Howdy y’all, czyli teksańska masakra mięsem wędzonym

El Przeprawa – Wielka wsypa! – Śmierć prezydenta – Wielkie ilości mięsa

Do autobusu, który miał nas zawieźć z Tucson do El Paso mieliśmy ponad godzinę marszu, więc mogliśmy jeszcze raz przespacerować się przez kampus uniwersytecki i porządnie pożegnać się z miastem. Trzeba przyznać, że mieliśmy szczęście, w ogóle docierając na czas w odpowiednie miejsce. Gdy kupowaliśmy bilety, byliśmy jeszcze w Kalifornii, a tymczasem linia Greyhound zmieniła miejsce swojego przystanku w Tucson, nie informując o tym mailowo pasażerów. My dowiedzieliśmy się tylko dlatego, że w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się jechać autobusem z Phoenix do Tucson i wysiedliśmy właśnie na nowej stacji. Gdyby nie ten fakt, w dniu wyjazdu do El Paso poszlibyśmy radośnie w zupełnie inne miejsce i znowu musielibyśmy gnać na złamanie karku.


Nie wiem czy dobrze widać, ale na horyzoncie szaleje burza piaskowa. Taka maleńka, ale jednak.

El Paso…Miasto leżące na granicy z Meksykiem, a więc również na brzegu Rio Grande. Co ciekawe, jego najstarsza część nie leży w Stanach Zjednoczonych, ani nie nazywa się już El Paso lecz Juarez. Stara nazwa osady założonej w XVII wieku, na południowym brzegu rzeki przez hiszpańskich odkrywców, oznacza tyle co przejście czy przeprawa. Logiczne. Po przeprawieniu się przez rzekę Hiszpane rozpoczęli kolonizację terenów obecnego Nowego Meksyku i Teksasu. Po wojnie amerykańsko-meksykańskiej granica została wyznaczona na Rio Grande, co przy panującym tam klimacie i wiążącymi się z nim zmianami biegu rzeki, było zarzewiem wielu konfliktów granicznych. Tradycyjnie gorąca atmosfera nadgranicznego miasta, była więc jeszcze gorętsza. Obecnie znajduje się tu największe przejście graniczne, a wysoki stalowy płot ciągnie się stąd aż po horyzont. 


Widok na El Paso i Ciudad Juarez. To wielkie, czerwone "X" symbolizuje przejście graniczne i znajduje się już po meksykańskiej stronie. Obok widać część uregulowanego koryta Rio Grande.

Ze stacji autobusowej odebrał nas nasz gospodarz, Alan. Pracownik socjalny, doskonale znający nadgraniczne realia i historię regionu, ale wykazującą, jak na couchsurfera zaskakującą niechęć do podróży. Jego filozofię w tym względzie możnaby ująć, parafrazując klasyka: "Podobają mi się miejsca, które już raz odwiedziłem". Niemniej jest osobą bardzo gościnną. Od razu powiedział, że możemy korzystać z kuchennych zasobów, a po kolacji zawiózł nas na świetny punkt widokowy, żebyśmy mogli zobaczyć El Paso, Juarez i granicę z wysokości. Było to dla nas tym cenniejsze, że zatrzymaliśmy się tu tylko na jedną noc i bez pomocy Alana zobaczylibyśmy dużo mniej. 


Niebo nad Teksasem wielokolorowe i dobrze strzeżone. Pod linią horyzontu baza wojskowa.

W dzień wyjazdu zdecydowaliśmy się przespacerować do Chamizal National Memorial. Mieszczący się nad samą granicą park i zabudowania muzealne jest symbolem amerykańsko-meksykańskiego pojednania i zakończenia dysput granicznych na dobre. Przynajmniej jeżeli chodzi o kwestie terrytorialne. Działania podjęte za prezydentury Johna Fitzgeralda Kennedy'ego zostały zwieńczone przez Lyndona Johnsona i prezydenta Meksyku Gustavo Diaz Ordaza podpisaniem porozumienia, a następnie uregulowania Rio Grande. Rzekę wpuszczono w betonowy kanał i siły natury miały nie doprowadzać już do sporów terytorialnych. Obecnie spory natury politycznej powoduje żywioł ludzki. Imigracja meksykańska nadal jest bardzo duża, a odpowiedzią ze strony USA jest umacnianie granicznego ogrodzenia oraz zwiększanie liczby patroli straży. Sami byliśmy świadkami pościgu za człowiekiem, który granicę pokonał "na dziko", ale został ujęty przez strażników. 


Mural przyjaźni amerykańsko-meksykańskiej na ścianie muzeum w Chamizal Park. 

Co zresztą, stało się i naszym udziałem. Otóż kiedy pożegnaliśmy się już z Alanem i wsiedliśmy do autobusu jadącego do Dallas, w drodze zostaliśmy zatrzymani w punkcie kontrolnym straży granicznej. Pomyśleliśmy sobie – standardowa procedura, w końcu granica niedaleko, autobusy trzeba sprawdzać. Strażnik wylegitymował wszystkich pasażerów, a w tym czasie specjalnie przeszkolony pies obwąchiwał bagaże w luku. Po pewnym czasie na pokład wszedł drugi strażnik i poprosił, żeby właściciel kwitku bagażowego o wskazanym numerze wstał i wysiadł razem z nim autobusu. Numer sprawdziłem właściwie dla zasady, ale zaraz oblał mnie zimny pot. Przecież to mój! Trochę się wahałem, ale wstałem powoli i podszedłem do strażnika, od razu tłumacząc, że to chyba jakaś pomyłka, że może pies wyniuchał jedzenie, ale on spojrzał na mnie twardo i jeszcze raz powtórzył, żebym wysiadł z autobusu. Ania oczywiście w wielkich nerwach, zaczęła się dopytywać o co chodzi, ale drugi strażnik kazał się jej uspokoić i zostać na miejscu. Wyszedłem z autobusu i zobaczyłem, że przy luku bagażowym stoi kolejny strażnik, trzyma w ręku pokaźną torbę z marihuaną, pies skacze w okół niego jak szalony. "Ktoś podłożył mi towar!", pomyślałem i prawdę mówiąc, odebrało mi trochę mowę, kiedy jeden z funkcjonariuszy zapytał czy to mój bagaż. Kiedy ponowił pytanie, a jego kolega stojący obok mnie zaczął wyciągać kajdanki, oprzytomniałem i spojrzałem w końcu na torbę, która ni cholery nie przypominała mojego plecaka.
– To nie mój bagaż – krzyknąłem nieco za głośno, odzyskując oddech.
– A czyj?
– Nie wiem, ale na pewno nie mój, to jakaś pomyłka.
– Daj mi swój kwit!Podałem. Strażnik spojrzał na numer, a potem na mnie, jakbym był jakimś imbecylem, po czym powiedział, że chętnie aresztowałby mnie pomylenie dziewiątki z ósemką, ale prawo stanowe na to nie pozwala. Roześmiałem się nerwowo, ale im nie było do śmiechu, więc kazali mi zabierać się do autobusu, gdzie, cicho jak trusia, siedział właściciel torby, którego w końcu znaleźli i wyprowadzili. Nie wiem kiedy ostatni raz byłem tak bardzo zestresowany, nie mówiąc o biednej Ani, która odchodziła od zmysłów, a którą strażnik musiał usadzać z pięć razy, żeby nie wysiadła za mną. Uspokoiliśmy się po jakiejś godzinie i łyku burbonu, który zaoferowała nam starsza pani siedząca przed nami. Ale jazda…

Nad ranem, już uspokojeni przez nocną podróż i sąsiadkę-staruszkę oraz jej burbon, dojechaliśmy do Dallas. To dziewiąte co do wielkości miasto w USA, a czwarte jeśli liczyć populację całej metropolii. Bardzo dobry wynik, zważywszy na to, że osada została założona dopiero po wojnie o niepodległość Teksasu, w połowie XIX wieku. Nie jest więc starą kolonią hiszpańską ani miastem meksykańskim, a że powstała przed inkorporacją Teksasu do USA, można powiedzieć, że trudno o bardziej teksańskie miejsce na ziemii. Dobra nasza, pomyśleliśmy sobie, trzeba spróbować trochę miejscowych specjałów.


Dallas z oddalli!

Na całe szczęście zatrzymaliśmy się u ludzi, którzy zostali stworzeni do goszczenia przyjezdnych. Nichole, z pochodzenia Greczynka, ale urodzona w Teksasie oraz Travis, pochodzący z Iowy, to ludzie nieco introwertyczni, ale bardzo wyluzowani i lubiący towarzystwo. Oboje uwielbiają gotować i jeść, mają na tyłach domu niewielką, elektryczną wędzarnię i trafiliśmy akurat na dwa dni wielkiego teksańskiego barbeque. Osz w mordę.


Od lewej: Ania, Nichole, Travis, Wielkie Ilości MIęsa, Millie i Mitch.

Nażarliśmy się więc po wręby. Bardzo dobrze, że żołądki mamy skurczone, bo zjedlibyśmy jeszcze więcej i nastąpiłby nasz koniec. Wędzona wieprzowina, żeberka, sałatki, sosy do BBQ własnej produkcji, a wszystkiego tyle, że po naszym wyjeździe zostało jeszcze na tydzień. Albo dwa. Ania zrobiła do tego wielką porcję sałatki ziemniaczanej, więc jedno jest pewne – z domu Nichole i Travisa, lżejsi nie wyjechaliśmy. Domostwo było bardzo wesołe, co i rusz wpadali jacyś znajomi, żeby coś podjeść albo pograć w zielone, a pierwszego wieczoru załapaliśmy się na cotygodniowy seans najnowszego odcinka The Walking Dead. W końcu na ekranie większym, niż nasz tablet! Oprócz gospodarzy i przyjaciół domowe stadko tworzyły jeszcze cztery pieski rasy chihuahua. Strasznie jazgotliwe, ale wyjątkowo urocze.


Ania i jej ulubieniec – Ruppert. Zwany przez nią Rufusem. Przeze mnie zwany Szczurkiem.

Mieliśmy co jeść, gdzie spać i kogo pogłaskać, więc spokojnie mogliśmy się wypuścić na zwiedzanie miasta. Nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia, ale zawsze to duże miasto, w którym nas jeszcze nie było, a poza tym mogliśmy obejrzeć miejsce jednego z najgłośniejszych zabójstw XX wieku. Abstrahując od wszelkich nieścisłości w śledztwie, dziwnych trajektorii lotu i innych teorii spiskowych, jedno pozostaje faktem – to właśnie w Dallas, 22 listopada 1963 roku, na Elm Street śmiertelnie postrzelono prezydenta Kennedy'ego. W amerykańskiej historii nie była to rzecz bez precedensu, a Kennedy był czwartym prezydentem, który zmarł w wyniku zamachu. Napięta sytuacja polityczna, społeczna oraz fakt, że ostatni zamordowany prezydent zmarł ponad 60 lat przed JFK (ludzie się odzwyczaili), sprawiły, odcisnęły wielkie piętno na narodzie. Kontrowersje dotyczącego zamachu i śledztwa sprawiają, że tylko co piąty obywatel wierzy w oficjalną wersję wydarzeń.


Cztery metry na prawo ode mnie prezydenta Kennedy'ego trafiła druga kula. Według oficjalnej wersji wystrzelony z budynku po lewej. Drugie okno od góry, pierwszy rząd od prawej. 

Poszliśmy więc zobaczyć memoriał prezydenta, a potem miejsce w którym został postrzelony. Nieopodal spotkaliśmy pierwszych Polaków od wyjazdu z Kalifornii. Pochodzące z Małopolski małżeństwo i dwójka dzieci urodzonych już w Chicago. Pogawędziliśmy chwilkę i musieliśmy pędzić dalej. Kupiliśmy bilet upoważniający nas do nieograniczonej liczby przejazdów w przeciągu pięciu godzin i chcieliśmy wrócić do domu zanim wygaśnie. Poszwędaliśmy się jeszcze trochę po centrum, przejechaliśmy się darmowym, zabytkowym tramwajem "Betty" i wróciliśmy do domu. Muszę przyznać, że pośród wielkich budynków Dallas czuliśmy się bardzo raźno. Już dawno nie byliśmy w centrum dużego miasta i nieco przyśpieszone tempo metropolii wyczuwalne w powietrzu, przypomniało nam Warszawę. 


Centrum miasta pokaźnych rozmiarów, ale absolutnie nie zatłoczone. 

Kolejnego dnia mieliśmy się przejechać do White Rock Lake, ale kiepska pogoda i kilka rzeczy do zorganizowania przez internet, zmieniły nasze plany. Zostaliśmy z psami, pilnując obejścia. Niestety Nichole musiała lecieć wcześnie rano do Montrealu, a Travis nie zdążył wrócić z pracy przed naszym wyjściem, także żegnały nas tylko smutne spojrzenia psiarni. I tony zimnej wieprzowiny w lodówce. Wzięliśmy trochę na drogę, żeby nie było jej smutno. Wsiedliśmy w autobus miejski, który zawiózł nas na stację Megabus, który od tej pory miał nam towarzyszyć prawie nieprzerwanie do końca naszych amerykańskich wojaży. Przejazd z Dallas do San Antonio kosztował nas dwa dolary. Dwa. Daaaaaaaaaauuuuuuuuuuuumnnnnnnn. 


