Houston, mamy problem, czyli najbardziej oczywisty tytuł w historii.

Lekarzu wylecz się w Houston! – Nasza NASA – Bohaterowie dzieciństwa – Uśpiony gigant

W Houston pozwoliliśmy sobie na pewną ekstrawagancję, a mianowicie – wysłaliśmy wiadomość na couchsurfingu do Polaka. Zdecydowaliśmy, że skoro powód naszej wizyty w mieście jest jeden, odwiedziny w NASA, to nie musimy koniecznie zostawać z tubylcem, a ciekawym doświadczeniem będzie poznać doświadczenia i punkt widzenia przyjezdnego. Radek, chłopak z Wrocławia, absolwent SGH, przez kilka lat mieszkający w Minesocie, a obecnie wykładowca na University of Houston, zgodził się nas gościć i ugościł nas wspaniale. Najpierw odebrał ze stacji Megabus w centrum miasta, potem zaprosił na pizzę, podlaną teksańskim piwem, a następnego dnia podwiózł rano do NASA, by w sobotę, późnym wieczorem, dostarczyć nas na daleki przystanek autobusu jadącego do Nowego Orleanu. Malinowo!


Centrum Houston widziane z okna mega-autobusu.

Jako się rzekło, naszym priorytetem były odwiedziny w NASA. Samo Houston nie jest wielce turystyczne. Czwarte co do wielkości w całych Stanach Zjednoczonych i największe w Teksasie. Pamiętacie Samuela Houstona, który pogonił kota Santa Annie w bitwie pod San Jacinto? Wybrano go potem na prezydenta Republiki Teksasu, a po inkorporacji do USA, został gubernatorem stanu Teksas. To właśnie jego imieniem zostało nazwane miasto założone w 1836, tuż po zakończeniu wojny. Obecnie znane jest jako największe zagłębie medyczne na świecie, skupiające uczelnie, laboratoria badawcze, specjalistyczne kliniki. To stąd na świat wychodzą ratujące życie technologie. 


Mega-autobus widziany z centrum Houston.

Nas do tego miasta również ściągnął temat postępu technologicznego, jednak w w innej dziedzinie. Podróżnicy, pionierzy i ich przygody zawsze stanowiły dla nas wielką inspirację. Nowe technologie i przekraczanie kolejnych granic ludzkich możliwości rozpalało wyobraźnię. Zaczytywaliśmy się od dziecka książkami z gatunku sciece-fiction, fascynowaliśmy się momentami, gdy fikcja fikcją być przestawała. Z wypiekami na twarzy oglądaliśmy film "Apollo 13". Dla mnie astronauci programów "Merkury", "Gemini" i "Apollo" byli bohaterami dzieciństwa. Dokumenty o nich mogłem oglądać bez końca, a wymienienie załóg wszystkich kolejnych lotów przychodziło mi bez trudu. Nadszedł czas, by wszystko sobie odświeżyć i dowiedzieć się miliona nowych rzeczy. Byliśmy podekscytowani jakbyśmy sami mieli polecieć w kosmos. No dobrze, przesadzam, ale byliśmy naprawdę bardzo podekscytowani.


Piękna. Z taką to można i na księżyc. No i oczywiście replika lądownika lunarnego.

Oprócz centrum kontroli lotów w kompleksie imienia Lyndona B. Johnsona znajdują się obiekty treningowe, laboratoria naukowe i wiele innych. W czasach pierwszego programu kosmicznego lotów załogowych, czyli programu "Merkury", centrum kontroli lotów znajdowało się na Florydzie, ale przy kolejnym etapie podróży kosmicznych, pojawiło się zapotrzebowanie na większy i bardziej kompleksowy ośrodek. Wiceprezydent Johnson, teksańczyk, dołożył wszelkich starań by ze wszystkich miejsc branych pod uwagę, ostatecznie wybrane zostało Houston.


W filmie cytat zmieniono, żeby brzmiał jeszcze bardziej dramatycznie.

Tak się oczywiście stało, konstrukcję zakończono w 1963 roku i wszystkie loty kosmiczne NASA, począwszy od programu "Gemini" aż po wahadłowce, były nadzorowane właśnie stamtąd. Obecnie wszyscy niecierpliwie czekają na kolejny krok. Niecałe trzy lata temu doszło do pierwszego lotu próbnego poza niską orbitę okołoziemską statku kosmicznego "Orion". Na 2021 rok zaplanowana jest pierwsza misja załogowa. Rozpocznie ona nowy rozdział w dziejach podboju kosmosu, który ma zakończyć się pierwszym lądowaniem człowieka na Marsie. 


