Howdy y’all, czyli teksańska masakra mięsem wędzonym

El Przeprawa – Wielka wsypa! – Śmierć prezydenta – Wielkie ilości mięsa

Do autobusu, który miał nas zawieźć z Tucson do El Paso mieliśmy ponad godzinę marszu, więc mogliśmy jeszcze raz przespacerować się przez kampus uniwersytecki i porządnie pożegnać się z miastem. Trzeba przyznać, że mieliśmy szczęście, w ogóle docierając na czas w odpowiednie miejsce. Gdy kupowaliśmy bilety, byliśmy jeszcze w Kalifornii, a tymczasem linia Greyhound zmieniła miejsce swojego przystanku w Tucson, nie informując o tym mailowo pasażerów. My dowiedzieliśmy się tylko dlatego, że w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się jechać autobusem z Phoenix do Tucson i wysiedliśmy właśnie na nowej stacji. Gdyby nie ten fakt, w dniu wyjazdu do El Paso poszlibyśmy radośnie w zupełnie inne miejsce i znowu musielibyśmy gnać na złamanie karku.


Nie wiem czy dobrze widać, ale na horyzoncie szaleje burza piaskowa. Taka maleńka, ale jednak.

El Paso…Miasto leżące na granicy z Meksykiem, a więc również na brzegu Rio Grande. Co ciekawe, jego najstarsza część nie leży w Stanach Zjednoczonych, ani nie nazywa się już El Paso lecz Juarez. Stara nazwa osady założonej w XVII wieku, na południowym brzegu rzeki przez hiszpańskich odkrywców, oznacza tyle co przejście czy przeprawa. Logiczne. Po przeprawieniu się przez rzekę Hiszpane rozpoczęli kolonizację terenów obecnego Nowego Meksyku i Teksasu. Po wojnie amerykańsko-meksykańskiej granica została wyznaczona na Rio Grande, co przy panującym tam klimacie i wiążącymi się z nim zmianami biegu rzeki, było zarzewiem wielu konfliktów granicznych. Tradycyjnie gorąca atmosfera nadgranicznego miasta, była więc jeszcze gorętsza. Obecnie znajduje się tu największe przejście graniczne, a wysoki stalowy płot ciągnie się stąd aż po horyzont. 


Widok na El Paso i Ciudad Juarez. To wielkie, czerwone "X" symbolizuje przejście graniczne i znajduje się już po meksykańskiej stronie. Obok widać część uregulowanego koryta Rio Grande.

Ze stacji autobusowej odebrał nas nasz gospodarz, Alan. Pracownik socjalny, doskonale znający nadgraniczne realia i historię regionu, ale wykazującą, jak na couchsurfera zaskakującą niechęć do podróży. Jego filozofię w tym względzie możnaby ująć, parafrazując klasyka: "Podobają mi się miejsca, które już raz odwiedziłem". Niemniej jest osobą bardzo gościnną. Od razu powiedział, że możemy korzystać z kuchennych zasobów, a po kolacji zawiózł nas na świetny punkt widokowy, żebyśmy mogli zobaczyć El Paso, Juarez i granicę z wysokości. Było to dla nas tym cenniejsze, że zatrzymaliśmy się tu tylko na jedną noc i bez pomocy Alana zobaczylibyśmy dużo mniej. 


Niebo nad Teksasem wielokolorowe i dobrze strzeżone. Pod linią horyzontu baza wojskowa.

W dzień wyjazdu zdecydowaliśmy się przespacerować do Chamizal National Memorial. Mieszczący się nad samą granicą park i zabudowania muzealne jest symbolem amerykańsko-meksykańskiego pojednania i zakończenia dysput granicznych na dobre. Przynajmniej jeżeli chodzi o kwestie terrytorialne. Działania podjęte za prezydentury Johna Fitzgeralda Kennedy'ego zostały zwieńczone przez Lyndona Johnsona i prezydenta Meksyku Gustavo Diaz Ordaza podpisaniem porozumienia, a następnie uregulowania Rio Grande. Rzekę wpuszczono w betonowy kanał i siły natury miały nie doprowadzać już do sporów terytorialnych. Obecnie spory natury politycznej powoduje żywioł ludzki. Imigracja meksykańska nadal jest bardzo duża, a odpowiedzią ze strony USA jest umacnianie granicznego ogrodzenia oraz zwiększanie liczby patroli straży. Sami byliśmy świadkami pościgu za człowiekiem, który granicę pokonał "na dziko", ale został ujęty przez strażników. 


Mural przyjaźni amerykańsko-meksykańskiej na ścianie muzeum w Chamizal Park. 