Pokój z charakterem. Nasze miejsce w obejściu Nichole i Travisa. 

Marek

Feniks, bigos i pustynia, czyli Arizona dream

Nie ma boczku w kostkę na pustyni – Miłość od pierwszego wejrzenia – Góry i kaktusy – Kentucky wódeczka

Letnia wycieczka do Phoenix – stolicy Arizony –  to nie najlepszy pomysł. Nasłonecznienie tego stanu jest generalnie bardzo wysokie, a Phoenix graniczy z pustynią Sonora i 1/3 miasta to również tereny pustynne. Dobrze zatem, że przyjechaliśmy w marcu. Mimo to odczuliśmy na własnej skórze gorący podmuch – nazwa miasta jak najbardziej na miejscu. Osada została założona kilka lat po wojnie secesyjnej, prawa miejskie uzyskała w 1881 roku, a wraz z utworzeniem stanu Arizona (1912), Phoenix stało się stanową stolicą.


W drodzę na Camelback Mountain. Za tło robi Phoenix we własnych osobach.

Ze stacji autobusowej odebrał nas couchsurfer David. Przyjechaliśmy do domu, gdzie poznaliśmy resztę jego czarującej rodziny – żonę Jennifer, syna Luke'a, córeczkę Claire oraz dwa przemiłe psiaki – Stevy'ego i Monte. Trzeba przynać, że w domu Davida i Jenn bawiliśmy się znakomicie. Gospodarze dbali o nas, karmili, zabawiali, a jednego wieczora wyciągneli nawet "Cards against humanity", w którą, jak może pamiętacie, graliśmy już w Australii z Tonym. Zatem znów miałam okazję pośmiać się tak bardzo, że mnie brzuch rozbolał. Jeszcze raz – grę polecam, jest fantastyczna i przekomiczna.


Niestety bez Davida, który poszedł już do pracy. Jennifer, dzieciaki i psiaki.

Przez pierwsze dwa wieczory Jenn częstowała nas przepysznym kurczakiem – trzeba było się zatem zrewanżować. Zaproponowaliśmy bigos, a propozycja została przyjęta z entuzjazmem. David zna polską kuchnię, bo odwiedził nasz kraj, gdy kilka lat temu mieszkał przez jakiś czas w Europie. Jenn też sporo podróżowała. Jeszcze zanim poznała męża zdecydowała się na podróż jachtstopem i przez dwa lata pływała po morzach i oceanach. Odważna – szacuneczek. W każdym razie obydwoje chętnie próbują nowych smaków, więc uwarzyłam bigos. Jenn miała naprawdę świetną kapustę kiszoną (sami ukisili), co bardzo ułatwiło mi zadanie. Jedyne, czego nie udało się dorwać to boczku do pokrojenia w kostkę. Prawie cały boczek w Stanach jest bowiem przerabiany na cienkie plasterki. Boczek w kawałku!? Takie diabelstwo to trzeba u rzeźnika zmówić z wyprzedzeniem. Podobnie niestety jak słoninę – tu takich cudów się nie jada, więc drugiego marzenie Davida – smalecu ze skwarkami nie udało się niestety spełnić. Za to bigos wyszedł pierwsza kalsa, zjedliśmy go radośnie i ze smakiem.


Pomimo skwaru za oknem bigos bardzo dobrze wszystkim podszedł.

Przy okazji David opowiedział nam przezabawną historię jak to się z Jenny poznawali. Otóż jest to jeden z tych związków, który można określić jako "miłość od pierwszego wejrzenia". Poznali się na kursie z autoprezentacji, strasznie zakochali, a że byli już po trzydziestce i obydwoje chcieli jak najprędzej założyć rodzinę, to trafili na siebie w idealnym momencie. Zdecydowali się postarać o potomka jak najszybciej i David poznawał rodzinców Jennifer, kiedy ta była już w pierwszych tygodniach ciąży.

– Wyobraźcie zatem sobie – opowiadał David – że spotykamy się z rodzicami Jennifer na Święto Dziękczynienia i tu następuje kaskada "dobrych wieści". Najpierw wszyscy radośni, że Jenn w końcu po szlajaniu się po świecie przez tyle lat postanowiła się ustatkować i przyprowadza chłopaka. Potem ja się czaję na ojca i mu mówię, że jestem taki trochę "starej daty", więc chciałbym go poprosić o rękę jego córki. Po czym w okolicach deseru informujemy wszystkich, że Jennifer jest w ciąży. W tym momencie w radiu zaczyna się jakaś sentymentalna piosenka country o miłości. Siedzimy przy tym stole, po chwili milczenia jej ojciec zaczyna płakać, potem zaczyna płakać Jennifer, a ja tylko myślę "Cholera, wszyscy płaczą, to chyba nie zrobiłem najlepszego wrażenia".


Dalszy ciąg wspinaczki na wielbłądzi garb. Niestety temperatura zgoniła nas na dół.

Okazało się jednak, że wrażenie było jak najlepsze, a David i Jennifer są na prawdę dobraną i czarującą parą, a trzeba przyznać, że i trzyletni Luke, i roczna Claire podbili nasze serca. Z ich domu wyruszyliśmy na dwie wycieczki do pobliskich rezerwatów. W końcu byliśmy w Arizonie i trzeba się było rozejrzeć trochę jak ta pustynia północnoamerykańska wygląda. W Phoniex można to zrobić z łatwością. Rezerwaty znajdują się bowiem w rejonie miasta. Pierwszego dnia wybraliśmy się zatem do Echo Canyon, gdzie powspinaliśmy się trochę, ale z podejścia do najwyższego szczytu – Camelback Mountain zgoniła nas temperetura. Po prostu trochę za późno wyszliśmy z domu. A trafiliśmy na najgorętszy dzień zimy – 35 stopni C. Podobno i na wiosnę rzadko się zdarza taka temperatura i lepiej wtedy nie szaleć na szlakach. Wszędzie można z resztą znaleźć tablice ostrzegające przed takimi wybrykami. Dodatkowo trzeba koniecznie pamiętać o piciu dużej ilości wody, gdzyż suche pustynne powietrze oraz palące słońce wyciągają ją z człowieka w niesamowitym wprost tempie. Ja po prostu czułam jak ze mnie paruje. W jednej chwili masz mgięłkę potu na skórze – sekundę później już jej tam nie ma. I mówiąc "sekundę", nie przesadzam. 


Łatwo nie było…

Drugą wycieczkę odbyliśmy na rowerach do South Mountain Park. Niestety wybór rowerów okazał się wielce niefortunny. Rozbolał mnie bark, jakoś się nie mogłam do roweru dopasować, zaczęliśmy się wlec i tak zanim dojechaliśmy do parku nastała godzina 11. Zrobiliśmy szybką rundkę po okolicy, ale na żaden bardziej wymagający szlak nie starczyło już czasu. Ale co tam – pustynia była? Była. Kaktusy były? Były. Piękne widoki były – no jaha! Nie ma co marudzić. Jazdę w drugą stronę poddaliśmy, dojechaliśmy do przystanku autobusu, który podrzucił nas z powrotem w gościnne progi naszych gospodarzy. 


Kompletnie nie mam pomysłu na podpis pod tym zdjęciem.

Rano pożegnaliśmy Davida, który ruszył do pracy. Pani domu nakarmiła nas natomiast pysznym śniadaniem i wyprawiła w dalszą drogę. Wypatatajaliśmy młodzież na kolanach, wygłaskaliśmy domagające się pieszczot psy i musieliśmy ruszać. Szkoda nam było opuszczać to miłe domostwo, ale trzeba jechać, żeby zdążyć do Bostonu na samolot.


Jestę kaktusę! 

Miasto Tuscon też już niecierpliwie na nas czekało, a chciaż z naszych badań internetowych wyszło, że nie ma tam zbyt wiele do oglądania, to po pierwsze – my sobie zawsze coś znajdziemy, a po drugie – gdzieś się przecież zatrzymać trzeba. Na około są zresztą parki narodowe i stanowe. Niestety nie udało się do nich dotrzeć. Za daleko na piechotę, brak autobusów miejskich jeżdżących poza centrum, a podwózki też nie udało się zdobyć. W Tuscon zagościliśmy u Erica, sympatycznego nauczyciela/aktora. Jego teatr właśnie podjął się wystawienia "Makbeta", jednak Eric znalazł i dla nas trochę czasu między próbami i pracą. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, obejrzeliśmy razem ulubione odcinki South Parku i wypiliśmy trochę drinków z chyba najbardziej paskudną wódką, jaką kiedykolwiek smakowaliśmy. Wytworzono to-to w Kentucky. Erick ostrzegał, że będzie niedobra, ale, że Polacy przyjechali, to wódeczkę wyjął ;). Z resztą jak się jej wlało bardzo niewiele do szklanki i zalało dużą ilością soku, to jakoś poszło. Zdrowie gospodarza!

W Tuscon obejrzeliśmy przede wszystkim kampus Uniwersytetu Arizony – bardzo sympatyczne miejsce. Poszlajaliśmy się trochę to tu, to tam, zajrzeliśmy do Studia Kreatywnej Fotografii, co mogę spokojnie polecić, bo zdjęcia były naprawdę ciekawe. Jednak fakt pozostaje faktem – Tuscon dla podróżnika budżetowego za wiele atrakcji nie posiada. Mimo to byliśmy z wizyty w nim zadowoleni – miłe towarzystwo Ericka, podłapana przez przypadek próba chóru uniwersyteckiego, ciepła pogoda, piękne widoki pobliskich gór – czego chcieć więcej? Darmowego wejścia do Muzeum Stanu Arizona albo na mecz Arizona Wildcats. Ale poza tym już nic ;).


Chocholi taniec chóru z Arizony.

Ania

W drogę już czas najwyższy, czyli wyjazd z bazy

Kumple z San Jose – Grand Prix na plaży – Dom nieobecnych – Wielka wtopa

Pozostały czas jaki spędziliśmy u wujostwa, zleciał nam na dalszym planowaniu i całe szczęście, bo kraj duży, do zobaczenia masa rzeczy, a tylko dwa miesiące na przejazd z wybrzeża na wybrzeże. Warunki w Hollister mieliśmy więcej niż idealne, więc mogliśmy wszystko na spokojnie przemyśleć, naładować baterie i cieszyć się rodzinną atmosferą. Przyszedł jednak dzień, gdy trzeba było ruszyć na północ, by potem móc pojechać na południe. Wujek i ciocia musieli wyjechać z domu na kilka dni, więc podrzucili nas do San Jose, gdzie dwie noce mieliśmy zostać u couchsurferów, a ostatnią u Doroty, córki wujka Mariana, która już w naszych wpisach zagościła. 


Mistrz przy robocie, czyli wujek Marian przygotowuje stejki ;).

Najpierw jednak przyszło nam poznać Erin i spółkę. Poznajcie ich więc i Wy. Erin to z wykształcenia historyczka teatru, z zawodu bibliotekarka, podróżniczka i pisarka z zamiłowania. Trochę już ją po świecie nosiło, ale największa wyprawa jeszcze przed nią. Mogliśmy pogadać sobie o Gruzji, bo Erin pracowała tam przez ponad pół roku jako nauczycielka angielskiego. Bobby, urodzony w Bułgarii, pełni funkcję domowego wesołka i rzeczywiście trudno złapać go w momencie, w którym się nie uśmiecha. Roześmiany, wyluzowany, lubi sobie zajarać. Jest poetą i pisarzem, ale szara rzeczywistość rzuciła go chwilowo w świat finansów i tabel excelowych. Pierre to inżynier w Apple'u. Z zasady nie mówi o swojej pracy, z pozoru wycofany, ale kiedy już z nami zagadał, okazał się świetnym rozmówcą, ze świetnym poczuciem humoru. Tika to dziewczyna Bobby'ego. Poznaliśmy się z nią najmniej, bo najrzadziej była w domu, ale chyba nie muszę dodawać, że jest bardzo sympatyczna. W takiej gromadzie nie uchowałby się żaden mruk. 


Erin to wielka fanka Gwiezdnych Wojen. W samochodzie Hula Wan Kenobi.

Zwłaszcza, że stawiają na ludzi towarzyskich, choćby w minimalnym stopniu. Gdy zjawiliśmy się w ich obejściu, akurat szukali piątego sublokatora, bo jeden ze starych wyjadaczy, informatyk pracujący dla NASA, niedawno się wyprowadził. Poznaliśmy więc trochę ich zasad, wśród których stoi jasno: Przynajmniej trzy razy (jeśli dobrze pamiętam) w tygodniu każdy musi zameldować się na wspólnej kolacji. Znaczy się, nie możesz być cieniem, który tylko płaci swoje i żyje obok współlokatorów. Trzeba żebyś był członkiem społeczeństwa. Wygląda na to, że zdaje to egzamin. 


