśmy Dniepr szeroki (ale jaaaaki szeroki!) i Ukrainę, a noc zaskoczyła nas gdzieś nad Morzem Czarnym. Po kilku godzinach byliśmy już na gruzińskiej ziemi. Lot miał opóźnienie, więc nie było najmniejszego sensu telepać się po nocy busikami – zdecydowaliśmy przekimać się na lotnisku. Plecaki ułożyliśmy pod głowę, a kolejne komunikaty i fale coraz to nowych przybyłych miło ululały nas do snu.

Rano trzeba było jednak ruszyć w drogę. Przepakowaliśmy nasze plecaki z trybu "leć" na tryb "idź" i wyszliśmy na szosę w kierunku Batumi. Po dwóch kilometrach marszu wypatrzyliśmy całkiem dobry punkt do złapania stopa, wyciągnęliśmy ręce i…po niecałych dziesięciu minutach już siedzieliśmy w wygodnej Toyocie, mknącej prosto do Batumi. Pierwsza zasłyszana opinia o Gruzinach potwierdzona. Nie dadzą ci postać na poboczu zbyt długo 😉

IMG_20160817_102514
Raz na objad, raz na skrót – życie w drodze 

Nasz kierowca niestety po angielsku nie mówił, więc pozostała nam wielka rosyjska improwizacja. Trochę żeśmy pogadali, trochę pomilczeli, ale głównie napawaliśmy się krajobrazem. Góry, pola uprawne i gruzińskie domki. Wszystko bardzo malownicze, ale niestety w skutek urazu pamięci podręcznej autora, nie było jak zrobić zdjęć. Jeszcze będzie okazja. Bardzo charakterystyczny element ruchu drogowego to…krowy. Idą poboczem, środkiem jezdni, nawet na dwupasmówce, przy barierce, pod prąd i pod górę. Wydają się bardzo zdeterminowane i pewne swego. Dokąd zmierzają? Nie chciały tego zdradzić.

Nasz dobrodziej (z imienia nieznany, oby żył tysiąc lat!) wysadził nas przy posterunku policji, jakieś pięć kilometrów od centrum Batumi. Zarzuciliśmy nasze wierne plecaki na plecy i pomaszerowaliśmy. W drodze, prowadzącej praktycznie brzegiem morza, przyłączył się do nas pies i postanowił poprowadzić przez tory, mosty, kałuże (miał chyba swoje ulubione) aż do sklepu, gdzie zakupiliśmy kartę sim do telefonu. Uczynna bestia, oby żył tysiąc psich lat. Usiedliśmy na moment w jakiejś małej piwiarni i po kilku sekundach zagadał do nas miejscowy. Tym razem rozmowa była prowadzona w czterech językach: rosyjskim, angielskim, polskim i ukraińskim. Był to bowiem wnuk Polki ze Lwowa, która po wojnie została osiedlona w Katowicach. Bardzo sympatyczny jegomość. Wyjaśnił, które cyfry trzeba zignorować w trakcie wybierania numeru, pochwalił nasz kraj, nasz naród i podał trójkę, jego zdaniem, największych Polaków: Jan Paweł II, Lech Kaczyński i Robert Lewandowski. Co kto lubi ;).Najważniejsze, że udało nam się dodzwonić do koleżanki naszego kolegi, która prowadzi pod Batumi polski hostel reggae. Nasz nowy znajomy pożegnał się z nami bardzo wylewnie (a do tego dwa razy), krzyknął "Polak potrafi!", odśpiewał pierwsze linijki Mazurka Dąbrowskiego, po czym skierował nas do autobusu jadącego do Gonio, czyli naszego punktu docelowego.

WP_20160818_12_06_33_Pro
Wieża alfabetu w Batumi. Bardzo pouczająca.

Pani, która sprzedawała i kasowała bilety, zobowiązała się do tego, by w stosownej chwili zawiadomić nas, że już czas na wysiadkę. Spokojnie tedy usiedliśmy na swoich miejscach i podziwialiśmy drogę. Z jednej strony góry, z drugiej morze – bajka. Upłynęło juz jednak sporo czasu, a my nadal nie byliśmy na miejscu. Cytując klasyka: "Jedziemy, jedziemy a to miało być gdzieś pod Warszawą". I nagle – granica turecka. No to nas przewieźli. Na szczęście nie musieliśmy płacić za kolejny przejazd, a pani kasjerko-kontrolerka powiedziała, że coś jej się pomyliło, ale już wie i da nam znać. Oczywiście nie dała, ale na całe szczęście zorientowaliśmy się sami, więc wysiedliśmy tylko o jeden przystanek za daleko. Profit z tej całej przejażdżki mieliśmy taki, że ominęła nas wielka ulewa i złapał tylko lekki deszcz.

W końcu dotarliśmy do hostelu, znaleźliśmy Karolinę (właścicielka, pierwsza swojego imienia, oby żyła tysiąc lat), dostaliśmy pościel, umyliśmy się, zjedliśmy coś ciepłego i poszliśmy spać. To znaczy Ania coś tam jeszcze poczytała, a ja zasnąłem szybciej niż wynosi nowy rekord świata na czterysta metrów.

To tyle tytułem streszczenia, a już niebawem pierwszy wpis z włóczęgi po Batumi i trochę więcej zdjęć 🙂

Marek