W San Antonio bez ostróg, czyli Teksas a la mo

U zarania początków genezy – Teksańskie Westerplatte – Teksańska gościnność – W ogóle wszystko teksańskie

Może i Dallas jest teksańskie od zarania dziejów, ale jeśli chcemy szukać kolebki teksańskiej tożsamości, musimy zajrzeć do San Antonio. Drugie co do wielkości miasto w stanie, a siódme w całym USA, początki swoje bierze w kolonizacji hiszpańskiej. Jak to często w takich przypadkach bywało, zaczęło się od misji franciszkańskiej, San Antonio de Valero, zwanej później Alamo. Do niej jeszcze wrócimy. Miasto wyrosło na największe hiszpańskie, a później meksykańskie osiedle w Teksasie, czy też, jak to mówią po hiszpańsku, w Tejas.


"La Antorcha de la Amistad" czyli Znicz Przyjaźni. Dar rządu meksykańskiego dla San Antonio stoi w centrum miasta od 15 lat.

Po rewolucji w Meksyku i uzyskaniu niepodległości, rozpoczęły się w tym kraju silne spory wewnętrzne. Różne frakcje miały różne pomysły na urządzenie kraju i państwo zaczęła toczyć dobrze znana, postrewolucyjna choroba. Meksyk został zorganizowany administracyjnie na wzór USA, z położeniem nacisku na prawa stanowe, ale po jakimś czasie do głosu doszli ludzie, którzy mieli bardziej scentralizowane pomysły na zarządzanie krajem. 


River Walk w Stan Antonio dostarcza bardzo przyjemnych wrażeń estetycznych.

Na ich czele stał generał Antonio Lopez de Santa Anna. Wybrany na prezydenta w 1835 roku musiał uporać się z silną reakcją władz lokalnych, w tym tych teksańskich. Santa Anna objął osobistą komendę nad ekspedycją karną, przeciwko której Teksańczycy formowali w pośpiechu ochotniczą armię. Do niej zaś chętnie zgłaszali się mężczyźni ze Stanów Zjednoczonych. Hasła o walce z tyranią trafiały w tym przypadku na podatny grunt. W końcu zaledwie pół wieku temu wywalczyli własną niepodległość, a amerykańskie osadnictwo w Teksasie trwało w najlepsze od wielu lat.

Teksańczycy wyparli Meksykanów z San Antonio, a następnie ufortyfikowali misję Alamo i tam zastał ich generał Santa Anna. Dowódca obrony, William B. Travis z Karoliny Południowej, wysłał pośpiesznie gońców po posiłki zanim oblężenie się zaczęło i przez kolejne dwa tygodnie Teksańczycy (około dwustu ochotników) odpierali ataki armii meksykańskiej, ale w końcu obrona padła. Cztery dni po proklamowaniu Republiki Teksasu. 


Misja Alamo czyli symbol nie tylko miasta San Antonio, ale i całego Teksasu.

Obrońcy, którzy nie padli w walce zostali wymordowani po bitwie, a ich ciała spalono, nie pozwalając na pochówek. Wśród poległych znalazły się takie legendy amerykańskiego pogranicza jak traper David Crockett i James Bowie, którego noże, produkowane po dziś dzień są symbolami Dzikiego Zachodu. Wojna nie potrwała wiele dłużej. W czasie gdy Alamo dzielnie broniło się przed siłami Santa Anny, Samuel Houston, weteran walk z Brytyjczykami, były gubernator Tennessee stanął na czele teksańskiej armii, by trochę ponad miesiąc później,  w bitwie pod San Jacinto rozgromić Meksykanów. Sam Sam (huehue) stracił tylko dziewięciu żołnierzy. Santa Anna dostał się do niewoli i w zamian za swoje życie, uznał niepodległość Republiki Teksasu. W czasie bitwy okrzykiem bojowym Teksańczyków było "Pamiętajcie o Alamo!". 


Panowie zarzekali się, że oblężenie Alamo pamiętają jak dziś.

Niecałe dziesięć lat później Teksas został włączony do Stanów Zjednoczonych jako kolejny stan, co doprowadziło do wojny amerykańsko-meksykańskiej, o której wspominaliśmy już w naszych wpisach z Kalifornii. Prawie 170 lat później do San Antonio zawitali Malanowscy i wtedy dopiero się zaczęło… Zwiedzanie znaczy się. Autobus dojechał późno w nocy i nie było już transportu miejskiego, który mógłby nas zabrać do naszego gospodarza, Tylera. Zostaliśmy, po raz pierwszy w naszym życiu, skazani na Uber. Jako, że miała być to nasz premierowy kurs, przysługiwała nam zniżka, więc zapłacilibyśmy nawet mniej niż za autobus. Niestety Uber nie chciał zaakceptować mojej karty, ale Tyler nie tylko zamówił samochód za nas, ale kategorycznie odmówił przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy. Znajomość rozpoczęła się dobrze :).