A oto maszyna do robienia drinków skonstruowana przez Pierra w czasie wolnym od pracy.

Gromada jest więc naprawdę zgrana i wesoła, a uzupełnia ją pięć kur. To nie żadna metafora, mają pięć kur w ogródku z tyłu domu. Kury są dorodne, bardzo towarzyskie i znoszą jajka. Całkiem znośne. Jedna z nich, czarna, z białym paskiem na głowie, została nazwana Rogue, na cześć jednej z bohaterek marvelowskich komiksów. W takim oto towarzystwie spędziliśmy dwa dni i trzeba powiedzieć, że dodało nam to energii. Przy wspólnych kolacjach i dobrym, kalifornijskim piwie czas leciał beztrosko. Nie mówiąc już o wieczorku filmowym, podczas którego obejrzeliśmy "Jurassic Park", jeden z ulubionych filmów Erin, a potem japońską animację "Gantz: 0". A może "Gantz: o"? W każdym razie pokręcony, pełen potworów, wielkich robotów i bijatyk. Śmiechu było co nie miara. 


Niestety Rogue nie chciała wyjść do zdjęcia, ale reszta chętnie wyleciała z ukrycia. Myślały, że mam jedzenie.

Do wesołej kompanii z San Jose dwukrotnie dołączyło dwoje ich przyjaciół i, oczywiście, jedną z tych osób była Polka. Ania. Z Mokotowa. Jej brat trenował szermierkę w IKS Warszawa. No naprawdę! Skoro już jesteśmy przy zbiegach okoliczności, to wróćmy na chwilę do Tokio. Pamiętacie Emmę? No to teraz już pamiętacie, to ta wspaniała Francuzka, która dwukrotnie przechowała nas w stolicy Japonii. Kiedy byliśmy u niej opowiadała nam o jakimś bardzo fajnym inżynierze, pracującym dla Apple'a, który zatrzymał się u niej na jakiś czas i okazał wspaniałym gościem. Już widzicie dokąd to zmierza? Otóż to-to był Pierre. Nasz współgospodarz Pierre. Wszystko okazało się już po naszym wyjeździe z San Jose, więc nie mogliśmy się pośmiać z tego wszyscy razem. 


Od lewej: Ania z Mokotowa, Ania z Ursynowa, Chris (lepiej odkarmiony Jon Snow), Marek, Bobby the Bobster, Erin, Pierre the Apple Guy.

Posiedziałoby się jeszcze u tej wesołej bandy, ale komu w drogę temu czas. Na ostatnią noc przed wyjazdem przenieśliśmy się do Doroty, która podjęła nas kolacją i dobrym winem. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, a nad ranem, Dorota, zaopatrzywszy na drogę w polskie wędliny i kabanosy, odwiozła nas na przystanek Megabusu, gdzie musieliśmy się z kochaną kuzynką pożegnać. Wsiedliśmy w autobus do Anaheim i pognaliśmy na południe. Droga zleciała bardzo przyjemnie, a standard był naprawdę bardzo dobry. Cena jak w Polskim Busie, ale dużo więcej miejsca na nogi. No, nie dają jeszcze wysuszonych bułek, ale obeszliśmy się jakoś bez nich.


Droga do Anaheim.

Wysiedliśmy w Anaheim, z autobusu miejskiego pomachaliśmy z daleka pierwszemu w historii Disneylandowi i ruszyliśmy dalej, do Long Beach, na Grand Prix. Fanów sportów motoryzacyjnych muszę tutaj zawieść. Nie chodzi o Grand Prix IndyCar Series, tylko o turniej z cyklu pucharu świata we florecie. Trzeba było pokibicować trochę koledze i koleżankom z planszy. Znowu ;). Co się tak patrzycie? To zwykła koincydencja. Nie ma takiego prawa, które zakazuje bona fide wędrowcom wstąpić na turniejsz szermierczy, który akurat rozgrywany jest po drodze. Albo dwa turnieje. Przypadek i tyle!


Jakoś nie wyszło nam, żeby zrobić sobie zdjęcie z całą kadrą, ale złapaliśmy przynajmniej dwie.

Jeżeli ktoś naprawdę jest zainteresowany aspektem sportowym tej wizyty, zapraszam na www.mat-fencing.com. 

Większość czasu spędziliśmy w sali, ale udało nam się przynajmniej trochę pointegrować z naszymi gospodarzami z couchsurfingu. Kyle, syn oficera US Navy, pochodzi z Rhode Island, ale w związku z zawodem ojca całą rodzinę rzucało z kąta w kąt. Obecnie rezyduje w Long Beach i uwikłał się w produkcję teatralną, a także aktorstwo. Również w związku z tym nie widzieliśmy się prawie wcale, bo akurat grał w szekspirowskiej "Miarka za miarkę". Jego dziewczyna Lacey, bywała w domu częściej, ale niestety męczył ją tak fatalny kaszel i chrypa, że z trudem mówiła, więc postanowiliśmy jej nie zamęczać. Przez ich mieszkanie przewinęła się w tym samym czasie jeszcze jedna para couchsurferów, ale tych to nawet na oczy nie zobaczyliśmy. 


Gospodarze, ze względu na suchy klimat Kalifornii, mieli parę istotnych zasad dotyczących używania łazienki. Posiedli również całkiem milusią kolekcję stolczyków. Gdybyśmy tylko wiedzieli…

 Dzisiaj rano (bo piszę te słowa w drodze do Phoenix) wyszliśmy bardzo wcześnie żeby pojechać do Los Angeles i złapać autobus do Phoenix. Było jeszcze ciemno, nastroje dopisywały, po raz kolejny lubiany przez nas moment, w którym zakładamy plecaki i idziemy tam gdzie nas jeszcze nie było. Niestety nie obeszło się bez straszliwego momentu konsternacji, kiedy okazało się, że jesteśmy na złej stacji autobusowej. Stało się. Przez siedem miesięcy ani jednego pudła, wszystko dobrze obliczone i sprawdzone. Widmo spóźnienia ani razu nie zajrzało nam w oczy, aż do dzisiaj. Na domiar złego, w nerwach wpisałem w nawigacji 70th street zamiast 7th street i pokazało mi, że jak weźmiemy taksówkę, to zdążymy właściwie w ostatniej chwili. Okazało się, że stacja nie była tak daleko i możliwe, że wcale nie trzeba było brać taksówki. Podwójna wtopa. Najważniejsze jednak, że jedziemy już do Arizony i możemy słuchać w autobusie jak młodzież dyskutuje o tym, że ci z Titanica to jacyś debile, bo przecież mogli popłynąć na około tej góry  lodowej albo zupełnie się zatrzymać. Znaczy nie jest jeszcze ze mną tak źle. 


Jedziemy na pustynię, więc krajobraz zaczyna się już zmieniać.

Marek

Clint, Forest i wszyscy święci, czyli na kalifornijskim wybrzeżu

Krewetki to owoce morza – 17 mil i miasto bez szpil – Amerykańsko-polskie świętowanie – Miasto osobliwych przechodniów

Trochę oglądania, trochę odpoczynku, kilka filmów, jedna niegroźna, ale jednak upierdliwa infekcja nosa – dzięki rodzinnej gościnności mogliśmy pozwolić sobie na to wszystko. Już za kilka dni ruszamy w długą podróż po USA. Mamy czas do 15 maja, żeby obejrzeć jak najwięcej z Nowego Świata, zanim wrócimy na Stary Kontynent. Trzeba ten czas wykorzystać w stu procentach, więc planujemy zawzięcie: autobusy, couchsurfing, co zobaczyć, gdzie pojechać – szukamy, zaglądamy w różne zakątki internetu, liczymy na co nas stać (i siłowo, i finansowo), a z czego będzie trzeba zrezygnować.


Jeden z wielu starych zakładów produkcyjnych, w którym wytwarzano konserwy. Oczywiście na Canning Street. Po naszemu na ul. Puszkina.

W międzyczasie ruszyliśmy w towarzystwie wujka na wycieczkę wzdłuż wybrzeża. Pierwszym przystankiem było Monterey, miasteczko nadmorskie – kurort i baza dla rybaków, dawna stolica Górnej Kalifornii. Przyjechaliśmy poza sezonem, więc ominęły nas tłumy, co było bardzo miłe. Z drugiej strony w sezonie letnim jest szansa by posłuchać muzyki na świeżym powietrzu – odbywający się od lat 60-tych festiwal rockowy przyciąga wielu artystów i oczywiście turystów. 


Marina w Monterey świeci pustkami, bo jeszcze zima.

Zabudowa miasta nadal przypomina o czasach, gdy na nabrzeżach Monterey funkcjonowały rozliczne przetwórnie rybne. Widać jednak wyraźnie, że w tej chwili więcej wagi przykłada się do turystyki – plaża i możliwość wybrania się na wycieczkę w górzyste tereny, czy na podglądanie wielorybów to idealne warunki do budowania takiego biznesu. W Monterey otwierają się knajpki, klimatyczne puby i tu znajduje się pierwsza na świecie restauracja sieci Bubba Gump Shrimp Company.


My momma always told me: "Nie jedźcie w tę podróż, zabiją was węże i porwą terroryści!" – podrowienia dla kochanej KasiŚ 😉

W 1995 roku Paramount Pictures wpadło na nie głupi pomysł. Skoro film "Forest Gump" nie tylko zgarnął rozliczne nagrody filmowe, ale i urzekł publiczność do tego stopnia, że cyctaty z niego są powszechnie znane, to można jeszcze kilka kuponów od sukcesu odciąć. UWAGA SPOILERY DO FILMU "FOREST GUMP"! KTO NIE OGLĄDAŁ, NIECH NIECH IDZIE DO NASTĘPNEGO AKAPITU! Stworzono więc na licencji studia sieć restauracji, które nawiązują do obsesji jednego z bohaterów filmów – Bubby, który marzył o własnym, krewetkowym biznesie. Marzenia, jak zapewne pamiętacie, nigdy nie spełnił, gdyż zginął na wojnie w Wietnamie. Główny bohater – Forest postanawia zrealizować plan nieżyjącego przyjaciela i odnosi w łowieniu krewetek olbrzymi sukces. Sukces odniosła też sieć restauracji, w których wszystko obwieszone jest tabliczkami z cytatami z filmu i rekwizytami przypominającymi kultowe sceny. Sukces odnieśliśmy także i my, bo wujek Marian zaprosił nas tam na lunch. Zdjęcia kadrów jako tapety i kelnerzy, którzy zabawiają gości zagdakami z filmu, a do tego na prawdę pyszne krewetki na milion sposobów – dla fanów "Foresta Gumpa" (czyli dla nas) to prawdziwa gratka – polecam.


Zrobiliśmy też zdjęcia całym porcjom, ale nie wiedzieć czemu te sympatyczne zdjęcia, po prostu zniknęły.

Z Monterey ruszyliśmy na przejażdżkę po przepięknej 17-Mile Drive. Przez dużą część 17 milowej drogi można oglądać sławną Pebbel Beach i wybrzeże Pacyfiku, o którego ostre skały rozbijają się spienione fale. Wśród lasów cyprysowych stoją jedne z najdroższych i najpiękniejszych domów w Kaliforni. We wspaniałej scenerii masz możliwość zagrać niezwykle kosztowną partię golfa. Gorycz związaną z wydaniem mnóstwa "zielonych" może osłodzić świadomość, że gra się na terenie współnależącym do Clinta Eastwooda, który w pobliżu ma również dom. Za przywilej powiedzenia "grałem w golfa na polu golfowym Clinta", trzeba zapłacić coś koło 500 "baksów". Zdecydowanie tańsza jest możliwość spotkania gwiazdora w jednej z miejscowych restauracji. 


Nigdy nie grałem w golfa i nie wiem czy w takich okolicznościach przyrody mógłbym skupić się na grze.

My zadowoliliśmy się faktem, że na 17-Mile Drive pierwszy raz w życiu widzieliśmy lwy morskie w ich naturalnym środowiski. Mogliśmy także podziwiać Bird Rock – piękne przybrzeżne skały, na których odpoczywały liczne gatunki ptaków morskich. Na koniec jedna z największych atrakcji i symbol Pebble Beach, czyli ponad 250 – letni Samotny Cyprys. Drzewo jest nie tylko stare, ale w dodatku rośnie na cyplu, czepiając sie korzeniami skał z prawdziwą uporczywością. Także chociaż nasz "Bartek" starszy, to jednak trzeba przynać, że Samotny Cyprys ma znacznie trudniejsze warunki bytowania – uznajemy remis ;).


Kalifornijskie słońce grzeje z wysoka, ocean mieni się refleksami, a cyprys jak stoi, tak stał. To znaczy jak stał, tak stoi.