Jeśli lecieć na Marsa, to tylko ze wszelkimi wygodami. Tak wygląda toaleta na międzynarodowej stacji kosmicznej. 

Zejdźmy jednak na ziemię. W naszej podróży zwykliśmy skupiać się na darmowych lub bardzo tanich atrakcjach, ale prawda jest taka, że tak jak szarpnęliśmy się na armię z terrakoty, tak zdecydowaliśmy, że centrum NASA jest miejscem zbyt dla nas ważnym i doniosłym dla ludzkości, żeby je pominąć. Radek podrzucił nas na miejsce, tłumacząc, że ostatni couchsurferzy, którzy chcieli dojechać na własną rękę, czekali na autobus dwie godziny. Dotarliśmy więc niedługo po otwarciu i minęliśmy bardzo długą kolejkę ludzi, którzy bilety chcieli kupić w kasie, a także tych, którzy mieli je już wydrukowane, ale myśleli, że to kolejka do wejścia. Centrum z pozoru nie jest duże, ale jeśli chce się obejrzeć wszystkie filmy, przejechać się na wycieczkę do starego budynku kontroli lotów czy centrum treningowego astronautów, trzeba spędzić tam przynajmniej pięć godzin.


Ania i moduł dowodzenia z misji Apollo 17 – ostatniej, która zawitała na Księżycu.

Na zwiedzanie repliki promu "Independence", a także na objazdówki po atrakcjach oddalonych od budynku głównego najlepiej zaklepać bilety na określoną godzinę. Nic nie kosztują, a pozwalają ominąć kolejki złożone z trochę gorzej zorientowanych gości. Od takiej wycieczki zaczęliśmy nasze zwiedzanie. Zawieziono nas do starego budynku kontroli lotów i po schodach wprowadzono do sali, w której swojego czasu zasiadali wielcy tego świata, rodziny astronautów, przedstawiciele mediów – słowem wszyscy, którzy śledzili lot na żywo. Za szybą sala ze starymi monitorami, komputerami, wszystko jak w filmach. Miejsce, które znaliśmy dosyć dobrze, a które w końcu zobaczyliśmy na żywo. Uczucie naprawdę niesamowite.


Ci z tyłu to klienci VIP, którzy zapłacili więcej i mogli wejść do sali głównej. Za to my mamy ładniejsze okulary.

Nie mogliśmy jednak długo kontemplować, bo zabrano nas dalej, a ostatnim punktem ponad godzinnej wycieczki był hangar, w którym znajduje się rakieta Saturn V. To właśnie ten olbrzym wynosił astronautów programu Apollo w kosmos. Do dzisiaj pozostaje największą i najpotężniejszą (największy popęd siły) rakietą w historii lotów kosmicznych. I znowu – widzieliśy ją przecież wiele razy na ekranie, ale nawet rozczłonkowana i położona horyzontalnie robi tak wielkie wrażenie, że gdy weszliśmy do hangaru oboje stanęliśmy jak wryci i przez parę dobrych sekund nie wiedzieliśmy co powiedzieć. 


Saturn V…

Reszta ekspozycji przeznaczonej dla zwiedzających nie była oczywiście tak imponująca, ale nie codziennie można dotknąć skały z księżyca, czy zobaczyć wnętrze promu kosmicznego (nawet jeśli to tylko replika). Krótkometrażowe filmy pokazywane w dwóch salach kinowych, znajdujących się na terenie centrum, również zrobiły na nas duże wrażenie. W jednym z nich tematem przewodnim jest przyszłość lotów w kosmos i jakie technologie pozwolą nam dolecieć tam, gdzie jeszcze żaden statek załogowy nie doleciał. Nie myśli się o tym na codzień (chociaż może niektórzy z Was i owszem), ale kiedy jedna z astronautek opowiada, że kto wie – może będzie jej dane zetrzeć pył marsjański z łazika "Curiosity" już za dwadzieścia lat, aż ciarki człowieka przechodzą na samą myśl. Czasem wraca się do filmów z przed pięciu czy dziesięciu lat i widzi technologie, które wtedy uchodziły za sciece-fiction, a teraz są rzeczą zupełnie normalną – na porządku dziennym. Przyjemna jest myśl, że za niedługi czas będziemy ze wzruszeniem oglądać, jak pierwszy człowiek staje na Czerwonej Planecie. Ania powie wtedy: "A pamiętasz, co powiedziała ta astronautka w NASA?", a ja jej na to "Nie zmieniaj tematu. Przecież widzę, że wyżerasz ostatni ząbek czosnku ze spaghetti!".

Marek

2 myśli nt. „Houston, mamy problem, czyli najbardziej oczywisty tytuł w historii.”

Możliwość komentowania jest wyłączona.