Opis amputacji kończyn był bardzo fachowy, a narzędzia odpowiednio nie zdezynfekowane.

Tyler nie musiał iść rano do pracy, więc mogliśmy spokojnie sobie pospać, a przed południem pojechać do centrum. Pierwsze zetknięcie z miejską rzeczywistością nie było może najlepsze, bo na przystanku autobusowym rozkładał się uporczywie jakiś martwy zwierz, ale o mieście nie możemy powiedzieć złego słowa. Bardzo przyjemne wizualnie, z uroczym deptakiem nad kanałem River Walk, obfitującym w knajpki i oferującym rejsy płaskodenną łajbą.


Królowała tam głównie kuchnia meksykańska i tex-mex. No i oczywiście kapele grające meksykańską muzykę. 

Gdy tak spacerowaliśmy spokojnie po deptaku, zaczepił nas człowiek w wielkim kapeluszu i z wielkimi ubytkami w uzębieniu. Najwidoczniej zwrócił uwagę na naszą rozmowę, bo od razu zapytał skąd jesteśmy, przywitał nas w Teksasie i zaczął, cały czas potrząsając moją ręką, pytać, jak nam się podoba i czy nie uważamy, że jest tu zupełnie inaczej. Przedstawił nas, siedzącej nieopodal żonie, która nie wykazywała podobnego entuzjazmu, a gdy już się rozstaliśmy, słyszeliśmy jeszcze jego donośny głos z moncym akcentem, którym huczał do swojej żony "They caaame from Poooland!". Miło wprowadzić trochę ożywienia w dzień bliźniego, nawet mimochodem.


Katedra Świętego Ferdynanda

Nie był to zresztą pierwszy przypadek, gdy zostaliśmy przyjacielsko zaczepieni na ulicy. Już w Dallas, widząc nas maszerujących z plecakami, ludzie pytali się czy wiemy dokąd idziemy, czy może podwieźć, czy jesteśmy rodzeństwem, czy podoba nam się tutaj i czy już jedliśmy mięso. Zacne dusze. Wracając jednak do San Antonio – od River Walk, ulicą Crocketta, przeszliśmy do pępka miasta, czyli samego Alamo. Zwiedzać można za darmo, a wśród zabudowań czają się rekonstruktorzy, którzy opowiadają o tym jak wytwarza się kule muszkietowe, amputuje kończyny et cetera. Wyświetlane są też filmy dokumentalne, a oddzielny budynek poświęcony jest Jamesowi Bowiemu i jego słynnym nożom. Całość robi naprawdę dobre wrażenie i San Antonio odwiedzić jest warto choćby po to, by przyjrzeć się z bliska symbolowi Teksasu. 


Pomnik bohaterów obrony Alamo. Dwie wyróżnione postacie do William Travis i David Crockett.

Przespacerowaliśmy się jeszcze trochę po centrum, zrobiliśmy zakupy na obiad i wróciliśmy do kotów Tylera. Samego gospodarza nie było w domu, bo pracuje popołudniami, więc zjedliśmy w towarzystwie futrzaków, wypiliśmy za pamięć Travisów i Crockettów, a kiedy dołączył do nas Ty, pogawędziliśmy chwilę, obejrzeliśmy kilka odcinków South Parku i zasnęliśmy błogo na kanapie. Autobus do Houston mieliśmy dopiero koło południa, a Tyler zaoferował nam podwózkę, więc nie musieliśmy zrywać się bladym świtem. Spakowaliśmy się, zabraliśmy cieplejsze ciuchy do podręcznego, bo klimatyzacja w niektórych autobusach jest zabójcza, pożegnaliśmy koty i ruszyliśmy na stację. Stamtąd Megabus miał nas zawieźć do naszego ostatniego przystanku w Teksasie – Houston. I wiecie co? Zawiózł!
Tyler i jego futrzaki. Gospodarz z tych na luzie i "róbta co chceta, tylko mi dziury w ścianie nie wybijta".

Marek

Jedna myśl nt. „W San Antonio bez ostróg, czyli Teksas a la mo”

Możliwość komentowania jest wyłączona.