Z 17-Mile Drive ruszyliśmy do miasteczka Carmel-by-the-Sea, zwanego najczęściej po prostu Carmel, w którym burmistrzem był Clint Eastwood (oczywiście), i w którym prawo zakazuje noszenia butów o obcasach wyższych niż dwa cale (trochę ponad 5 cm) bez specjalnego zezwolenia władz. Zbudowane na precedensach prawo amerykańskie często zawiera takie ciekawostki. W latach dwudziestych mądre, prawnicze głowy z Carmel postanowiły, że zabezpieczą w ten sposób miasto przed pozwami modniś, które mogły by się na wysokich obcasach wykopyrtnąć ze względu na nierówności chodnika. Rosnące w mieście cyprysy z prawdziwą lubością przegryzają się bowiem korzeniami przez wszelką skałę, a co za tym idzie chodnik nie jest dla nich żadnym wyzwaniem. Obecnie przepis jest oczywiście martwy, a policjanci nie będą za nikim biegać z linijką. Jeśli jednak ktoś chce być straszliwie praworządny, to w ratuszu wydają za darmo pozwolenia na ekstrawaganckie buty. 


Kościół w mijsi frańciszkańskiej w Carmel. Niestety w San Francisco misji karmelitańskiej nie było. Badum tssss.

W Carmel znajduje się także kolejna na drodze El Camino Real misja franciszkańska i kościół – The Basilica of Mission San Carlos Borromeo Del Rio Carmelo, czyli w prostych niehiszpańskojęzycznych słowach – misja w Carmel. Założona została przez franciszkanina – Junipero Serrę, którego w 1985 beatyfikował Jan Paweł II, a niedawno kanonizował papież Franciszek. Część budynków XVIII-wiecznej misji musiano oczywiście odbudować, by obecnie można było je pokazywać jako muzeum. Ciekawe jest jednak, że zachowała się tu, jako jedyna w Kalifornii, orginalna dzwonnica misji – tak charakterystyczna dla budynków meksykańskich z tego okresu. Dla poszukiwaczy śladów papieża-Polaka, jest kolekcja zdjęć z Janem Pawłem II, który odwiedził to miejsce w 1987 roku. Mnie osobiście urzekł dziedziniec z malowniczym ogrodem i piękną fontanną.


Krynica mądrości i oaza intelektu. No i oczywiście pozująca Ania.

W weekend po wycieczce wybraliśmy się w odwiedziny do Santa Cruz, gdzie zapuściła korzenie nasza koleżanka z Polski, Wiktoria. Nie możemy jej jednak za bardzo winić, bo jak się wychodzi za mąż za Amerykanina, to ktoś do kogoś się musi przeprowadzić, no i wyszło na to, że Wiktoria z Luisem zamieszkali w Santa Cruz. Bardzo sympatyczni i gościnni, przygarneli nas do siebie, a że rodzina im się w krótce powiększy, to trzeba było wypić wino za zdrowie potomka i przyszłej mamy (w sensie my i Luis, bo przyszła mama raczyła się herbatą). Problem polegał na tym, że Luis po kilku kieliszkach wina postanowił nas poczęstować prawdziwą i na prawdę jedyną, najlepszą na świecie tequilą. Nie mogliśmy powiedzieć nie, bo po pierwsze nie powiemy nie, jak ktoś pije za zdrowie potomka, a po drugie Luis ma korzenie meksykańskie, więc "co, ze mną się Tequli nie napijesz!?". Założyliśmy nasze sombrera i salud!


Dobry wieczór 🙂

Poranek nie należał do najpiękniejszych na świecie (dotyczy tylko autorki tekstu – M.), ale za to wieczorem wybraliśmy się do kina i na spacer po wybrzeżu. Piękne plaże Santa Cruz są znane w całym kraju, jak również znajdujący się tu najstarszy w Kalifornii lunapark – Santa Cruz Beach Boardwalk. A jak wesołe miasteczko, to kolejki górskie, a jak kolejki górskie, to Ania musi wleźć i pojeździć. Ziiiiiuuuuu! Fajnie było. Ja chcę jeszcze raaaaz! 


No niech se dziewczyna poszaleje, skoro kolacji później nie dostanie ;).

Po szalonej jeździe można było już spokojnie wybrać się na obiad, więc Wiktoria i Luis postanowili nas zaznajomić z Five Guys – strasznie fajną, tanią i na prawdę pyszną sieciową burgerownią. Następnego dnia wybraliśmy się na kolejny spacer po pięknych klifach i plażach, poobserwowaliśmy foki kalifornijskie i lwy morskie, a na koniec odwiedziliśmy cmentarz Evergeen. Obecnie amerykańskie cmentarze są bardzo proste – niewielkie płyty, wszystkie takie same, jedne obok drugich tabliczki z imieniem, nazwiskiem, datami urodzin i śmierci. Evergreen ma już jednak ponad 150 lat, jest bardzo eklektyczny stylowo i wielonarodowy.


Brama na Evergreen upamiętniająca kalifornijskich Chińczyków

Pokazuje jak wielokulturową mieszanką od wieków jest Kalifornia. Santa Cruz stanowi tego wizytówkę, jest też postrzegane jako centrum ruchów feministycznych, dążących do legalizacji marihuany (zapach trawki wszędzię cię tu dogoni), ekologicznych i antykapitalistycznych. Na ulicach można spotkać osobliwych przechodniów, którzy przyciągają uwagę fryzurą, strojem, czy też faktem, że mówią "do tłumu", albo grają na jakimś instrumencie…albo bez instrumentu. I dobrze – prawdziwemu artyście nie jest potrzebny! 😉

Ania

Trochę historii i jeszcze więcej chodzenia, czyli zobaczyć San Francisco, okuleć i trafić na Stanford

Prowadził kulawy kulawego – Rozgorączkowani pionierzy – Tęczowa dzielnica – Geniusze Stanfordu

Obejrzeliśmy więc sobie Presidio, a przynajmniej jego część, w tym skromną ekspozycję w muzeum pionierów. Wstęp akurat był darmowy, więc zajrzeliśmy na kilka minut. Wystawa skromna, ale przypominająca o tym skąd w ogóle tyle ludzi w tej amerykańskiej Kalifornii. Jest to najludniejszy amerykański stan, który dołączył do Unii 167 lat temu. Amerykańskie osadnictwo trwało w najlepsze jeszcze za czasów, gdy kalifornijską ziemią władał Meksyk, przybrało na sile, gdy okoliczna ludność zbuntowała się przeciwko suwerenowi i utworzona została Republika Kalifornii, a prawdziwy bum przeżyło na dwa lata przed dołączeniem do Stanów Zjednoczonych. Wtedy to (1848) wybuchła tutaj sławetna gorączka złota, trwająca do 1855 roku. Historycy szacują, że populacja zwiększyła się wtedy o ok 200 tysięcy. Liczba mieszkańców takiego np. San Francisco wzrosła dwudziestopięciokrotnie. Cały proces jednak pociągnął za sobą drastyczy spadek populacji natywnej – wybitej, lub wypartej z tych terenów na północ. 


Budynki administracyjno-muzealne w Presidio.

Pamiętacie jeszcze rodzinę Breenów, której majątek odwiedziliśmy w San Juan Bautista? Przyjechali rok przed gorączką złota. Ich grupa, tak zwana Grupa Donnera, wyruszyła na zachód z Illinois i po dziesięciu miesiącach morderczej przeprawy przez terytoria zachodnie dotarła do miejsca przeznaczenia. Po drodze napotkali wielkie trudności, w tym największą – konieczność zimowania w górach Sierra Nevada. Z 87 osadników i osadniczek, do Kalifornii dotarło 48. Zimę przeżyli również dzięki kanibalizmowi, tym bardziej angielska nazwa grupy – Donner Party – brzmi dosyć niesmacznie. Wybaczcie czarny humor. 


Niezbędnik pioniera

Z Presidio podążyliśmy już w stronę mieszkania naszych gospodarzy z couchsurfingu. Szliśmy trochę wolniej, bo przemierzaliśmy naprawdę urocze okolice, a poza tym od forsownego marszu po górkach San Francisco, nogi zaczęły przypominać nam o swoim istnieniu. Anię zaczęły boleć łydki, mnie podeszwa i tak kuśtykaliśmy przez ulice Divisadero i Castro, na zmianę marudząc i zachwycając się architekturą. W końcu dotarliśmy do The Castro.


Po drodze mogliśmy podziwiać takie perełki.

Dystrykt nazwany tak na cześć meksykańskiego gubernatora Alta California, który był synem Jose Castro, którego majątek zwiedzaliśmy w San Juan Bautista, a który z kolei sprzedał swoje obejście rodzinie Breenów, przybyłej do Kalifornii razem z Donner Party. Widzicie jak narracja układa się w chaotyczną, ale logiczną całość? 😉


Castro welcome to.

Ale, ale. The Castro. Historia tego miejsca jest dosyć pokręcona. Otóż – rzadko się o tym wspomina, ale oprócz Hiszpanów, poważnymi (serioznymi?) kolonizatorami na zachodnim wybrzeżu Ameryki Północnej byli Rosjanie. I nie chodzi tylko o Alaskę, ale również o Kalifornię i Hawaje. Rosyjskie osiedla nie były liczne, a liczba osadników wielka, ale odegrali oni pewną rolę w miejscowej historii. Przez pewien czas na przykład, byli głównym dostawcą lodu dla San Francisco. W tym czasie gubernatorem carskim w terytoriach amerykańskich był Fin, Johan Hampus Furuhjelm, a spora część załóg jego floty składała się również z Finów. W czasie gorączki złota i po zakupie Alaski przez USA (1867), społeczność fińska na zachodnim wybrzeżu zwiększyła liczebność, a fińskie osiedla w San Francisco powstawały właśnie w okolicach Castro, w latach późniejszych przyciągając również Skandynawów.


Castro Theatre – zbudowany w 1922 roku. Dziś gości wiele imprez tematycznych i festiwali filmowych. 

Jeszcze przed wojną dołączyły do tego nordyckiego misz-maszu mniejszości włoskie i irlandzkie, a Castro stało się dzielnicą robotniczą, by w latach 60', na fali ruchów hipisowskich rozpocząć ewolucję w stronę dzisiejszej formy – centrum kulturowego i symbolu dla aktywistów LGBT w USA i na całym świecie. Jako żywo, w momencie wejścia do dzielnicy od razu zauważa się wielką, tęczową flagę powiewającą na maszcie, wszędzie pełno plakatów wzywających na zebrania przeróżnych komitetów aktywistycznych, a i na przejściu dla pieszych zebra jest tęczowa. Niestety byliśmy już wtedy w fazie "byle do celu" i nie szwędaliśmy się nigdzie, a raczej przekuśtykaliśmy dystrykt na wskroś. Na szczęście do naszych gospodarzy nie mieliśmy bardzo daleko, bo już nawet piękne domy i rezydencje, nie robiły na nas tak wielkiego wrażenia jak na początku.


Oscara nie mogło zabraknąć. Niestety nie nosimy w plecakach swoich portretów, które przejęły nasze kontuzje.

Jako, że akurat wypadał tłusty czwartek, postanowiliśmy zaszaleć i kupić twinkies. Pokrzepiły nas trochę na ciele i duchu, dzięki czemu dowlekliśmy się w końcu do skrzyżowania 28th and Sanchez, gdzie przywitali nas Ken i Vin. Jeden z Iowa, drugi z Kanady, pobrali się w Kalifornii. Bardzo uśmiechnięci, otwarci i wyluzowani. Niestety nie mieli dla nas zbyt dużo czasu, więc w ciągu dwóch dnich pogadaliśmy z nimi może ze trzy razy. Na więcej pewnie i tak nie mielibyśmy siły, bo, trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie – przedobrzyliśmy. Ponad dwadzieścia kilometrów po wzgórzach San Francisco po prostu nas zabiło. Kiedy następnego dnia rano wyszliśmy do sklepu, zacząłem kuleć już po trzech krokach. Było to dla nas jasnym sygnałem, że trzeba dać sobie na wstrzymanie i dzień spędzić w łóżku. 


Twinkies na tłusty czwartek.

Odpoczęliśmy, nogi jako tako się zregenerowały i w dzień wyjazdu z miasta mogliśmy jeszcze co nieco pozwiedzać. Przeszliśmy wzdłuż Valencia Street, potem Market Street, rzuciliśmy okiem na imponujący ratusz miejski, na stare tramwaje z Mason Street, wymieniliśmy w końcu dolary nowozelandzkie na amerykańskie i mogliśmy udać się na pociąg do San Jose. Kolejne dziesięć kilometrów w nogach. Jak zwykle nie zobaczyliśmy wszystkiego, co mogliśmy zobaczyć, ale do swoich ograniczeń i do niedosytu zdążyliśmy się już przyzwyczaić. San Francisco zrobiło na nas bardzo duże wrażenie i wymęczyło nas porządnie. I dobrze.


Ratusz miejski.