Co zresztą, stało się i naszym udziałem. Otóż kiedy pożegnaliśmy się już z Alanem i wsiedliśmy do autobusu jadącego do Dallas, w drodze zostaliśmy zatrzymani w punkcie kontrolnym straży granicznej. Pomyśleliśmy sobie – standardowa procedura, w końcu granica niedaleko, autobusy trzeba sprawdzać. Strażnik wylegitymował wszystkich pasażerów, a w tym czasie specjalnie przeszkolony pies obwąchiwał bagaże w luku. Po pewnym czasie na pokład wszedł drugi strażnik i poprosił, żeby właściciel kwitku bagażowego o wskazanym numerze wstał i wysiadł razem z nim autobusu. Numer sprawdziłem właściwie dla zasady, ale zaraz oblał mnie zimny pot. Przecież to mój! Trochę się wahałem, ale wstałem powoli i podszedłem do strażnika, od razu tłumacząc, że to chyba jakaś pomyłka, że może pies wyniuchał jedzenie, ale on spojrzał na mnie twardo i jeszcze raz powtórzył, żebym wysiadł z autobusu. Ania oczywiście w wielkich nerwach, zaczęła się dopytywać o co chodzi, ale drugi strażnik kazał się jej uspokoić i zostać na miejscu. Wyszedłem z autobusu i zobaczyłem, że przy luku bagażowym stoi kolejny strażnik, trzyma w ręku pokaźną torbę z marihuaną, pies skacze w okół niego jak szalony. "Ktoś podłożył mi towar!", pomyślałem i prawdę mówiąc, odebrało mi trochę mowę, kiedy jeden z funkcjonariuszy zapytał czy to mój bagaż. Kiedy ponowił pytanie, a jego kolega stojący obok mnie zaczął wyciągać kajdanki, oprzytomniałem i spojrzałem w końcu na torbę, która ni cholery nie przypominała mojego plecaka.
– To nie mój bagaż – krzyknąłem nieco za głośno, odzyskując oddech.
– A czyj?
– Nie wiem, ale na pewno nie mój, to jakaś pomyłka.
– Daj mi swój kwit!Podałem. Strażnik spojrzał na numer, a potem na mnie, jakbym był jakimś imbecylem, po czym powiedział, że chętnie aresztowałby mnie pomylenie dziewiątki z ósemką, ale prawo stanowe na to nie pozwala. Roześmiałem się nerwowo, ale im nie było do śmiechu, więc kazali mi zabierać się do autobusu, gdzie, cicho jak trusia, siedział właściciel torby, którego w końcu znaleźli i wyprowadzili. Nie wiem kiedy ostatni raz byłem tak bardzo zestresowany, nie mówiąc o biednej Ani, która odchodziła od zmysłów, a którą strażnik musiał usadzać z pięć razy, żeby nie wysiadła za mną. Uspokoiliśmy się po jakiejś godzinie i łyku burbonu, który zaoferowała nam starsza pani siedząca przed nami. Ale jazda…

Nad ranem, już uspokojeni przez nocną podróż i sąsiadkę-staruszkę oraz jej burbon, dojechaliśmy do Dallas. To dziewiąte co do wielkości miasto w USA, a czwarte jeśli liczyć populację całej metropolii. Bardzo dobry wynik, zważywszy na to, że osada została założona dopiero po wojnie o niepodległość Teksasu, w połowie XIX wieku. Nie jest więc starą kolonią hiszpańską ani miastem meksykańskim, a że powstała przed inkorporacją Teksasu do USA, można powiedzieć, że trudno o bardziej teksańskie miejsce na ziemii. Dobra nasza, pomyśleliśmy sobie, trzeba spróbować trochę miejscowych specjałów.


Dallas z oddalli!

Na całe szczęście zatrzymaliśmy się u ludzi, którzy zostali stworzeni do goszczenia przyjezdnych. Nichole, z pochodzenia Greczynka, ale urodzona w Teksasie oraz Travis, pochodzący z Iowy, to ludzie nieco introwertyczni, ale bardzo wyluzowani i lubiący towarzystwo. Oboje uwielbiają gotować i jeść, mają na tyłach domu niewielką, elektryczną wędzarnię i trafiliśmy akurat na dwa dni wielkiego teksańskiego barbeque. Osz w mordę.


Od lewej: Ania, Nichole, Travis, Wielkie Ilości MIęsa, Millie i Mitch.

Nażarliśmy się więc po wręby. Bardzo dobrze, że żołądki mamy skurczone, bo zjedlibyśmy jeszcze więcej i nastąpiłby nasz koniec. Wędzona wieprzowina, żeberka, sałatki, sosy do BBQ własnej produkcji, a wszystkiego tyle, że po naszym wyjeździe zostało jeszcze na tydzień. Albo dwa. Ania zrobiła do tego wielką porcję sałatki ziemniaczanej, więc jedno jest pewne – z domu Nichole i Travisa, lżejsi nie wyjechaliśmy. Domostwo było bardzo wesołe, co i rusz wpadali jacyś znajomi, żeby coś podjeść albo pograć w zielone, a pierwszego wieczoru załapaliśmy się na cotygodniowy seans najnowszego odcinka The Walking Dead. W końcu na ekranie większym, niż nasz tablet! Oprócz gospodarzy i przyjaciół domowe stadko tworzyły jeszcze cztery pieski rasy chihuahua. Strasznie jazgotliwe, ale wyjątkowo urocze.


