W drogę już czas najwyższy, czyli wyjazd z bazy

Kumple z San Jose – Grand Prix na plaży – Dom nieobecnych – Wielka wtopa

Pozostały czas jaki spędziliśmy u wujostwa, zleciał nam na dalszym planowaniu i całe szczęście, bo kraj duży, do zobaczenia masa rzeczy, a tylko dwa miesiące na przejazd z wybrzeża na wybrzeże. Warunki w Hollister mieliśmy więcej niż idealne, więc mogliśmy wszystko na spokojnie przemyśleć, naładować baterie i cieszyć się rodzinną atmosferą. Przyszedł jednak dzień, gdy trzeba było ruszyć na północ, by potem móc pojechać na południe. Wujek i ciocia musieli wyjechać z domu na kilka dni, więc podrzucili nas do San Jose, gdzie dwie noce mieliśmy zostać u couchsurferów, a ostatnią u Doroty, córki wujka Mariana, która już w naszych wpisach zagościła. 


Mistrz przy robocie, czyli wujek Marian przygotowuje stejki ;).

Najpierw jednak przyszło nam poznać Erin i spółkę. Poznajcie ich więc i Wy. Erin to z wykształcenia historyczka teatru, z zawodu bibliotekarka, podróżniczka i pisarka z zamiłowania. Trochę już ją po świecie nosiło, ale największa wyprawa jeszcze przed nią. Mogliśmy pogadać sobie o Gruzji, bo Erin pracowała tam przez ponad pół roku jako nauczycielka angielskiego. Bobby, urodzony w Bułgarii, pełni funkcję domowego wesołka i rzeczywiście trudno złapać go w momencie, w którym się nie uśmiecha. Roześmiany, wyluzowany, lubi sobie zajarać. Jest poetą i pisarzem, ale szara rzeczywistość rzuciła go chwilowo w świat finansów i tabel excelowych. Pierre to inżynier w Apple'u. Z zasady nie mówi o swojej pracy, z pozoru wycofany, ale kiedy już z nami zagadał, okazał się świetnym rozmówcą, ze świetnym poczuciem humoru. Tika to dziewczyna Bobby'ego. Poznaliśmy się z nią najmniej, bo najrzadziej była w domu, ale chyba nie muszę dodawać, że jest bardzo sympatyczna. W takiej gromadzie nie uchowałby się żaden mruk. 


Erin to wielka fanka Gwiezdnych Wojen. W samochodzie Hula Wan Kenobi.

Zwłaszcza, że stawiają na ludzi towarzyskich, choćby w minimalnym stopniu. Gdy zjawiliśmy się w ich obejściu, akurat szukali piątego sublokatora, bo jeden ze starych wyjadaczy, informatyk pracujący dla NASA, niedawno się wyprowadził. Poznaliśmy więc trochę ich zasad, wśród których stoi jasno: Przynajmniej trzy razy (jeśli dobrze pamiętam) w tygodniu każdy musi zameldować się na wspólnej kolacji. Znaczy się, nie możesz być cieniem, który tylko płaci swoje i żyje obok współlokatorów. Trzeba żebyś był członkiem społeczeństwa. Wygląda na to, że zdaje to egzamin. 


A oto maszyna do robienia drinków skonstruowana przez Pierra w czasie wolnym od pracy.

Gromada jest więc naprawdę zgrana i wesoła, a uzupełnia ją pięć kur. To nie żadna metafora, mają pięć kur w ogródku z tyłu domu. Kury są dorodne, bardzo towarzyskie i znoszą jajka. Całkiem znośne. Jedna z nich, czarna, z białym paskiem na głowie, została nazwana Rogue, na cześć jednej z bohaterek marvelowskich komiksów. W takim oto towarzystwie spędziliśmy dwa dni i trzeba powiedzieć, że dodało nam to energii. Przy wspólnych kolacjach i dobrym, kalifornijskim piwie czas leciał beztrosko. Nie mówiąc już o wieczorku filmowym, podczas którego obejrzeliśmy "Jurassic Park", jeden z ulubionych filmów Erin, a potem japońską animację "Gantz: 0". A może "Gantz: o"? W każdym razie pokręcony, pełen potworów, wielkich robotów i bijatyk. Śmiechu było co nie miara. 


Niestety Rogue nie chciała wyjść do zdjęcia, ale reszta chętnie wyleciała z ukrycia. Myślały, że mam jedzenie.

Do wesołej kompanii z San Jose dwukrotnie dołączyło dwoje ich przyjaciół i, oczywiście, jedną z tych osób była Polka. Ania. Z Mokotowa. Jej brat trenował szermierkę w IKS Warszawa. No naprawdę! Skoro już jesteśmy przy zbiegach okoliczności, to wróćmy na chwilę do Tokio. Pamiętacie Emmę? No to teraz już pamiętacie, to ta wspaniała Francuzka, która dwukrotnie przechowała nas w stolicy Japonii. Kiedy byliśmy u niej opowiadała nam o jakimś bardzo fajnym inżynierze, pracującym dla Apple'a, który zatrzymał się u niej na jakiś czas i okazał wspaniałym gościem. Już widzicie dokąd to zmierza? Otóż to-to był Pierre. Nasz współgospodarz Pierre. Wszystko okazało się już po naszym wyjeździe z San Jose, więc nie mogliśmy się pośmiać z tego wszyscy razem. 