Pociągiem dojechaliśmy do San Jose, z San Jose złapaliśmy autobus do Gilroy, a tam zgarnął nas wujek Marian. Daliśmy odpocząć umęczonym kończynom, ale nie za długo, bo trzeba było odpowiedzieć na akademicki zew i zwiedzić uniwersytet w Stanford. Założona w 1885 roku uczelnia jest jedną z najbardziej prestiżowych na świecie. Ufundowana została przez Lelanda i Jane Stanfordów, magnatów kolejowych. Kiedy ich nastoletni syn zmarł na tyfus, postanowili, że swój majątek i ziemie, przeznaczą na szczytny cel i inwestycję dla całego narodu, a także, z perspektywy czasu można to śmiało powiedzieć, ludzkości.


Ot taki tam kampusik. Z palmami, wieżami i bramami i wszystkim.

Stanford jest prawdziwą fabryką ludzi sukcesu. Oprócz całego zastępu wielkich naukowców, noblistów, zdobywców nagród Turinga, pionierów technologii, takich jak David Packard i William Hewlett (dzwonią dzwony? 😉 ), na Stanfordzie studiowali wielcy świata polityki (prezydent Herbert Hoover), sportu (Tiger Woods) oraz sceny i ekranu (Sigourney Weaver, Jack Palance). No i w końcu pojawiliśmy się tam my!


Krużganek uniwersytecki. Tutaj każdy nosi w plecaku nagrodę Nobla.

Posnuliśmy się trochę po kampusie, wjechaliśmy na szczyt instytutu Hoovera i zwiedziliśmy małe muzeum poświęcone właśnie 31 prezydentowi USA oraz jego żonie. Trzeba przyznać, że po wizycie w Stanford od razu poczuliśmy się mądrzejsi, ale za to zrobiliśmy się też głodni. Znakomicie się złożyło, ponieważ zostaliśmy zaproszeni na lunch do Doroty, córki wujka Mariana, mieszkającej w San Jose. Zgodnie ze starą, polską tradycją, nakarmiono nas po wręby. Pokrzepieni pysznym jadłem i jeszcze pyszniejszą, rodzinną atmosferą, sturlaliśmy się do samochodu i wróciliśmy do Hollister. 


Pyszny stejk prosto z wujowego grilla, czyli najlepszy sposób na odbudowę biologiczną i moralną ;).

Marek

Poczucie misji, czyli nasze początki w Kalifornii

Aloha USA! – Od polonii do polonii – U Jana Chrzciciela – Stalowy gigant

No dobrze już dobrze nooooo! Ok, rozumiemy, mamy pisać, a nie zbijać bąki! Na swoje usprawiedliwienie możemy tylko wtrącić, że naprawdę, ale to naprawdę nam się nie chciało! No dobrze, może i się chciało, ale dopiero ostatnio uzbierało się na tyle dużo materiału, że da się z niego co nieco sklecić. O czym my to….aha! Jeszcze w Auckland pożegnaliśmy się z Jackiem i Moniką po raz trzeci (doprawdy trudno nas się pozbyć) i polecieliśmy na Hawaje. Lot w ogóle się nam nie dłużył, bo w końcu lecieliśmy porządnymi liniami hawajskimi, ostatnimi krajowymi w USA, które zapewniają darmowy posiłek w samolocie. Nie mówiąc już o pakiecie filmów. Nie lecieliśmy więc ani głodni, ani umęczeni i mogliśmy z werwą oraz humorem przystąpić do odprawy w Honolulu. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce i tuptaliśmy grzecznie do okienka. 


Pożegnanie ze Śródziemiem. Znaczy Nową Zelandią.

Trochę nam to zajęło, bo tu zawsze dużo turystów, ale i tak mniej niż w Nowym Jorku, czy innych, większych czy popularniejszych miastach. Krótka rozmowa z celnikiem, który z umęczoną miną próbował nas podejść i wybadać, jak to się stało, że chcemy zostać w stanach aż trzy miesiące, bo przecież praca, życie rodzinne i tak dalej. Kiedy zobaczył nasze itinerarium, zrozumiał, że raczej nie chcemy tu zostać na zawsze, ale jeszcze postraszył nas, mówiąc, że potrzebujemy biletu powrotnego, bo inaczej nas nie wpuści. Dosłownie dwie sekundy później, zanim zdążyłem powiedzieć, że taki przepis nie istnieje, zmienił temat i po pobraniu odcisków palców, mogliśmy wejść na amerykańską ziemię. Niezdecydowany typ.


To niestety najbardziej hawajskie zdjęcie jakie mogłem zrobić. Wszystkich kolegów i koleżanki z SLO nr 4 przepraszam ;).

Odebraliśmy bagaże, by natychmiast zdać je na lot do San Francisco i poszliśmy złapać samolot. Wszystko poszło bez najmniejszych problemów i tak oto, dolatując do miejsca przeznaczenia, odmłodnieliśmy o jeden dzień. Wylecieliśmy z Auckland pół godziny po północy, szesnastego lutego, a dolecieliśmy do San Francisco o dziewiątej wieczorem…piętnastego lutego. Poczuliśmy się niczym Fileas Fogg i Jean Passepartout. Na lotnisku odebrali nas wujek Marian i ciocia Stasia, co oznaczało, że po pół roku podróżowania, znowu trafiliśmy na łono rodziny. Wspaniałe uczucie :).


Słooooooodki Jezu! Już tak dawno nam nic nie smakowało.

Wujek i ciocia mieszkają w Hollister, ok 150 kilometrów od San Francisco, więc czekała nas jeszcze wieczorna jazda samochodem, ale gdy już dojechaliśmy do najmilszego nam domu na zachodnim wybrzeżu, poczuliśmy, że mamy prawo poczuć się zmęczeni. U wujostwa zakotwiczyliśmy na nieco dłużej, niż to mieliśmy do tej pory w zwyczaju. Dzięki rodzinnej gosicinności możemy porządnie zaplanować dalszą podróż, wyselekcjonować rzeczy, które chcemy zobaczyć.


Zoooooo…Ve meet again Delicje…

Przejazd przez Stany Zjednoczone nie był bowiem w naszym pierwotnym planie, dlatego dopiero teraz mogliśmy się porządnie wziąć za ustalanie, co właściwie chcemy tu zobaczyć. Było już jednak późno, a my mieliśmy jeszcze kolację do zjedzenia, a taka kolacja u rodziny to poważna sprawa. Zwłaszcza, że w samolocie poczytaliśmy sobie trochę "Chłopów", więc nic się tak nie marzyło jak swojskie jadło. A tu ogórek kiszony i polska kiełbasa z porządnym chlebem. Nareszcie!


Nad ranem przywitał nas taki widok. Jeszcze się nam nie znudził.

Pokrzepiliśmy się, wyspaliśmy za wszystkie czasy, odpoczeli, pogadali z wujkami oraz ciociami, w międzyczasie rozsyłając wiadomości na couchsurfingu, szukając biletów autobusowych (mają je tutaj tanie jak diabli) i darmowych atrakcji turystycznych. Oczywiście musieliśmy też wytyczyć trasę naszej podróży na wschodnie wybrzeże, wybierając w końcu wariant południowy. Arizona, Teksas i Luizjana, wygrały z Kolorado, Utah i Kansas. Nie uprzedzajmy jednak faktów, zwłaszcza, że ich nie znamy. Zwiedzanie USA zaczęliśmy od Kalifornii. 


No to zaczynamy zwiedzanie US of A.

Pierwsze miejsce jakie mogliśmy zobaczyć poza samym Hollister, to San Juan Bautista. Niestety Panie i Panowie nastąpi teraz krótka wstawka historyczna. Dojechaliśmy do Nowego Świata, czyli w moje ulubione rejony na tym polu. Z góry tedy przepraszam, że będzie trochę więcej różnego typu dykteryjek. Wróćmy jednak do San Juan Bautisty. Miasto położone jest naokoło hiszpańskiej misji franciszkańskiej, która została założona jeszcze pod koniec osiemnastego wieku. Misje takie budowane były wzdłuż całej Kalifornii, czasem bliżej, czasem dalej wybrzeża. Miasta takie jak San Diego, San Jose i San Francisco wzięły swój początek właśnie od zabudowań klasztornych wzniesionych wzdłuż drogi El Camino Real. Misja Świętego Jana Chrzciciela została wybudowana jako piętnasta z dwudziestu jeden takich przybytków. 


Wejście do kościoła w San Juan Bautista z bardzo charakterystyczną dla tutejszej architektury dzwonnicą. 

Obecnie miasteczko ma niecałe dwa tysiące mieszkańców, a jego główną atrakcją są właśnie mury starej, frańciszkańskiej misji, wybudowane w stylu adobe, czyli z cegieł zrobionych z gliny, wody, trawy, a często i gnoju. Absolutnie nie możemy jednak powiedzieć, że to gówniany zabytek, a i w samym miasteczku jest parę miejsc, bardzo ważnych dla historii całego kontynentu.


Bang!

Widzicie? Nieasmowite. A tak serio, to zwiedziliśmy jeszcze Castro-Breen Adobe. Rezydencja należała niegdyś do meksykańskiego komendanta głównego departamentu Alta California , Jose Castro. Ten sprzedał dom irlandzkiemu osadnikowi, Patrickowi Breenowi, a rodzina Breenów z kolei, stanowi Kalifornia, który przekształcił posiadłość w muzeum. Do Irlandczyków i osadników, wrócimy jeszcze w następnym wpisie. Bądźcie czujni.


Casa Castro, Casa Breen.

Po pysznym lunchu w meksykańskiej knajpie (prawdziwa meksykańska kuchnia, a nie tex-mex), wróciliśmy do Hollister wielce kontenci. I najedzeni. Apetyt na zwiedzanie mieliśmy nadal wielki, a naszym następnym punktem programu było San Francisco we własnej osobie. Na samo wspomnienie zaczyna mnie boleć noga. Wstać musieliśmy bladym świtem, żeby ciocia mogła nas podrzucić do kolejki Caltrain. Pierwsza stacja mieściła się w Gileroy, czyli amerykańskiej stolicy czosnku, a ostatnia już w samym San Fran. Przejechaliśmy całą trasę, zajęło nam to dwie i pół godziny, więc o godzinie 9.00 mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. 


Prawdziwa quesadilla, a nie jakieś coś, nie wiadomo co.

Najpierw podjęliśmy próbę nie spóźnienia się na free walking tour przez most Golden Gate. Niestety ukształtowanie terenu w mieście nie sprzyja szybkiemu chodzeniu i trochę się spóźniliśmy. Nic to jednak – bo San Francisco bardzo przypadło nam do gustu, a gdy już doszliśmy nad zatokę i zobaczyliśmy na żywo most…Jest absolutnie niesamowity. Wspaniały. Nieprawdopodobnie monumentalny. Monstrualnie spektakularny. Prawdziwa perła inżynierii amerykańskiej, nazywana "mostem, który nie miał prawa powstać".


Ehhhhhhh. Wspaniały…

Całość konstrukcji jest długa na ponad 2,5 kilometra, wysoka na prawie 230 metrów w najwyższym punkcie. Kosztowała niecałe 34 miliony dolarów, a ekipa inżynierów i robotników pod kierownictwem Josepha Straussa uporała się z budową w 4 lata, 4 miesiące i 3 tygodnie. Stalowy, pomarańczowy gigant, wykończony w stylu art deco, do dzisiaj jest jednym z symboli Stanów Zjednoczonych. Ależ zrobiło się podniośle!


Widok na San Francisco z mostu Golden Gate. Po lewej stronie widać Treasure Island i fragment mostu Bay Bridge, nad budową którego pieczę sprawował pionier budownictwa mostów wiszących, inżynier Rudolf Modrzejewski, mentor m.in. Josepha Straussa.

Wracając jednak na ląd stały – zawróciliśmy do miasta, ale najpierw zobaczyliśmy Presidio. Hiszpański, osiemnastowieczny fort, rozbudowany potem przez armię Stanów Zjednoczonych, funkcjonował bez przerwy, aż do 1995 roku, co uczyniło go najdłużej działającą placówką wojskową w historii kraju. Obecnie jest to wielki park, który stanowi własność agencji rządowej, a na którego terenie znajduje się między innymi rodzinne muzeum Walta Disneya oraz siedziba główna LucasArts. Ej! Nie wiedziałem tego ostatniego, kiedy tam byliśmy! No nieeeeee…Trudno. Z tego wszystkiego kończę na chwilę, a dalszy ciąg naszej wędrówki po San Francisco opiszemy już za tydzień! Żartuję, zapewne już jutro. Trzymta się!


Fort Presidio. Tu stacjonowało wiele jednostek wojskowych przed wyruszeniem do walk z Japończykami na Pacyfiku.

Marek

 

„W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit”, czyli szukamy Śródziemia

Fanem być, to zobowiązuje – Nieprzeznaczona nam góra – Nory w pagórkach – Małe piwko

Jak do tej pory jest tylko jeden pisarz, który zawładnął moją wyobraźnią tak mocno i bezsprzecznie, że nie wiem, jak mogłabym żyć bez jego książek. Mowa o Johnie R.R Tolkienie. Jeśli bym miała zabrać ze sobą jedną książkę na bezludną wyspę i tam dokonać żywota, to z pewnością zabrałabym "Władcę Pierścieni". Poza niewątpliwymi atrakcjami Nowej Zelandii jako takiej ciągnęła mnie na nią również świadomość, że tu właśnie sir Peter Jackson nakręcił adaptację mojej ukochanej powieści.


