Trochę historii i jeszcze więcej chodzenia, czyli zobaczyć San Francisco, okuleć i trafić na Stanford

Prowadził kulawy kulawego – Rozgorączkowani pionierzy – Tęczowa dzielnica – Geniusze Stanfordu

Obejrzeliśmy więc sobie Presidio, a przynajmniej jego część, w tym skromną ekspozycję w muzeum pionierów. Wstęp akurat był darmowy, więc zajrzeliśmy na kilka minut. Wystawa skromna, ale przypominająca o tym skąd w ogóle tyle ludzi w tej amerykańskiej Kalifornii. Jest to najludniejszy amerykański stan, który dołączył do Unii 167 lat temu. Amerykańskie osadnictwo trwało w najlepsze jeszcze za czasów, gdy kalifornijską ziemią władał Meksyk, przybrało na sile, gdy okoliczna ludność zbuntowała się przeciwko suwerenowi i utworzona została Republika Kalifornii, a prawdziwy bum przeżyło na dwa lata przed dołączeniem do Stanów Zjednoczonych. Wtedy to (1848) wybuchła tutaj sławetna gorączka złota, trwająca do 1855 roku. Historycy szacują, że populacja zwiększyła się wtedy o ok 200 tysięcy. Liczba mieszkańców takiego np. San Francisco wzrosła dwudziestopięciokrotnie. Cały proces jednak pociągnął za sobą drastyczy spadek populacji natywnej – wybitej, lub wypartej z tych terenów na północ. 


Budynki administracyjno-muzealne w Presidio.

Pamiętacie jeszcze rodzinę Breenów, której majątek odwiedziliśmy w San Juan Bautista? Przyjechali rok przed gorączką złota. Ich grupa, tak zwana Grupa Donnera, wyruszyła na zachód z Illinois i po dziesięciu miesiącach morderczej przeprawy przez terytoria zachodnie dotarła do miejsca przeznaczenia. Po drodze napotkali wielkie trudności, w tym największą – konieczność zimowania w górach Sierra Nevada. Z 87 osadników i osadniczek, do Kalifornii dotarło 48. Zimę przeżyli również dzięki kanibalizmowi, tym bardziej angielska nazwa grupy – Donner Party – brzmi dosyć niesmacznie. Wybaczcie czarny humor. 


Niezbędnik pioniera

Z Presidio podążyliśmy już w stronę mieszkania naszych gospodarzy z couchsurfingu. Szliśmy trochę wolniej, bo przemierzaliśmy naprawdę urocze okolice, a poza tym od forsownego marszu po górkach San Francisco, nogi zaczęły przypominać nam o swoim istnieniu. Anię zaczęły boleć łydki, mnie podeszwa i tak kuśtykaliśmy przez ulice Divisadero i Castro, na zmianę marudząc i zachwycając się architekturą. W końcu dotarliśmy do The Castro.


Po drodze mogliśmy podziwiać takie perełki.

Dystrykt nazwany tak na cześć meksykańskiego gubernatora Alta California, który był synem Jose Castro, którego majątek zwiedzaliśmy w San Juan Bautista, a który z kolei sprzedał swoje obejście rodzinie Breenów, przybyłej do Kalifornii razem z Donner Party. Widzicie jak narracja układa się w chaotyczną, ale logiczną całość? 😉


Castro welcome to.

Ale, ale. The Castro. Historia tego miejsca jest dosyć pokręcona. Otóż – rzadko się o tym wspomina, ale oprócz Hiszpanów, poważnymi (serioznymi?) kolonizatorami na zachodnim wybrzeżu Ameryki Północnej byli Rosjanie. I nie chodzi tylko o Alaskę, ale również o Kalifornię i Hawaje. Rosyjskie osiedla nie były liczne, a liczba osadników wielka, ale odegrali oni pewną rolę w miejscowej historii. Przez pewien czas na przykład, byli głównym dostawcą lodu dla San Francisco. W tym czasie gubernatorem carskim w terytoriach amerykańskich był Fin, Johan Hampus Furuhjelm, a spora część załóg jego floty składała się również z Finów. W czasie gorączki złota i po zakupie Alaski przez USA (1867), społeczność fińska na zachodnim wybrzeżu zwiększyła liczebność, a fińskie osiedla w San Francisco powstawały właśnie w okolicach Castro, w latach późniejszych przyciągając również Skandynawów.


Castro Theatre – zbudowany w 1922 roku. Dziś gości wiele imprez tematycznych i festiwali filmowych. 

Jeszcze przed wojną dołączyły do tego nordyckiego misz-maszu mniejszości włoskie i irlandzkie, a Castro stało się dzielnicą robotniczą, by w latach 60', na fali ruchów hipisowskich rozpocząć ewolucję w stronę dzisiejszej formy – centrum kulturowego i symbolu dla aktywistów LGBT w USA i na całym świecie. Jako żywo, w momencie wejścia do dzielnicy od razu zauważa się wielką, tęczową flagę powiewającą na maszcie, wszędzie pełno plakatów wzywających na zebrania przeróżnych komitetów aktywistycznych, a i na przejściu dla pieszych zebra jest tęczowa. Niestety byliśmy już wtedy w fazie "byle do celu" i nie szwędaliśmy się nigdzie, a raczej przekuśtykaliśmy dystrykt na wskroś. Na szczęście do naszych gospodarzy nie mieliśmy bardzo daleko, bo już nawet piękne domy i rezydencje, nie robiły na nas tak wielkiego wrażenia jak na początku.