Od lewej: Ania z Mokotowa, Ania z Ursynowa, Chris (lepiej odkarmiony Jon Snow), Marek, Bobby the Bobster, Erin, Pierre the Apple Guy.

Posiedziałoby się jeszcze u tej wesołej bandy, ale komu w drogę temu czas. Na ostatnią noc przed wyjazdem przenieśliśmy się do Doroty, która podjęła nas kolacją i dobrym winem. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, a nad ranem, Dorota, zaopatrzywszy na drogę w polskie wędliny i kabanosy, odwiozła nas na przystanek Megabusu, gdzie musieliśmy się z kochaną kuzynką pożegnać. Wsiedliśmy w autobus do Anaheim i pognaliśmy na południe. Droga zleciała bardzo przyjemnie, a standard był naprawdę bardzo dobry. Cena jak w Polskim Busie, ale dużo więcej miejsca na nogi. No, nie dają jeszcze wysuszonych bułek, ale obeszliśmy się jakoś bez nich.


Droga do Anaheim.

Wysiedliśmy w Anaheim, z autobusu miejskiego pomachaliśmy z daleka pierwszemu w historii Disneylandowi i ruszyliśmy dalej, do Long Beach, na Grand Prix. Fanów sportów motoryzacyjnych muszę tutaj zawieść. Nie chodzi o Grand Prix IndyCar Series, tylko o turniej z cyklu pucharu świata we florecie. Trzeba było pokibicować trochę koledze i koleżankom z planszy. Znowu ;). Co się tak patrzycie? To zwykła koincydencja. Nie ma takiego prawa, które zakazuje bona fide wędrowcom wstąpić na turniejsz szermierczy, który akurat rozgrywany jest po drodze. Albo dwa turnieje. Przypadek i tyle!


Jakoś nie wyszło nam, żeby zrobić sobie zdjęcie z całą kadrą, ale złapaliśmy przynajmniej dwie.

Jeżeli ktoś naprawdę jest zainteresowany aspektem sportowym tej wizyty, zapraszam na www.mat-fencing.com. 

Większość czasu spędziliśmy w sali, ale udało nam się przynajmniej trochę pointegrować z naszymi gospodarzami z couchsurfingu. Kyle, syn oficera US Navy, pochodzi z Rhode Island, ale w związku z zawodem ojca całą rodzinę rzucało z kąta w kąt. Obecnie rezyduje w Long Beach i uwikłał się w produkcję teatralną, a także aktorstwo. Również w związku z tym nie widzieliśmy się prawie wcale, bo akurat grał w szekspirowskiej "Miarka za miarkę". Jego dziewczyna Lacey, bywała w domu częściej, ale niestety męczył ją tak fatalny kaszel i chrypa, że z trudem mówiła, więc postanowiliśmy jej nie zamęczać. Przez ich mieszkanie przewinęła się w tym samym czasie jeszcze jedna para couchsurferów, ale tych to nawet na oczy nie zobaczyliśmy. 


Gospodarze, ze względu na suchy klimat Kalifornii, mieli parę istotnych zasad dotyczących używania łazienki. Posiedli również całkiem milusią kolekcję stolczyków. Gdybyśmy tylko wiedzieli…

 Dzisiaj rano (bo piszę te słowa w drodze do Phoenix) wyszliśmy bardzo wcześnie żeby pojechać do Los Angeles i złapać autobus do Phoenix. Było jeszcze ciemno, nastroje dopisywały, po raz kolejny lubiany przez nas moment, w którym zakładamy plecaki i idziemy tam gdzie nas jeszcze nie było. Niestety nie obeszło się bez straszliwego momentu konsternacji, kiedy okazało się, że jesteśmy na złej stacji autobusowej. Stało się. Przez siedem miesięcy ani jednego pudła, wszystko dobrze obliczone i sprawdzone. Widmo spóźnienia ani razu nie zajrzało nam w oczy, aż do dzisiaj. Na domiar złego, w nerwach wpisałem w nawigacji 70th street zamiast 7th street i pokazało mi, że jak weźmiemy taksówkę, to zdążymy właściwie w ostatniej chwili. Okazało się, że stacja nie była tak daleko i możliwe, że wcale nie trzeba było brać taksówki. Podwójna wtopa. Najważniejsze jednak, że jedziemy już do Arizony i możemy słuchać w autobusie jak młodzież dyskutuje o tym, że ci z Titanica to jacyś debile, bo przecież mogli popłynąć na około tej góry  lodowej albo zupełnie się zatrzymać. Znaczy nie jest jeszcze ze mną tak źle. 


Jedziemy na pustynię, więc krajobraz zaczyna się już zmieniać.

Marek