Widoki na Nowej Zelandii nie zawodzą niezależnie od miejsca, w którym się znajdziemy.

Pomimo wielu zastrzeżeń i wątpliwości co do filmów, bardzo je lubię, a nawet można powiedzieć, że jestem ich fanem. Widziałam wszystkie trzy, oczywiście wielokrotnie, wszelkie dodatki, materiały o kręceniu i odtwarzaniu bogatego tolkienowskiego świata. Jak na fana przystało bardzo pragnęłam zobaczyć na Nowej Zelandii te lokalizacje, które w adaptacjach "grały" znane mi z książki miejsca. Na północnej wyspie można zobaczyć dwa. Pierwsze to Hobbiton Movie Set, gdzie odtworzono książkową osadę hobbitów. Drugie to Ngauruhoe – czynny wulkan w Parku Narodowym Tongariro, który imitował Orodruinę – Górę Przeznaczenia. To właśnie w niej wykuto Jedyny Pierścień i to w jej ogniu znaleźć miał swój koniec. My też mieliśmy uczynić wyprawę do Góry Przeznaczenia. Los chciał jednak innaczej.


Jak welcome to welcome.

Jak zapewne pamiętacie z poprzedniego artykułu nie układało nam się za bardzo z naszymi ostatnimi gospodarzami. Skróciliśmy o jeden dzień pobyt u nich z nadzieją, że po zwiedzeniu Hobbitonu skoczymy gdzieś w okolice parku Tongariro. Niestety jakiś czas po znalezieniu przyjaznej duszy, która zgodziła się nas przenocować u siebie, okazało się, że jednak plany niedoszłego gospodarza uległy zmianie i zostaliśmy na lodzie. Zdesperowani, byliśmy gotowi już ruszyć na chybił-trafił, najwyżej przenocować gdziekolwiek, choćby pod drzewem.


Ania zażyczyła sobie, żeby zrobić zdjęcia wszystkim hobbicim norom. Więcej ukaże się w galerii na Fb.

Jednak nasz dobry duch na Nowej Zelandii – Jacek (który zabronił zwracać się do niego per "pan", więc się stosuję) w rozmowie telefonicznej zwrócił naszą uwagę na prognozę pogody. Dramat – nad Tongariro na najbliższe kilka dni zebrały się gęste deszczowe chmury. Zapowiadano spore opady i obniżenie temperatury. Trochę nas to podłamało. Tongariro bardzo chcieliśmy zobaczyć nie tylko ze względów tolkienowskich. Park Narodowy jest ponoć niezwykle piękny. Jednak rozsądek musiał przeważyć. Rozmoknięte górskie szlaki, słaba widoczność z powodu chmur i deszczu to nie jest dobry scenariusz na wycieczkę. Z żalem musieliśmy poddać Tongariro – jedną z największych atrakcji, jakie mieliśmy nadzieję tu zobaczyć – jeden z najpiękniejszych i najstarszych parków narodowych na świecie. Smuteczek…


Powiedziano nam, że nie można wchodzić do środka, bo hobbici nie lubią nieproszonych gości. Żadna nowość ;).

Hobbiton przywitał nas jednak mile i przez dwie godziny bawiliśmy się całkiem, całkiem. Plan filmowy znajduje się na farmie, która został specjalnie wyselekcjonowana na potrzeby ekranizacji. Dla tych, którzy opowieści Tolkiena nie znają – hobbici, to istoty wymyślone przez autora. Mają wzrost mniej więcej połowy ludzkiego i wyglądają faktycznie jak mali ludzie. Lubują się w sielskich, wiejskich klimatach, chętnie mieszkają w pełnych wygód i dobrze urządzonych norach, które ryją w pagórkach. Zasadniczo lubią jeść, pić, palić i wypoczywać. Hobbiton, to jedna z wielu hobbickich osad.


A to już legendarne Bag End, czyli dom rodzinny Bilba i Froda. Niestety gospodarzy nie było w domu.

Odtworzenie wioski hobbitów na potrzeby filmu wykonano w sposób spekatakularny. Wizyta na planie uświadamia, że po prostu zbudowano to miejsce – stworzono całość od podstaw. Są domki hobbitów, drogi, most, młyn, karczma etc.


Nie mogło również zabraknąć młyna Przy Wodzie. To znaczy mogło, ale…nie zabrakło.

Niesamowite jest wykorzystanie natury w tworzeniu wioski. Cały Hobbiton pokryty jest roślinnością – pełno tu drzew, pól, ogrodów i ogródków, kwiatów, grządek warzywnych. Wydaje się, że zza dzwi hobbickiej norki za chwilę wyjdzie niewielki jegomość i zacznie zbierać dynie, pielęgnować kwiaty, albo wybierze się nad rzekę łowić ryby. Oczywiście nic takiego się nie dzieje i to nie tylko dlatego, że hobbici to postacie fikcyjne. Za drzwiami i oknami hobbickich norek w rzeczywistości nic lub prawie nic nie ma. Sceny kręcone we wnętrzach były efektem prac w studiu. Tu mamy tylko fasadę, ale trzeba przynać – wykonaną perfekcynie.


A tu jeszcze okna Bag End.

Jedyne wnętrze, które można odwiedzić to karczma Pod Zielonym Smokiem, gdzie według książki można było dostać wyborne piwo. Potwierdzam – piwo dają przednie. W cenę wycieczki wliczony jest kufelek…No właśnie – cena wycieczki…Nie mogę powiedzieć, że wizyta w Hobbitonie nie sprawiła mi przyjemności. Nie mogę też negować, że dostarczyła paru wzruszeń i miłych sercu widoków. Koszt jednak jest niewspółmierny do tego, co się dostaje.


Ania zadowolona, bo zaraz czeka ją piwo w Zielonym Smoku.

Podróż po Hobbitonie odbywa się w grupie i pod okiem przewodnika. To oczywiście jedyna opcja. Z miejsca poza farmą autobus zabiera cię na plan, który jest sprytnie umiejscowony między wzgórzami, tak, że z zewnątrz go nie widać. Co więcej, samoloty nie maja prawa przelatywać nad farmą – tak zazdrośnie strzeże ona swojego wielkiego, hobbickiego sekretu. Przez godzinę przewodnik pędzi cię od nory do nory, nie podając przy tym zbyt wielu informacji. Miałam nadzieję, że dowiem sie jakichś ciekawostek, ale było tego jak na lekarstwo, a ktoś, kto oglądał materiały dodatkowe o tworzeniu filmu raczej nie dowie się tu niczego nowego. Kiedy przegonią cię już przez Hobbiton masz jakieś 15 min. na wypicie kufelka piwa. Jego wielkość przyprawiłaby każdego szanującego się hobbita o śmiech, a potem czkawkę na dodatek. Jak już płaci się tyle kasy, to mogliby wystąpić z porządnym półlitrowym kuflem i dać chociaż pół godziny, a najlepiej godzinę na jego wychylenie. Zwłaszcza, że karczma Pod Zielonym Smokiem jest całkiem spora.


W samej karczmie atmosfera nienajlepsza. Przydałyby się jakieś kostiumy, muzyka z filmu, czy krótka inscenizacja…

Nie jestem tak naiwna, by nie wiedzieć dlaczego farma jest tak ukryta, dlaczego wycieczka jest kosztowna i wiem, że odcinanie kuponów od filmu "Władca Pierścieni" i od jego, niestety bardzo już słabego, prequelu "Hobbit" musi i będzie trwać. Z pewnością drogie jest nawet wyprodukowanie biletu do Hobbitonu, bo każda literka, czy obrazek tolkienowskiej franczyzy to majątek. Wiem zatem skąd dość wysoka cena biletu. Spodziewałabym się jednak za nią trochę więcej: przewodnika, który wie ciekawe rzeczy, porządnego kufla piwa, trochę czasu, żeby spokojnie przy nim posiedzieć i popatrzeć na Hobbiton. Wiecie co? Chyba jednak jestem naiwna.


Piwo jednakowoż mieli bardzo dobre :).

Mimo wszystko bawiłam się nieźle. Jeśli ktoś ma czas i lekką górkę w budżecie, to może się tam wybrać i mieć z tego niezłą frajdę. Krótko mówiąc odwiedziny polecam tylko pod dwoma warunkami: jeśli jesteś wielkim fanem filmów i masz kasę, której nie będziesz żałował. Ja spełniłam tylko ten pierwszy i dlatego teraz marudzę ;). No może też trochę marudzę, bo nie udało się odwiedzić Tongariro. Nie mogę tego parku odżałować.


Ogólnie wyszliśmy z Hobbitonu zadowoleni, ale drugi raz już byśmy nie poszli.

W każdym razie z Hobbitonu wróciliśmy autostopem do Auckland. Znów przyjęli nas Jacek i Monika. Deszczowe dni przesiedzieliśmy więc w ich przytulnym domu, pisząc teksty, publikując albumy, odpoczywając i przygotowując się na następną przygodę. Wielką, wspaniałą przygodę, którą będzie road trip po Stanch Zjednoczonych! Tak, tak Kochani – następna relacja już z Ameryki Północnej!

Ania

Z Kaikohe do Cambridge, czyli od winiarzy do koniarzy

Rechoczący kuzyni – Zosia i Osculati – Zmienność danych – Idiotą być

Tydzień na winnicy u Rae i Steve'a zleciał nam naprawdę bardzo szybko. Pracowaliśmy zdecydowanie mniej niż w Australii, a robota była mniej różnorodna, ale za to mieliśmy więcej planowania, polowania na bilety lotnicze, no i blue ray w swoim pokoju. Nie mogliśmy tak tego zostawić i odgrzaliśmy parę klasyków, których dawno nie oglądaliśmy. Z gospodarzami dogadywaliśmy się bardzo dobrze, ale trzeba przyznać, że nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Nie ciągnęliśmy ich za języki i dowiedzieliśmy się o nich tyle, że Steven projektował systemy obronne dla nowozelandzkiej armii. Sam nie był jednak wojskowym. Postanowiliśmy nie dociekać, żeby nie posądzono nas o szpiegostwo międzynarodowe.


Wyjeżdżaliśmy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Będąc w Kaikohe umówiliśmy się z kolejnymy gospodarzami na helpx i wiedzieliśmy już, że kolejne miejsce, gdzie zatrzymamy się na dłużej leży niedaleko Cambridge, skąd bardzo blisko do Hobbitonu, czyli planu filmowego, gdzie kręcono część scen do "Wałdcy Pierścieni", a także "Hobbita". Nie mogliśmy pojechać tam jednak prosto z Kaikohe, bo nasi przyszli gospodarze mieli już plany na weekend, ale na całe szczęście zaproponowali, by umówić się z nimi w Auckland. Daliśmy więc znać panu Jackowi, który już wcześniej zapowiedział, że mamy się nie krygować, tylko walić jak w dym w razie jakiejkolwiek potrzeby, z koniecznością wpłacenia kaucji za areszt włącznie. 


Ania po ostatnim dniu pracy, przed domem Stevena i Rae.

W piątek nad ranem Rae wywiozła nas do Kawakawa, skąd najlepiej było nam łapać okazję i gdzie mogliśmy zjeść śniadanie, gdyż tego dnia nie wykonaliśmy już żadnej pracy, więc nie przysługiwał nam posiłek na winnicy. Wciągneliśmy co tam w piekarni dawali, pogadaliśmy chwilkę z dwojgiem Maorysów, którzy zainteresowali się gdzie zachrzaniamy z tymi plecakami, a w końcu wyszliśmy na drogę. Największym problemem było znalezienie dobrego miejsca. Nie chodziło o natężenie ruchu, ale o to by kierowca miał się gdzie zatrzymać, no i żebyśmy nie stali jedną nogą na stromym zboczu. Te względy wyeliminowały najdogodniejszą lokalizację, czyli okolice skrzyżowania dwóch dróg krajowych, a my musieliśmy ustawić się przy mniej uczęszczanej z nich i to tuż obok budynków mieszkalnych. 


No i znowu w drodze przy drodze 🙂

Piętnaście minut później jechaliśmy już w stronę Auckland z sympatyczną panią w średnim wieku, która była bardzo ciekawa gdzie ta Polska leży, jaka jest u nas sytuacja ekonomiczna, polityczna i społeczna. Opowieść skończyłem na rozbiciu dzielnicowym…Oczywiście żartuję, ale czasu nie było dużo, więc postanowiliśmy rzecz potraktować ogólnikowo, pobieżnie, z grubsza i po łebkach. Ciężko było ;). Dojechaliśmy do Whangarei i tam przyszło nam łapać…No właśnie, nie zdążyłbym nawet wypowiedzieć całego zdania, a już się ktoś zatrzymał. Pamiętacie tych Maorysów, z którymi gadaliśmy przy śniadaniu? Nie? No to niedobrze, bo to właśnie oni podwieźli nas dalej, aż do samego Auckland, prawie że pod drzwi pana Jacka i pani Moniki. 