Oscara nie mogło zabraknąć. Niestety nie nosimy w plecakach swoich portretów, które przejęły nasze kontuzje.

Jako, że akurat wypadał tłusty czwartek, postanowiliśmy zaszaleć i kupić twinkies. Pokrzepiły nas trochę na ciele i duchu, dzięki czemu dowlekliśmy się w końcu do skrzyżowania 28th and Sanchez, gdzie przywitali nas Ken i Vin. Jeden z Iowa, drugi z Kanady, pobrali się w Kalifornii. Bardzo uśmiechnięci, otwarci i wyluzowani. Niestety nie mieli dla nas zbyt dużo czasu, więc w ciągu dwóch dnich pogadaliśmy z nimi może ze trzy razy. Na więcej pewnie i tak nie mielibyśmy siły, bo, trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie – przedobrzyliśmy. Ponad dwadzieścia kilometrów po wzgórzach San Francisco po prostu nas zabiło. Kiedy następnego dnia rano wyszliśmy do sklepu, zacząłem kuleć już po trzech krokach. Było to dla nas jasnym sygnałem, że trzeba dać sobie na wstrzymanie i dzień spędzić w łóżku. 


Twinkies na tłusty czwartek.

Odpoczęliśmy, nogi jako tako się zregenerowały i w dzień wyjazdu z miasta mogliśmy jeszcze co nieco pozwiedzać. Przeszliśmy wzdłuż Valencia Street, potem Market Street, rzuciliśmy okiem na imponujący ratusz miejski, na stare tramwaje z Mason Street, wymieniliśmy w końcu dolary nowozelandzkie na amerykańskie i mogliśmy udać się na pociąg do San Jose. Kolejne dziesięć kilometrów w nogach. Jak zwykle nie zobaczyliśmy wszystkiego, co mogliśmy zobaczyć, ale do swoich ograniczeń i do niedosytu zdążyliśmy się już przyzwyczaić. San Francisco zrobiło na nas bardzo duże wrażenie i wymęczyło nas porządnie. I dobrze.


Ratusz miejski.

Pociągiem dojechaliśmy do San Jose, z San Jose złapaliśmy autobus do Gilroy, a tam zgarnął nas wujek Marian. Daliśmy odpocząć umęczonym kończynom, ale nie za długo, bo trzeba było odpowiedzieć na akademicki zew i zwiedzić uniwersytet w Stanford. Założona w 1885 roku uczelnia jest jedną z najbardziej prestiżowych na świecie. Ufundowana została przez Lelanda i Jane Stanfordów, magnatów kolejowych. Kiedy ich nastoletni syn zmarł na tyfus, postanowili, że swój majątek i ziemie, przeznaczą na szczytny cel i inwestycję dla całego narodu, a także, z perspektywy czasu można to śmiało powiedzieć, ludzkości.


Ot taki tam kampusik. Z palmami, wieżami i bramami i wszystkim.

Stanford jest prawdziwą fabryką ludzi sukcesu. Oprócz całego zastępu wielkich naukowców, noblistów, zdobywców nagród Turinga, pionierów technologii, takich jak David Packard i William Hewlett (dzwonią dzwony? 😉 ), na Stanfordzie studiowali wielcy świata polityki (prezydent Herbert Hoover), sportu (Tiger Woods) oraz sceny i ekranu (Sigourney Weaver, Jack Palance). No i w końcu pojawiliśmy się tam my!


Krużganek uniwersytecki. Tutaj każdy nosi w plecaku nagrodę Nobla.

Posnuliśmy się trochę po kampusie, wjechaliśmy na szczyt instytutu Hoovera i zwiedziliśmy małe muzeum poświęcone właśnie 31 prezydentowi USA oraz jego żonie. Trzeba przyznać, że po wizycie w Stanford od razu poczuliśmy się mądrzejsi, ale za to zrobiliśmy się też głodni. Znakomicie się złożyło, ponieważ zostaliśmy zaproszeni na lunch do Doroty, córki wujka Mariana, mieszkającej w San Jose. Zgodnie ze starą, polską tradycją, nakarmiono nas po wręby. Pokrzepieni pysznym jadłem i jeszcze pyszniejszą, rodzinną atmosferą, sturlaliśmy się do samochodu i wróciliśmy do Hollister. 


Pyszny stejk prosto z wujowego grilla, czyli najlepszy sposób na odbudowę biologiczną i moralną ;).

Marek

2 myśli nt. „Trochę historii i jeszcze więcej chodzenia, czyli zobaczyć San Francisco, okuleć i trafić na Stanford”

  1. Ania na jednym zdjęciu wygląda jak muzułmanka. Czy w czasie tej długiej podróży wydarzyło się coś, o czym nie wiem?

    1. Tak, na przykład Ania zakładała i zdejmowała kaptur zależnie od temperatury. Nie opisaliśmy tego w artykułach, bo byłyby jeszcze nudniejsze niż są 😉

Możliwość komentowania jest wyłączona.