Clint, Forest i wszyscy święci, czyli na kalifornijskim wybrzeżu

Krewetki to owoce morza – 17 mil i miasto bez szpil – Amerykańsko-polskie świętowanie – Miasto osobliwych przechodniów

Trochę oglądania, trochę odpoczynku, kilka filmów, jedna niegroźna, ale jednak upierdliwa infekcja nosa – dzięki rodzinnej gościnności mogliśmy pozwolić sobie na to wszystko. Już za kilka dni ruszamy w długą podróż po USA. Mamy czas do 15 maja, żeby obejrzeć jak najwięcej z Nowego Świata, zanim wrócimy na Stary Kontynent. Trzeba ten czas wykorzystać w stu procentach, więc planujemy zawzięcie: autobusy, couchsurfing, co zobaczyć, gdzie pojechać – szukamy, zaglądamy w różne zakątki internetu, liczymy na co nas stać (i siłowo, i finansowo), a z czego będzie trzeba zrezygnować.


Jeden z wielu starych zakładów produkcyjnych, w którym wytwarzano konserwy. Oczywiście na Canning Street. Po naszemu na ul. Puszkina.

W międzyczasie ruszyliśmy w towarzystwie wujka na wycieczkę wzdłuż wybrzeża. Pierwszym przystankiem było Monterey, miasteczko nadmorskie – kurort i baza dla rybaków, dawna stolica Górnej Kalifornii. Przyjechaliśmy poza sezonem, więc ominęły nas tłumy, co było bardzo miłe. Z drugiej strony w sezonie letnim jest szansa by posłuchać muzyki na świeżym powietrzu – odbywający się od lat 60-tych festiwal rockowy przyciąga wielu artystów i oczywiście turystów. 


Marina w Monterey świeci pustkami, bo jeszcze zima.

Zabudowa miasta nadal przypomina o czasach, gdy na nabrzeżach Monterey funkcjonowały rozliczne przetwórnie rybne. Widać jednak wyraźnie, że w tej chwili więcej wagi przykłada się do turystyki – plaża i możliwość wybrania się na wycieczkę w górzyste tereny, czy na podglądanie wielorybów to idealne warunki do budowania takiego biznesu. W Monterey otwierają się knajpki, klimatyczne puby i tu znajduje się pierwsza na świecie restauracja sieci Bubba Gump Shrimp Company.


My momma always told me: "Nie jedźcie w tę podróż, zabiją was węże i porwą terroryści!" – podrowienia dla kochanej KasiŚ 😉

W 1995 roku Paramount Pictures wpadło na nie głupi pomysł. Skoro film "Forest Gump" nie tylko zgarnął rozliczne nagrody filmowe, ale i urzekł publiczność do tego stopnia, że cyctaty z niego są powszechnie znane, to można jeszcze kilka kuponów od sukcesu odciąć. UWAGA SPOILERY DO FILMU "FOREST GUMP"! KTO NIE OGLĄDAŁ, NIECH NIECH IDZIE DO NASTĘPNEGO AKAPITU! Stworzono więc na licencji studia sieć restauracji, które nawiązują do obsesji jednego z bohaterów filmów – Bubby, który marzył o własnym, krewetkowym biznesie. Marzenia, jak zapewne pamiętacie, nigdy nie spełnił, gdyż zginął na wojnie w Wietnamie. Główny bohater – Forest postanawia zrealizować plan nieżyjącego przyjaciela i odnosi w łowieniu krewetek olbrzymi sukces. Sukces odniosła też sieć restauracji, w których wszystko obwieszone jest tabliczkami z cytatami z filmu i rekwizytami przypominającymi kultowe sceny. Sukces odnieśliśmy także i my, bo wujek Marian zaprosił nas tam na lunch. Zdjęcia kadrów jako tapety i kelnerzy, którzy zabawiają gości zagdakami z filmu, a do tego na prawdę pyszne krewetki na milion sposobów – dla fanów "Foresta Gumpa" (czyli dla nas) to prawdziwa gratka – polecam.


