Feniks, bigos i pustynia, czyli Arizona dream

Nie ma boczku w kostkę na pustyni – Miłość od pierwszego wejrzenia – Góry i kaktusy – Kentucky wódeczka

Letnia wycieczka do Phoenix – stolicy Arizony –  to nie najlepszy pomysł. Nasłonecznienie tego stanu jest generalnie bardzo wysokie, a Phoenix graniczy z pustynią Sonora i 1/3 miasta to również tereny pustynne. Dobrze zatem, że przyjechaliśmy w marcu. Mimo to odczuliśmy na własnej skórze gorący podmuch – nazwa miasta jak najbardziej na miejscu. Osada została założona kilka lat po wojnie secesyjnej, prawa miejskie uzyskała w 1881 roku, a wraz z utworzeniem stanu Arizona (1912), Phoenix stało się stanową stolicą.


W drodzę na Camelback Mountain. Za tło robi Phoenix we własnych osobach.

Ze stacji autobusowej odebrał nas couchsurfer David. Przyjechaliśmy do domu, gdzie poznaliśmy resztę jego czarującej rodziny – żonę Jennifer, syna Luke'a, córeczkę Claire oraz dwa przemiłe psiaki – Stevy'ego i Monte. Trzeba przynać, że w domu Davida i Jenn bawiliśmy się znakomicie. Gospodarze dbali o nas, karmili, zabawiali, a jednego wieczora wyciągneli nawet "Cards against humanity", w którą, jak może pamiętacie, graliśmy już w Australii z Tonym. Zatem znów miałam okazję pośmiać się tak bardzo, że mnie brzuch rozbolał. Jeszcze raz – grę polecam, jest fantastyczna i przekomiczna.


Niestety bez Davida, który poszedł już do pracy. Jennifer, dzieciaki i psiaki.

Przez pierwsze dwa wieczory Jenn częstowała nas przepysznym kurczakiem – trzeba było się zatem zrewanżować. Zaproponowaliśmy bigos, a propozycja została przyjęta z entuzjazmem. David zna polską kuchnię, bo odwiedził nasz kraj, gdy kilka lat temu mieszkał przez jakiś czas w Europie. Jenn też sporo podróżowała. Jeszcze zanim poznała męża zdecydowała się na podróż jachtstopem i przez dwa lata pływała po morzach i oceanach. Odważna – szacuneczek. W każdym razie obydwoje chętnie próbują nowych smaków, więc uwarzyłam bigos. Jenn miała naprawdę świetną kapustę kiszoną (sami ukisili), co bardzo ułatwiło mi zadanie. Jedyne, czego nie udało się dorwać to boczku do pokrojenia w kostkę. Prawie cały boczek w Stanach jest bowiem przerabiany na cienkie plasterki. Boczek w kawałku!? Takie diabelstwo to trzeba u rzeźnika zmówić z wyprzedzeniem. Podobnie niestety jak słoninę – tu takich cudów się nie jada, więc drugiego marzenie Davida – smalecu ze skwarkami nie udało się niestety spełnić. Za to bigos wyszedł pierwsza kalsa, zjedliśmy go radośnie i ze smakiem.


Pomimo skwaru za oknem bigos bardzo dobrze wszystkim podszedł.

Przy okazji David opowiedział nam przezabawną historię jak to się z Jenny poznawali. Otóż jest to jeden z tych związków, który można określić jako "miłość od pierwszego wejrzenia". Poznali się na kursie z autoprezentacji, strasznie zakochali, a że byli już po trzydziestce i obydwoje chcieli jak najprędzej założyć rodzinę, to trafili na siebie w idealnym momencie. Zdecydowali się postarać o potomka jak najszybciej i David poznawał rodzinców Jennifer, kiedy ta była już w pierwszych tygodniach ciąży.

– Wyobraźcie zatem sobie – opowiadał David – że spotykamy się z rodzicami Jennifer na Święto Dziękczynienia i tu następuje kaskada "dobrych wieści". Najpierw wszyscy radośni, że Jenn w końcu po szlajaniu się po świecie przez tyle lat postanowiła się ustatkować i przyprowadza chłopaka. Potem ja się czaję na ojca i mu mówię, że jestem taki trochę "starej daty", więc chciałbym go poprosić o rękę jego córki. Po czym w okolicach deseru informujemy wszystkich, że Jennifer jest w ciąży. W tym momencie w radiu zaczyna się jakaś sentymentalna piosenka country o miłości. Siedzimy przy tym stole, po chwili milczenia jej ojciec zaczyna płakać, potem zaczyna płakać Jennifer, a ja tylko myślę "Cholera, wszyscy płaczą, to chyba nie zrobiłem najlepszego wrażenia".


Dalszy ciąg wspinaczki na wielbłądzi garb. Niestety temperatura zgoniła nas na dół.