Kuzyn i kuzynka, bardzo zabawni, co chwila dowcipkowali i nawet jeśli nie rozumieliśmy żartu, śmialiśmy się razem z nimi, bo oboje mieli bardzo zaraźliwy rechot. O Annie (owszem) nie dowiedzieliśmy się właściwie nic, ale Francis opowiedział nam o tym jak swojego czasu podróżował po USA i po Europie, a tam gdzie mógł, utrzymywał się z kucharzenia. Bardzo sympatyczny chłop. Zboczył nawet ze swojej trasy, żebyśmy nie musieli drałować ostatnich kilometrów na piechotę. Pożegnaliśmy się serdecznie i żegnani klaksonem, udaliśmy się w gościnne progi naszych polskich dobrodziei. 


Mówiliśmy im, że nie trzeba, że możemy przejść się trochę na piechotę, ale nie – podwieźli prawie pod drzwi 🙂

Odpoczęliśmy trochę, a w niedzielę pani Monika zawiozła nas na spotkanie z naszymi nowymi chlebodawcami. Otóż Natasha i Pedro (ona Nowozelandka, on Portugalczyk) to właściciele koni wyścigowych, a do Auckland przybyli na zakupy. Okazało się, że całkiem udane, bo nabyli dwa młode ogiery, które Pedro wytrenuje i albo zachowa albo odsprzeda z zyskiem. Na całe szczęście nie jechały z nami samochodem, więc pomieściliśmy się bez problemu. Oprócz naszej czwórki, była jeszcze bardzo urocza, 17- miesięczna łobuziara imieniem Ellie, którą staraliśmy się utrzymać w dobrym humorze przez całą podróż. Udało się całkiem zacnie wykonać to zadanie, co nie było z resztą bardzo trudne, bo Ellie to panna z natury pogodna.


Zapomnieliśmy się zapytać, czy możemy wrzucić zdjęcie młodej, więc zamiast tego – labrador Lucy. Też sympatyczna.

Początek pobytu w domu Tashy i Pedra mieliśmy bardzo miły i wydawało nam się, że znowu trafiliśmy w dziesiątkę. Niestety nie można mieć zawsze szczęścia. Od razu zaznaczę kilka rzeczy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że problemy, które napotkaliśmy, a które za chwilę wymienimy nie są wielką tragedią i ludzie miewają dużo gorzej. Absolutnie nie uważamy też, żeby którekolwiek z naszych gospodarzy celowo robiło nam krzywdę. W ogóle rzadko narzekamy tutaj na ludzi, a jeśli już to bardziej dla żartu. Sytuacja jednak przedstawiała się w sposób następujący…


Trzeba przyznać, że domostwo mają całkiem udane.

Przede wszystkim między Natashą i Pedro był jakiś problem. On, zgodnie ze stereotypem południowca, podchodził do wszystkiego z większym luzem, a ją tym bardziej wszystko wyprowadzało z równowagi. Znaleźliśmy się po środku i oberwaliśmy rykoszetem, bo zdarzały się momenty kiedy Tasha była nabzdyczona i zapominała, że to nie nasza wina. To jednak mały pikuś. Chodziło przede wszystkim o organizację pracy. Na profilu helpxowym wyraźnie stało, że pomocnik dostaje wikt i opierunek za cztery godziny pracy dziennie. Chcieliśmy więc sumiennie swoje wypracować, a trafialiśmy czasem na zaporę nie do przejścia.


Posiadłość całkiem spora i trzeba było trochę poganiać, żeby w ogrodzie zapanował jako-taki ład.

Otóż Natasha to Zosia Samosia. Najchętniej wszystko zrobiłaby za nas, demonstrując jak mamy wykonać daną czynność. Często zresztą brała się za pokazywanie, po czym patrząc na nasze skupione miny, wtrącała: 
– Wiecie co? To już może ja to zrobię.
Zwykle udawało się ją przekonać, że absolutnie nie, że przecież jesteśmy tu po to, żeby jej pomagać. To samo tyczyło się sytuacji, kiedy nad ranem siedzieliśmy sobie dosyć długo bezczynnie i zastanawialiśmy się, czy zaraz nie wypadnie nam pracować w największym upale. W końcu zapytaliśmy się, co możemy zrobić. Wtedy zaczęła nam wymieniać, co ona musi zrobić i dlaczego, wtrącając genezę zjawiska i wykładając nam teorię wielkich procesów. Kiedy tak prowadziła narrację, staraliśmy się uważnie słuchać, co, zdaje się, jeszcze pogarszało sprawę.


Młoda i bardzo zgrabna, często towarzyszyła mi, gdy przy płocie wyrywałem chwasty. Klacz w tle też bardzo towarzyska.

Milczenie wywoływało bowiem reakcję alergiczną i Natasha zaczynała dopytywać się, czy wszystko w porządku, czy może chcemy zrobić coś innego albo wypić herbatę lub zjeść lunch. W moim przypadku skupiony wyraz twarzy owocował ewidentnym posądzeniem o kretynizm i o brak zrozumienia najprostszych czynności. Z tym drugim trudno było nie mieć kłopotu, bo Natasha zmieniała często zdanie. Raz mówiła, żebym nie wstawiał naczyń do zmywarki, tylko zmywał ręcznie, by następnego dnia powiedzieć, że niepotrzebnie zmywam ręcznie, skoro jest zmywarka. Doprowadziło to wszystko do sytuacji, że nie bardzo dowierzała mi, gdy mówiłem, że rozumiem, co do mnie mówi. W pewnym momencie wprost powiedziała, że wyglądam jakbym nie rozumiał, "ale może to kwestia kulturowa". Zresztą, dosyć już – przywoływanie wszystkich sytuacji podobnych do wyżej opisanych, zajęłoby wiele czasu i byłoby zupełnie niepotrzebne. Grunt, że przeraźliwie nas te okoliczności męczyły psychicznie, a żadne z nas nie należy do ludzi, którzy machną na to ręką i powiedzą "ich problem". Tak pewnie byłoby zdrowiej. 


Pogoda ducha często nas opuszczała, ale za to warunki atmosferyczne mieliśmy bardzo dobre.

Staraliśmy się jednak jak mogliśmy. Zajmowaliśmy się małą, wyrywaliśmy chwasty, spryskiwaliśmy te, których nie trzeba było wyrywać, usuwaliśmy trawę, przycinaliśmy róże, ścieraliśmy kurze, odkurzaliśmy, sprzątaliśmy w kuchni, usuwaliśmy badyle z posesji, walczyliśmy z pleśnią i mchem za pomocą całej baterii specyfików. U Dereka i Tracey, czy Stevena i Rae, byłaby to ciekawa praca, a tutaj po prostu się umęczyliśmy. Co chwila zastanwialiśmy się "co powie nam zaraz Natasza". Bo Natasza mówiła sporo. Albo nic, kiedy była obrażona. A bywała dość często. 


Mimo pracy w alejce różanej, nie mieliśmy tam jakoś nadzwyczajnie usłanego żywota ;).

Taki stan rzeczy wyprowadził nas nieco z równowagi i w związku z tym, postanowiliśmy skrócić nasz pobyt (zwiewać w podskokach zanim ktoś kogoś zabije 😉 – Ania), wybrać się do Hobbitonu, a potem znaleźć nocleg w pobliżu parku narodowego Tongariro i stamtąd, po jakimś krótkim trekingu, wrócić do Auckland. Na odwiedzenie tych miejsc mieliśmy, w oryginalnym planie, wypracować sobie dwa dni wolnego robiąc po sześć godzin dziennie, zamiast czterech. Jednak wydobycie z Nataszy tego, co my właściwie mamy zrobić, choćby przez te cztery godziny nastręczało zbyt wiele trudności, żeby dało się dobić do sześciu. Plan trzeba było zatem zmienić, a o tym jak nam się to odbiło czkawką, napiszemy w następnym odcinku.

Marek

Kia toitu he kauri, czyli w cieniu olbrzymów

Nie krzywdź wina – Filary nieba – Morderczy plechowiec – Wyczyścić but najeźdzcy

Na północy połnocnej wyspy Nowej Zelandii mieszka dużo mniej ludzi. Wiele osób przyjeżdża jednak w te strony na wakacje, bo tutejsza przyroda jest niezwykła. Najczęściej turyści kierują się do Bay of Islands, zagłębia wędkarsko-żeglarskiego lub zwiedzać Waipoua – las nowozelandzki. My jednak mieszkaliśmy niedaleko Kaikohe, a najbliżej nas był las Puketi i to właśnie tam wybraliśmy się pewnego dnia na wycieczkę.


Ania w drodze na front robót 🙂

Naszymi gospodarzami na kolejny tydzień pobytu w Nowej Zelandii zostali Raewyn i Steven – sympatyczne małżeństwo, które na obrzeżach Kaikohe ma winnicę i produkuje wino. Pracowaliśmy u nich dzielnie – przygotowywaliśmy sauvignon blanc na zbiory. Niesforne gałęzie winorośli przycinaliśmy nieco i obrywaliśmy część liści, a zawłaszcza te, które przesłaniają winogrona. Owoce potrzebują jak najwięcej słońca pod koniec dojrzewania. Zapewnialiśmy więc nad ranem życiodajne słońce, a pod wieczór integrowaliśmy się z gospodarzami przy zacnym trunku, dobrym jedzeniu i australijskiej edycji programu Master Chef. To też była dla nas pewna egzotyka, bo w Warszawie nie mieliśmy telewizji i ogólnie nie interesujemy się programami z ramówek.


Przyciąć, obciąć, liczbę liści zredukować. I tak panie przez tydzień…

Praca na winnicy bardzo mi odpowiadała i byłoby naprawdę super, bo Raewyn i Steven byli bardzo spympatyczni, mieliśmy ładny pokój i mogliśmy napić się co wieczór czerwonego wina, ale…w winogronach czyhała na mnie straszliwa zagłada! Otóż w tych pięknych winnych krzewach bardzo lubią wić sobie gniazda wstrętne i paskudne osy. Jak zapewne wiecie, osy są wredne tak sotte, bez gniazda, a te w gnieździe jeszcze bardziej. A jeśli na winnicy jest gniazdo os, to kto będzie miał na tyle szczęścia, żeby wsadzić w nie rękę? Ania oczywiście! Przez dwa dni miałam spuchnięty kciuk, co spowodowało, że dostałam ksywkę "claw" – czyli "szpon". No bardzo zabawne. 


Przytulne gniazdko, tylko lokatorzy lekko zżądliwi 😉

Na szczęście nogi miałam sprawne i dobrze, bo w dzień wolny od pracy nasi gospodarze byli tak mili, że podrzucili nas do rezerwatu Puketi. Tam właśnie mieliśmy okazję zobaczyć sławne drzewa nowozelandzkie – kauri. Po olbrzymich sekwojach to one właśnie są największe na świecie. Agathis nowozelnadzki, znany przede wszystkim pod swoją maoryską nazwą – kauri, robi niesamowite wrażenie. Drzewa mają po 50 metrów wysokości, olbrzymią średnicę pnia, żyją setki, a nawet tysiące lat. Gałęzie i liście rosną wysoko, na samym szczycie drzewa, co sprawia, że wydaje się ono jeszcze wyższe i jakby nie z tego świata.


Gigant z lasu Puketi. W tle dwa drzewa kauri.

Nic więc dziwnego, że kauri zawsze były dla Maorysów świętymi drzewami, włączonymi w mit o stworzeniu świata. Ojciec Niebo i Matka Ziemia zostali rozdzieleni przez swoje najsilniejsze dziecko – Boga Lasów, tak by jego potomstwo mogło cieszyć się słońcem i ziemią. Pnie największych kauri miały być jego nogami. Nadawano im imiona i uznawano za wodzów lasu. Kauri wykorzystywano w rytuałach, a także jako budulec kapliczek, totemów, czułen wojennych. Przydatna była również żywica drzewa, używana do przygotowania pochodni i jako produkt zbliżony do gumy do żucia.


Ania słusznie pokazuje drzewa w lesie. Jest ich tyle, że można nie zauważyć.

Na to wszystko musieli przyleźć oczywiście koloniści z Europy i zacząć systematyczną wyciknę wielkich drzew. Drewno kauri jest bardzo przydatne – można z niego wykonać wiele przedmiotów, znakomicie sprawdza się jako budulec łodzi i statków. Na szczęście udało się powstrzymać wycinkę na tyle wcześnie, by właściwy dla Nowej Zelandii gatunek Agathis przetrwał. Jednak kiedy już się wydawało, że walka skończona pojawił się kolejny problem.


Paproć i kauri w jednym lesie stoją.