Zrobiliśmy też zdjęcia całym porcjom, ale nie wiedzieć czemu te sympatyczne zdjęcia, po prostu zniknęły.

Z Monterey ruszyliśmy na przejażdżkę po przepięknej 17-Mile Drive. Przez dużą część 17 milowej drogi można oglądać sławną Pebbel Beach i wybrzeże Pacyfiku, o którego ostre skały rozbijają się spienione fale. Wśród lasów cyprysowych stoją jedne z najdroższych i najpiękniejszych domów w Kaliforni. We wspaniałej scenerii masz możliwość zagrać niezwykle kosztowną partię golfa. Gorycz związaną z wydaniem mnóstwa "zielonych" może osłodzić świadomość, że gra się na terenie współnależącym do Clinta Eastwooda, który w pobliżu ma również dom. Za przywilej powiedzenia "grałem w golfa na polu golfowym Clinta", trzeba zapłacić coś koło 500 "baksów". Zdecydowanie tańsza jest możliwość spotkania gwiazdora w jednej z miejscowych restauracji. 


Nigdy nie grałem w golfa i nie wiem czy w takich okolicznościach przyrody mógłbym skupić się na grze.

My zadowoliliśmy się faktem, że na 17-Mile Drive pierwszy raz w życiu widzieliśmy lwy morskie w ich naturalnym środowiski. Mogliśmy także podziwiać Bird Rock – piękne przybrzeżne skały, na których odpoczywały liczne gatunki ptaków morskich. Na koniec jedna z największych atrakcji i symbol Pebble Beach, czyli ponad 250 – letni Samotny Cyprys. Drzewo jest nie tylko stare, ale w dodatku rośnie na cyplu, czepiając sie korzeniami skał z prawdziwą uporczywością. Także chociaż nasz "Bartek" starszy, to jednak trzeba przynać, że Samotny Cyprys ma znacznie trudniejsze warunki bytowania – uznajemy remis ;).


Kalifornijskie słońce grzeje z wysoka, ocean mieni się refleksami, a cyprys jak stoi, tak stał. To znaczy jak stał, tak stoi.

Z 17-Mile Drive ruszyliśmy do miasteczka Carmel-by-the-Sea, zwanego najczęściej po prostu Carmel, w którym burmistrzem był Clint Eastwood (oczywiście), i w którym prawo zakazuje noszenia butów o obcasach wyższych niż dwa cale (trochę ponad 5 cm) bez specjalnego zezwolenia władz. Zbudowane na precedensach prawo amerykańskie często zawiera takie ciekawostki. W latach dwudziestych mądre, prawnicze głowy z Carmel postanowiły, że zabezpieczą w ten sposób miasto przed pozwami modniś, które mogły by się na wysokich obcasach wykopyrtnąć ze względu na nierówności chodnika. Rosnące w mieście cyprysy z prawdziwą lubością przegryzają się bowiem korzeniami przez wszelką skałę, a co za tym idzie chodnik nie jest dla nich żadnym wyzwaniem. Obecnie przepis jest oczywiście martwy, a policjanci nie będą za nikim biegać z linijką. Jeśli jednak ktoś chce być straszliwie praworządny, to w ratuszu wydają za darmo pozwolenia na ekstrawaganckie buty. 


Kościół w mijsi frańciszkańskiej w Carmel. Niestety w San Francisco misji karmelitańskiej nie było. Badum tssss.