Okazało się jednak, że wrażenie było jak najlepsze, a David i Jennifer są na prawdę dobraną i czarującą parą, a trzeba przyznać, że i trzyletni Luke, i roczna Claire podbili nasze serca. Z ich domu wyruszyliśmy na dwie wycieczki do pobliskich rezerwatów. W końcu byliśmy w Arizonie i trzeba się było rozejrzeć trochę jak ta pustynia północnoamerykańska wygląda. W Phoniex można to zrobić z łatwością. Rezerwaty znajdują się bowiem w rejonie miasta. Pierwszego dnia wybraliśmy się zatem do Echo Canyon, gdzie powspinaliśmy się trochę, ale z podejścia do najwyższego szczytu – Camelback Mountain zgoniła nas temperetura. Po prostu trochę za późno wyszliśmy z domu. A trafiliśmy na najgorętszy dzień zimy – 35 stopni C. Podobno i na wiosnę rzadko się zdarza taka temperatura i lepiej wtedy nie szaleć na szlakach. Wszędzie można z resztą znaleźć tablice ostrzegające przed takimi wybrykami. Dodatkowo trzeba koniecznie pamiętać o piciu dużej ilości wody, gdzyż suche pustynne powietrze oraz palące słońce wyciągają ją z człowieka w niesamowitym wprost tempie. Ja po prostu czułam jak ze mnie paruje. W jednej chwili masz mgięłkę potu na skórze – sekundę później już jej tam nie ma. I mówiąc "sekundę", nie przesadzam. 


Łatwo nie było…

Drugą wycieczkę odbyliśmy na rowerach do South Mountain Park. Niestety wybór rowerów okazał się wielce niefortunny. Rozbolał mnie bark, jakoś się nie mogłam do roweru dopasować, zaczęliśmy się wlec i tak zanim dojechaliśmy do parku nastała godzina 11. Zrobiliśmy szybką rundkę po okolicy, ale na żaden bardziej wymagający szlak nie starczyło już czasu. Ale co tam – pustynia była? Była. Kaktusy były? Były. Piękne widoki były – no jaha! Nie ma co marudzić. Jazdę w drugą stronę poddaliśmy, dojechaliśmy do przystanku autobusu, który podrzucił nas z powrotem w gościnne progi naszych gospodarzy. 


Kompletnie nie mam pomysłu na podpis pod tym zdjęciem.

Rano pożegnaliśmy Davida, który ruszył do pracy. Pani domu nakarmiła nas natomiast pysznym śniadaniem i wyprawiła w dalszą drogę. Wypatatajaliśmy młodzież na kolanach, wygłaskaliśmy domagające się pieszczot psy i musieliśmy ruszać. Szkoda nam było opuszczać to miłe domostwo, ale trzeba jechać, żeby zdążyć do Bostonu na samolot.


Jestę kaktusę! 

Miasto Tuscon też już niecierpliwie na nas czekało, a chciaż z naszych badań internetowych wyszło, że nie ma tam zbyt wiele do oglądania, to po pierwsze – my sobie zawsze coś znajdziemy, a po drugie – gdzieś się przecież zatrzymać trzeba. Na około są zresztą parki narodowe i stanowe. Niestety nie udało się do nich dotrzeć. Za daleko na piechotę, brak autobusów miejskich jeżdżących poza centrum, a podwózki też nie udało się zdobyć. W Tuscon zagościliśmy u Erica, sympatycznego nauczyciela/aktora. Jego teatr właśnie podjął się wystawienia "Makbeta", jednak Eric znalazł i dla nas trochę czasu między próbami i pracą. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, obejrzeliśmy razem ulubione odcinki South Parku i wypiliśmy trochę drinków z chyba najbardziej paskudną wódką, jaką kiedykolwiek smakowaliśmy. Wytworzono to-to w Kentucky. Erick ostrzegał, że będzie niedobra, ale, że Polacy przyjechali, to wódeczkę wyjął ;). Z resztą jak się jej wlało bardzo niewiele do szklanki i zalało dużą ilością soku, to jakoś poszło. Zdrowie gospodarza!

W Tuscon obejrzeliśmy przede wszystkim kampus Uniwersytetu Arizony – bardzo sympatyczne miejsce. Poszlajaliśmy się trochę to tu, to tam, zajrzeliśmy do Studia Kreatywnej Fotografii, co mogę spokojnie polecić, bo zdjęcia były naprawdę ciekawe. Jednak fakt pozostaje faktem – Tuscon dla podróżnika budżetowego za wiele atrakcji nie posiada. Mimo to byliśmy z wizyty w nim zadowoleni – miłe towarzystwo Ericka, podłapana przez przypadek próba chóru uniwersyteckiego, ciepła pogoda, piękne widoki pobliskich gór – czego chcieć więcej? Darmowego wejścia do Muzeum Stanu Arizona albo na mecz Arizona Wildcats. Ale poza tym już nic ;).


Chocholi taniec chóru z Arizony.

Ania