Wspominaliśmy, że Australia, a także Nowa Zelandia zorientowaly się w pewnym momencie jaki dewastujący wpływ na ich unikalny ekosystem, ich florę i faunę może mieć przywiezienie nowych roślin z innych części świata. Wwożeni czegokolwiek, nawet małego ziarneka, czy piórka jest surowo zakazane. Na lotnisku w Auckland sprawdzano nawet podeszwy naszych butów. Teraz dowiedzieliśmy się dlaczego. 


Zawikłana sprawa…

Narodowe drzewo Nowej Zelandii – kauri jest zagrożone wyginięciem z powodu choroby zwanej kauri dieback, powodowanej przez grzyb, który niszczy korzenie drzewa. Cały czas trwają prace nad tym, by chorobę powstrzymać, jednak na dzień dzisiejszy jest ona nieuleczalna – raz zainfekowane drzewo zginie niechybnie. Naukowcy podejrzewają jednak, że grzyb przyjechał do Nowej Zelandii z sadzonkami innych drzew, również z gatunku Agathis, które postanowiono tu sadzić. Pomysł może nawet nie głupi, jak sie wycięło, to sadzić. Jednak okazało się, że natury tak łatwo przebłagać sie nie da i chorobotwórczy grzyb zaczął siać zniszczenie.


Kolejne zdjęcie drzew. A czego się spodziewaliście?

Obecnie jednym sposobem, który działa i który uniemożliwia grzybowi się rozprzestrzeniać jest szczególna dbałość o nie wnoszenie do rezerwatów kauri ani odrobiny ziemi z innych miejsc. Przed wejściem do każdego lasu jest ostrzegawczy znak, który tłumaczy jakie są zasady poruszania się po tym niezwykłym i pięknym miejscu. Buty trzeba dokładnie wyszczotkować, a następnie nałożyć na nie sprej dezynfekujący. Wszystkie rezerwaty mają na początku szlaku stacje ze sprzętem do takich właśnie działań. W lesie nie można zejść ze ścieżki, a jeśli system korzeniowy drzewa na ścieżkę nachodzi, to jest on otoczony specjalną platformą. Mówiąc krótko – wara od korzeni!


Zanim wejdziesz do lasu, wytrzyj buty!

Nowa Zelandia walczy z zanikaniem lasów kauri przede wszystkim poprzez kampanie uświadamiające jak choroba się rozprzestrzenia i jak można temu zapobiegać. "Keep kauri standing – Kia toitu he kauri"- akcja ratowania drzew przynosi rezultaty. Jeśli wyjeżdżasz do Nowej Zelandii, a zwłaszcza, jeśli planujesz wycieczkę do lasu kauri, warto zajrzeć na stronę kampani: www.kauridieback.co.nz. To właśnie człowiek jest bowiem tym zwierzęciem, które przenosi ze sobą największe ilości sporów zabójczego grzyba. 


Wyglądamy z lasu, a tam…las.

Las Puketi, to tylko jeden z rezerwatów olbrzymich kauri. Majestatyczne i piękne drzewa robią proporcjonalne do swej wielkości wrażenie, a otaczają je wspaniałe srebrne paprocie i mnóstwo innych roślin. W tym lesie żyje też ptak kiwi – kolejny symbol Nowej Zelandii. Niestety, by go spotkać trzeba wstać wcześnie rano, wiedzieć gdzie iść i mieć sporo szczęścia. Nawet koala i kangur nie stawiały nam aż tak twardych warunków, więc musieliśmy się poddać. Nie rozpaczaliśmy. W końcu mogliśmy posiedzieć w cieniu jednego z największych drzew świata. Kia toitu he kauri.

Ania

Luz w Edenie, czyli największe miasto Nowej Zelandii

Miasto na luzie – Zielone kratery – Twarzą w twarz z wodzem – Krakowianka z Kerikeri

Po wycieczce krajoznawczej przyszedł czas na doznania miastowe. W Auckland, dzięki gościnności Pana Jacka i Pani Moniki, spędziliśmy kilka dni. Był więc czas i na odpoczynek, i na pranie, i na pisanie, i w końcu na wyprawę do miasta. Pierwsze wrażenie – w Auckland jest bardzo spokojnie. Oczywiście w naszych oczach tak to wygląda. Zarówno miasta europejskie, jak i azjatyckie (te ostatnie w szczególności) przytłaczają ilością samochodów i spieszących się ludzi. Tu owszem, też wszyscy rano zdążają do pracy, ale ich sposób poruszania się jest znacznie mniej energiczny, czy nawet można powiedzieć, mniej agresywny. 


Selfie zrobione na Mount Eden, a w tle widać One Tree Hill. Tam się zaraz wybierzemy.

Myślę, że wpływa na to nie tylko mniejsza liczba ludzi (choć nadal mieszka tu 1,5 miliona człekowatych), czy specyfika kulturowa, ale również fakt, że Auckland jest bardzo zielonym miastem. Jak udowodniły niejedne badania, ludzie, którzy na codzień widzą naturę i stykają się z zielenią są zasadniczo mniej zestresowani, i ogólnie bardziej wyluzowani. Potwierdzają to również moje obserwacje – mniej zielonego to więcej biegnących, zestresowanych ludzi o błędnym, nieobecnym spojrzeniu. Auckland znajduje się na wybrzeżu, więc dostęp do wody, plaży, słońca, zieleni – to wszystko sprawia, że na prawdę przyjemnie tu żyć. Klimat jest łagodny i przyjazny – słoneczne lata, ale bez spiekoty, jak w Australii, oraz łagodne zimy, w których temperatura najczęściej oscyluje w okolicach kilkunastu stopni. Wszystko mówi – uspokój się człowieku, wyluzuj, zrelaksuj, odpocznij. Właśnie dlatego spacer po największym mieście Nowej Zelandii wcale nie przypomina przedzierania się przez miejską dżunglę.


Nowozelandzkie drzewa tracą czasem cierpliwość do samych siebie i decydują się na małą przechadzkę.

Ukształtowanie terenu miasta jest związane z procesami wulkanicznymi. Pagórki, mają specyficzny wygląd wielowarstwowego tortu – kolejne warstwy pokazują gdzie zatrzymywała się lawa. Kratery, teraz zupełnie wygasłe, porosłe zielenią, stanowią atrakcję turystyczną. Postanowliśmy zdobyć dwa zgórza Auckland – najwyższy wygasły wulkan, czyli wzgórze Eden (196 m n.p.m) to wspaniały punkt widokowy. Miasto ma w prawdzie, jak większość metropolii na świecie, swój Sky Tower, gdzie można wiechać windą i podziwać widoki. Zrezygnowaliśmy jednak, bo po pierwsze wjazd jest płatny, a po drugie, jeśli można wleźć za darmo na wygasły wulkan i mieć równie wpaniały widok (a może nawet lepszy), to wybór jest oczywisty. Głęboki krater, porosły zieloną trawą, niezwykle rozłożyste drzewa, które go otaczają – ma się wrażenie, że to raczej jakieś wiejskie rejony, a nie cetrum miasta.


Krater na Mount Eden.


A to już początek podejścia pod One Tree Hill. Wśród wielkich korzeni pasą się owce.

Następnie podrałowaliśmy do One Tree Hill (nazwa maoryska to Mungakiekie – nie ma nic wspólnego z angielską), na którym przed czasami kolonizatorów znajdowało się największe i bardzo istotne maoryskie pa*. Władza nad dobrze ufortyfikowanym wzgórzem była bowiem kluczowa dla utrzymania władzy nad regionem oraz nad szlakami, które przebiegały w jego pobliżu. Nazwa wzniesienia, którą można przetłumaczyć na Wzgórze Jednego Drzewa, jest faktycznie związana z drzewem, a raczej drzewami, które je porastały. Drzewo, które kiedyś wyróżniało się na tym miejscu i dało mu angielską nazwę zostało ścięte przez kolonistów i prawdopodobnie przeznaczone na opał. Kolejne, sadzone na jego miejscu padały już pod piłami maoryskich aktywistów, którzy protestowali w ten sposób przeciwko sadzeniu na wyspie drzew nie będących rdzennie nowozelandzkimi lub po prostu się nie przyjmowały. I tak wzgórze drzewa pozostało bez drzewa – znajduje się na nim jedynie obelisk, który w prawdzie zmieniał swoją symbolikę, ale przynajmniej nikt go nie próbował spalić, ani pociąć. Drzewa mają niestety więcej słabych punktów niż kamień i metal. 


Zamiast drzewa stoi obelisk. Kiepski erzac.

Na koniec dnia postanowiliśmy odwiedzić Auckland Art Gellery. Po pierwsze – wiele wystaw w tym przybytku sztuki było daromowych, co zawsze budzi nasz etuzjazm. Po drugie, mieliśmy okazę obejrzeć ekspozycję The Maori Portraits, która zawierała portrety wodzów i przywódców plemion maoryskich oraz sceny z życia Maorysów na przełomie XIX i XX wieku. Namalowane przez czeskiego malarza Gottfrieda Lindauera olejne obrazy robią niezwykłe wrażenie. Maorysi przedstawieni są na nich w sposób bardzo europejski, co kontrastuje z charakterystycznymi tatuażami na twarzy, ozdobami z tutejszej odmiany jadeitu, ptasich piór, tradycyjną maoryską bronią. Trzeba przynać, że ekspozycja przygotowana jest bardzo dobrze, bo szczegółowe opisy każdego dzieła pozwoliły nam nieco bliżej poznać historię kultury maoryskiej. Ciekawe i barwne życiorysy wodzów są niezwykle różnorodne. Uświadomiły mi, że postrzeganie tej grupy etnicznej jako jednolitej, co często zdarza się w sytuacjach, gdy mówimy o mniejszościach, jest wielkim błędem. Losy utrwalonych na płótnie przez Lindauera ludzi były bowiem bardzo różnorodne, wybory życiowe, czasem zaskakujące i niespodziewane. 


Na przykład ten jegomość popłynął do Anglii, zakochał się w londyńskiej pokojówce i już się do ojczyzny nie wrócił. Obraz pędzla Gottfrieda Lindauera.

Poza może jeszcze ekspozycją historycznych zdjęć, pozostałe zdecydowanie nie przyciągnęły mojej uwagi aż tak bardzo. Nie znam się na obrazach i jedyne co potrafię naprawdę docenić to dzieła klasyczne, realistyczne, no może w przypływie szaleństwa jakiś Picasso mi się spodoba. Sztuka nowoczesna wogóle nie trafia do mojego skostniałego, nieartystycznego serca ;).  Zresztą, jeśli już człowiek chce się zanurzyć w dziełach, czy to wielkich klasyków płótna, czy w nowoczesnych eksperymentach nowych mistrzów powinien raczej wybrać się gdzie indziej, bo w Auckland wybór jest raczej skromny.


A to jeszcze panorama Auckland z Mount Eden. 

Zmęczni, ale zadowoleni poszliśmy w końcu na umówione miejsce, by spotkać się z Panią Moniką, z którą zabraliśmy się do domu. Przeszliśmy tego dnia ponad 21 kilometrów, więc byliśmy wieczorem trochę nieobecni i wcześnie zebraliśmy się spać, by następnego dnia po południu ruszyć z Auckland w dalszą drogę. Kolejnym etapem naszej podróży był przejazd do Kaikohe i, co tu dużo kryć, mieliśmy dużo szczęścia. Autostopowanie w Nowej Zelandii na pewno nie jest wiele trudniejsze niż w Australii, ale tym razem nie mieliśmy jeszcze tego doświadczyć, bo zabrała nas ze sobą Pani Jadwiga, albo jak tu ją wszyscy nazywają – Wiga. Przyjaciółka naszych gospodarzy to również Polka, która przyjechała tutaj stosunkowo niedawno, bo dwanaście lat temu, ale wcześniej trochę ją z rodzinnego Krakowa po świecie poniosło. Mieszkała i pracowała we Francji, później we Włoszech, aż w koncu wylądowała tutaj. Akurat odwiedzała Auckland, by tego samego dnia, co my wracać do Kerikeri, które leży niedaleko Kaikohe. Zabrała więc rodaków-tułaczy i odstawiła prosto na winnicę, gdzie przywitali nas Raewyn i Steven – straszne równiachy. O ich przytulnym zakątku napiszemy w następnym odcinku.

Ania

*o pa możecie przeczytać więcej w poprzednim artykule

Ania i Marek. Marek i Ania. Okoliczności życiowe sprzyjały nam tyle, że mogliśmy ciepnąć pracę w kąt i wyruszyć w świat. Kaukaz, azjatyckie stepy, Daleki Wschód, a potem Oceania. Taki plan :-). Z uwagi na limity bagażowe nie możemy zabrać w tę podróż wszystkich, których byśmy chcieli, dlatego postanowiliśmy prowadzić blog. Tutaj będziemy dzielić się doznaniami i postaramy się przybliżyć Wam to, co wydaje się tak dalekie. Jak nam to wyjdzie – sami nie wiemy, ale zapraszamy do lektury każdego, kto zechce nam towarzyszyć :-)