W Carmel znajduje się także kolejna na drodze El Camino Real misja franciszkańska i kościół – The Basilica of Mission San Carlos Borromeo Del Rio Carmelo, czyli w prostych niehiszpańskojęzycznych słowach – misja w Carmel. Założona została przez franciszkanina – Junipero Serrę, którego w 1985 beatyfikował Jan Paweł II, a niedawno kanonizował papież Franciszek. Część budynków XVIII-wiecznej misji musiano oczywiście odbudować, by obecnie można było je pokazywać jako muzeum. Ciekawe jest jednak, że zachowała się tu, jako jedyna w Kalifornii, orginalna dzwonnica misji – tak charakterystyczna dla budynków meksykańskich z tego okresu. Dla poszukiwaczy śladów papieża-Polaka, jest kolekcja zdjęć z Janem Pawłem II, który odwiedził to miejsce w 1987 roku. Mnie osobiście urzekł dziedziniec z malowniczym ogrodem i piękną fontanną.


Krynica mądrości i oaza intelektu. No i oczywiście pozująca Ania.

W weekend po wycieczce wybraliśmy się w odwiedziny do Santa Cruz, gdzie zapuściła korzenie nasza koleżanka z Polski, Wiktoria. Nie możemy jej jednak za bardzo winić, bo jak się wychodzi za mąż za Amerykanina, to ktoś do kogoś się musi przeprowadzić, no i wyszło na to, że Wiktoria z Luisem zamieszkali w Santa Cruz. Bardzo sympatyczni i gościnni, przygarneli nas do siebie, a że rodzina im się w krótce powiększy, to trzeba było wypić wino za zdrowie potomka i przyszłej mamy (w sensie my i Luis, bo przyszła mama raczyła się herbatą). Problem polegał na tym, że Luis po kilku kieliszkach wina postanowił nas poczęstować prawdziwą i na prawdę jedyną, najlepszą na świecie tequilą. Nie mogliśmy powiedzieć nie, bo po pierwsze nie powiemy nie, jak ktoś pije za zdrowie potomka, a po drugie Luis ma korzenie meksykańskie, więc "co, ze mną się Tequli nie napijesz!?". Założyliśmy nasze sombrera i salud!


Dobry wieczór 🙂

Poranek nie należał do najpiękniejszych na świecie (dotyczy tylko autorki tekstu – M.), ale za to wieczorem wybraliśmy się do kina i na spacer po wybrzeżu. Piękne plaże Santa Cruz są znane w całym kraju, jak również znajdujący się tu najstarszy w Kalifornii lunapark – Santa Cruz Beach Boardwalk. A jak wesołe miasteczko, to kolejki górskie, a jak kolejki górskie, to Ania musi wleźć i pojeździć. Ziiiiiuuuuu! Fajnie było. Ja chcę jeszcze raaaaz! 


No niech se dziewczyna poszaleje, skoro kolacji później nie dostanie ;).

Po szalonej jeździe można było już spokojnie wybrać się na obiad, więc Wiktoria i Luis postanowili nas zaznajomić z Five Guys – strasznie fajną, tanią i na prawdę pyszną sieciową burgerownią. Następnego dnia wybraliśmy się na kolejny spacer po pięknych klifach i plażach, poobserwowaliśmy foki kalifornijskie i lwy morskie, a na koniec odwiedziliśmy cmentarz Evergeen. Obecnie amerykańskie cmentarze są bardzo proste – niewielkie płyty, wszystkie takie same, jedne obok drugich tabliczki z imieniem, nazwiskiem, datami urodzin i śmierci. Evergreen ma już jednak ponad 150 lat, jest bardzo eklektyczny stylowo i wielonarodowy.


Brama na Evergreen upamiętniająca kalifornijskich Chińczyków

Pokazuje jak wielokulturową mieszanką od wieków jest Kalifornia. Santa Cruz stanowi tego wizytówkę, jest też postrzegane jako centrum ruchów feministycznych, dążących do legalizacji marihuany (zapach trawki wszędzię cię tu dogoni), ekologicznych i antykapitalistycznych. Na ulicach można spotkać osobliwych przechodniów, którzy przyciągają uwagę fryzurą, strojem, czy też faktem, że mówią "do tłumu", albo grają na jakimś instrumencie…albo bez instrumentu. I dobrze – prawdziwemu artyście nie jest potrzebny! 😉

Ania