Teheran 1300, czyli jazda do stolycy

Ojciec chrzestny narodu – Gdzie się myć? – Spragnionych napoić – Ale numer!

Z łezką w oku pożegnaliśmy Sarę i Davida, ale przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda! Ruszyliśmy zatem żwawym krokiem w stronę najbliższego i najsensowniejszego, jak nam się zdawało miejsca na złapanie stopa do Tbilisi. Zatrzymało się obok nas dwóch panów, którzy na nasze pytanie czy zmierzają w stronę stolicy odparli, że nie. Poinformowali jednak uprzejmie, że stoimy jak sieroty nie tam gdzie trzeba. Oczywiście to nie jest dokładny cytat ;). Nie omieszkali bez zbędnych pytań, zapakować nas wraz z plecakami do swojego samochodu i zawieźć na właściwe miejsce. 

Nawiązała się natychmiast konwersacja na temat naszego pochodzenia ( "Aaaa, Polsza"-kciuk do góry), stanu cywilnego (przyznaliśmy, zgodnie z prawdą, że jesteśmy małżeństwem), a nastepnie padło pytanie o dzieci. No właśnie, te dzieciaczki kochane. Gdzież one są? Od pierwszego dnia spostrzegłam zdecydownie więcej niż w Polsce drobiazgu ludzkiego we wszelkich możliwych miejscach: ulicach, plażach, knajpach, barach; rano, w południe i w nocy. Dzieci są w strefie publicznej chciane i akceptowane. Jak poinformowała nas w Tbilisi (aaaaaa spoilery, spoilery! – M.) urocza przewodniczka Free Walking Tour, może się zdarzyć, że idąc z brzdącem przez miasto będziemy zbierać wszelkiego rodzaju ochy i achy. Kilka lat temu Eliasz II, głowa gruzińskiego kościoła prawosławnego, zaniepokojony zmniejszającym się przyrostem naturalnym, zadeklarował, że zostanie ojcem chrzestnym dla każdego trzeciego i kolejnego potomka w rodzinie. Dotrzymuje obietnicy i co roku trzyma do chrztu setki dzieci. Dla pobożnych Gruzinów jest to wielki honor i decyzja patrarchy, to z pewnością silny bodziec do poszerzania rodziny.

Ale wracając do sedna – sympatyczni panowie odstawili nas do właściwego wyjazdu z miasta, gdzie w krótkim czasie złapaliśmy podwózkę do dobrego miejsca przy jednopasmowej autostradzie w stronę Tbilisi. Staliśmy tam ze 3-4 minuty i porwał nas kolejny samochód, tym razem jadący już bezpośrednio do stolicy. Dwaj (na oko) bracia, w naszym (na oko) wieku nie byli zbyt rozmowni. Być może dlatego, że reprezentują półpokolenie, o którym mówiła nam Sara. Już nie musieli uczyć się rosyjskiego, a jeszcze nie przyszło im do głowy, żeby liznąć angielski. Jednak dzięki nim zapoznaliźmy się w czasie podróży z szerokim spektrum nowych gruzińskich hitów muzycznych. Preferowali pop i hip-hop, który przynajmnej w moich uszach brzmiał całkiem przyjemnie. W pewnym jednak momencie włączył mi się tryb "znajdź polskie frazy w piosence w obcym języku". Około 80 kilometrów od Tibilisi, nuciłam więc już razem ze śpiewającym dramatycznym głosem wokalistą: "Gdzie się myyyć, gdzie się myyyć?". Utrzymanie powagi przychodziło z coraz większym trudem. Na szczęście panowie postanowili zrobić przerwę "na fajka". Siedzieliśmy zatem grzecznie w cichym samochodzie, kontemplując piosenkę o myciu, gdy niespodziewanie jeden z naszych gospodarzy dostarczył specjalnie dla nas z pobliskiego sklepiku dwie mocno schłodzone Cole. Przy temeraturze 40 stopni, przyznać trzeba, był to prawdziwie samarytański gest. Nie można więc chłopakom zarzucić, żeby wszystkie rozliczne, czynione przez nich znaki krzyża przy każdym mijanym kościele były tylko pustym gestem. Wiedzieli co robią :).

WP_20160825_13_45_12_Pro
Tbilisi widziane spod miejsca u stóp Matki Gruzji, o której w następnym odcinku

Po dotarciu na obrzeża miasta rozpoczęliśmy poszukiwania autobusu do centrum, bo nasi Gruzini jechali dalej. Może hen w dalekie kraje? Po drodze minęliśmy tablicę z napisem Teheran 1300 – można poczuć gorący oddech pustyni. Odnalezienie autobusu czy busiku okazało się zadaniem wcale niełatwym. W pobliskim sklepie poinformowano nas, że mamy jechać nr 117. Kierowca stwierdził jednak, że on nie jedzie tam gdzie chcemy. Polecił 51, ale ten także nie jechał do centrum i nie potrafił wskazać, kto właściwie jedzie. W końcu dopadliśmy busik z nr 41, pierwszy lepszy jaki się nawinął i… Udało się! Wysiedliśmy też bardzo spontanicznie i okazało się, że przystanek był praktycznie w drzwiach naszego hostelu, który jest jak najbardziej godny polecenia. Oczywiście dla tych, którzy chcą podróżować tanio. Zwie się Tbilisi Rooms i znajduje się prawie w samym centrum wszystkiego. Ale o tym już w następnym wpisie :).

WP_20160824_18_37_15_Pro
Z hostelu mamy blisko do opery, ale nic dobrego nie grali 😉
 

Ania

Jedna myśl nt. „Teheran 1300, czyli jazda do stolycy”

  1. Ten pomysł na dzietność super, ale w Polszy nie przejdzie, bo naród pobożny tylko powierzchownie. A poza tym wykazujecie oboje talent pisarski.

     

Możliwość komentowania jest wyłączona.