Ania i jej ulubieniec – Ruppert. Zwany przez nią Rufusem. Przeze mnie zwany Szczurkiem.

Mieliśmy co jeść, gdzie spać i kogo pogłaskać, więc spokojnie mogliśmy się wypuścić na zwiedzanie miasta. Nie ma tam zbyt wiele do zobaczenia, ale zawsze to duże miasto, w którym nas jeszcze nie było, a poza tym mogliśmy obejrzeć miejsce jednego z najgłośniejszych zabójstw XX wieku. Abstrahując od wszelkich nieścisłości w śledztwie, dziwnych trajektorii lotu i innych teorii spiskowych, jedno pozostaje faktem – to właśnie w Dallas, 22 listopada 1963 roku, na Elm Street śmiertelnie postrzelono prezydenta Kennedy'ego. W amerykańskiej historii nie była to rzecz bez precedensu, a Kennedy był czwartym prezydentem, który zmarł w wyniku zamachu. Napięta sytuacja polityczna, społeczna oraz fakt, że ostatni zamordowany prezydent zmarł ponad 60 lat przed JFK (ludzie się odzwyczaili), sprawiły, odcisnęły wielkie piętno na narodzie. Kontrowersje dotyczącego zamachu i śledztwa sprawiają, że tylko co piąty obywatel wierzy w oficjalną wersję wydarzeń.


Cztery metry na prawo ode mnie prezydenta Kennedy'ego trafiła druga kula. Według oficjalnej wersji wystrzelony z budynku po lewej. Drugie okno od góry, pierwszy rząd od prawej. 

Poszliśmy więc zobaczyć memoriał prezydenta, a potem miejsce w którym został postrzelony. Nieopodal spotkaliśmy pierwszych Polaków od wyjazdu z Kalifornii. Pochodzące z Małopolski małżeństwo i dwójka dzieci urodzonych już w Chicago. Pogawędziliśmy chwilkę i musieliśmy pędzić dalej. Kupiliśmy bilet upoważniający nas do nieograniczonej liczby przejazdów w przeciągu pięciu godzin i chcieliśmy wrócić do domu zanim wygaśnie. Poszwędaliśmy się jeszcze trochę po centrum, przejechaliśmy się darmowym, zabytkowym tramwajem "Betty" i wróciliśmy do domu. Muszę przyznać, że pośród wielkich budynków Dallas czuliśmy się bardzo raźno. Już dawno nie byliśmy w centrum dużego miasta i nieco przyśpieszone tempo metropolii wyczuwalne w powietrzu, przypomniało nam Warszawę. 


Centrum miasta pokaźnych rozmiarów, ale absolutnie nie zatłoczone. 

Kolejnego dnia mieliśmy się przejechać do White Rock Lake, ale kiepska pogoda i kilka rzeczy do zorganizowania przez internet, zmieniły nasze plany. Zostaliśmy z psami, pilnując obejścia. Niestety Nichole musiała lecieć wcześnie rano do Montrealu, a Travis nie zdążył wrócić z pracy przed naszym wyjściem, także żegnały nas tylko smutne spojrzenia psiarni. I tony zimnej wieprzowiny w lodówce. Wzięliśmy trochę na drogę, żeby nie było jej smutno. Wsiedliśmy w autobus miejski, który zawiózł nas na stację Megabus, który od tej pory miał nam towarzyszyć prawie nieprzerwanie do końca naszych amerykańskich wojaży. Przejazd z Dallas do San Antonio kosztował nas dwa dolary. Dwa. Daaaaaaaaaauuuuuuuuuuuumnnnnnnn. 


Pokój z charakterem. Nasze miejsce w obejściu Nichole i Travisa. 

Marek

6 myśli nt. „Howdy y’all, czyli teksańska masakra mięsem wędzonym”

    1. No nie powiem, strach był, bo weź tu się człowieku z podrzutki jakiejś wytłumacz. Brrr…

    1. Bo ja wiem…Wynajęłaby wypalonego prawnika, który kiedyś był geniuszem sali sądowej i zarówno ona, jak i on, pokonując wiele przeszkód i przeciwności losu, doprowadziliby do mojego uniewinnienia, ratując jego karierę i zawiązując więź głębokiej przyjaźni. Potem napisalibyśmy scenariusz filmowy, mnie zagrałby Cilian Murphy, Anię Jennifer Lawrence, a prawnika John Goodman. Złego prokuratora Jack Nicholson, a dziennikarza, który pomaga w śledztwie – Edward Norton. Oscary, Złote Globy, wielka sława. Nie byłoby tak źle 😉

      A tak poważnie to i tak najadła się bidulka nerwów.

Możliwość komentowania jest wyłączona.