Poczucie misji, czyli nasze początki w Kalifornii

Aloha USA! – Od polonii do polonii – U Jana Chrzciciela – Stalowy gigant

No dobrze już dobrze nooooo! Ok, rozumiemy, mamy pisać, a nie zbijać bąki! Na swoje usprawiedliwienie możemy tylko wtrącić, że naprawdę, ale to naprawdę nam się nie chciało! No dobrze, może i się chciało, ale dopiero ostatnio uzbierało się na tyle dużo materiału, że da się z niego co nieco sklecić. O czym my to….aha! Jeszcze w Auckland pożegnaliśmy się z Jackiem i Moniką po raz trzeci (doprawdy trudno nas się pozbyć) i polecieliśmy na Hawaje. Lot w ogóle się nam nie dłużył, bo w końcu lecieliśmy porządnymi liniami hawajskimi, ostatnimi krajowymi w USA, które zapewniają darmowy posiłek w samolocie. Nie mówiąc już o pakiecie filmów. Nie lecieliśmy więc ani głodni, ani umęczeni i mogliśmy z werwą oraz humorem przystąpić do odprawy w Honolulu. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce i tuptaliśmy grzecznie do okienka. 


Pożegnanie ze Śródziemiem. Znaczy Nową Zelandią.

Trochę nam to zajęło, bo tu zawsze dużo turystów, ale i tak mniej niż w Nowym Jorku, czy innych, większych czy popularniejszych miastach. Krótka rozmowa z celnikiem, który z umęczoną miną próbował nas podejść i wybadać, jak to się stało, że chcemy zostać w stanach aż trzy miesiące, bo przecież praca, życie rodzinne i tak dalej. Kiedy zobaczył nasze itinerarium, zrozumiał, że raczej nie chcemy tu zostać na zawsze, ale jeszcze postraszył nas, mówiąc, że potrzebujemy biletu powrotnego, bo inaczej nas nie wpuści. Dosłownie dwie sekundy później, zanim zdążyłem powiedzieć, że taki przepis nie istnieje, zmienił temat i po pobraniu odcisków palców, mogliśmy wejść na amerykańską ziemię. Niezdecydowany typ.


To niestety najbardziej hawajskie zdjęcie jakie mogłem zrobić. Wszystkich kolegów i koleżanki z SLO nr 4 przepraszam ;).

Odebraliśmy bagaże, by natychmiast zdać je na lot do San Francisco i poszliśmy złapać samolot. Wszystko poszło bez najmniejszych problemów i tak oto, dolatując do miejsca przeznaczenia, odmłodnieliśmy o jeden dzień. Wylecieliśmy z Auckland pół godziny po północy, szesnastego lutego, a dolecieliśmy do San Francisco o dziewiątej wieczorem…piętnastego lutego. Poczuliśmy się niczym Fileas Fogg i Jean Passepartout. Na lotnisku odebrali nas wujek Marian i ciocia Stasia, co oznaczało, że po pół roku podróżowania, znowu trafiliśmy na łono rodziny. Wspaniałe uczucie :).


Słooooooodki Jezu! Już tak dawno nam nic nie smakowało.

Wujek i ciocia mieszkają w Hollister, ok 150 kilometrów od San Francisco, więc czekała nas jeszcze wieczorna jazda samochodem, ale gdy już dojechaliśmy do najmilszego nam domu na zachodnim wybrzeżu, poczuliśmy, że mamy prawo poczuć się zmęczeni. U wujostwa zakotwiczyliśmy na nieco dłużej, niż to mieliśmy do tej pory w zwyczaju. Dzięki rodzinnej gosicinności możemy porządnie zaplanować dalszą podróż, wyselekcjonować rzeczy, które chcemy zobaczyć.


Zoooooo…Ve meet again Delicje…

Przejazd przez Stany Zjednoczone nie był bowiem w naszym pierwotnym planie, dlatego dopiero teraz mogliśmy się porządnie wziąć za ustalanie, co właściwie chcemy tu zobaczyć. Było już jednak późno, a my mieliśmy jeszcze kolację do zjedzenia, a taka kolacja u rodziny to poważna sprawa. Zwłaszcza, że w samolocie poczytaliśmy sobie trochę "Chłopów", więc nic się tak nie marzyło jak swojskie jadło. A tu ogórek kiszony i polska kiełbasa z porządnym chlebem. Nareszcie!


Nad ranem przywitał nas taki widok. Jeszcze się nam nie znudził.

Pokrzepiliśmy się, wyspaliśmy za wszystkie czasy, odpoczeli, pogadali z wujkami oraz ciociami, w międzyczasie rozsyłając wiadomości na couchsurfingu, szukając biletów autobusowych (mają je tutaj tanie jak diabli) i darmowych atrakcji turystycznych. Oczywiście musieliśmy też wytyczyć trasę naszej podróży na wschodnie wybrzeże, wybierając w końcu wariant południowy. Arizona, Teksas i Luizjana, wygrały z Kolorado, Utah i Kansas. Nie uprzedzajmy jednak faktów, zwłaszcza, że ich nie znamy. Zwiedzanie USA zaczęliśmy od Kalifornii. 


No to zaczynamy zwiedzanie US of A.

Pierwsze miejsce jakie mogliśmy zobaczyć poza samym Hollister, to San Juan Bautista. Niestety Panie i Panowie nastąpi teraz krótka wstawka historyczna. Dojechaliśmy do Nowego Świata, czyli w moje ulubione rejony na tym polu. Z góry tedy przepraszam, że będzie trochę więcej różnego typu dykteryjek. Wróćmy jednak do San Juan Bautisty. Miasto położone jest naokoło hiszpańskiej misji franciszkańskiej, która została założona jeszcze pod koniec osiemnastego wieku. Misje takie budowane były wzdłuż całej Kalifornii, czasem bliżej, czasem dalej wybrzeża. Miasta takie jak San Diego, San Jose i San Francisco wzięły swój początek właśnie od zabudowań klasztornych wzniesionych wzdłuż drogi El Camino Real. Misja Świętego Jana Chrzciciela została wybudowana jako piętnasta z dwudziestu jeden takich przybytków. 


Wejście do kościoła w San Juan Bautista z bardzo charakterystyczną dla tutejszej architektury dzwonnicą. 

Obecnie miasteczko ma niecałe dwa tysiące mieszkańców, a jego główną atrakcją są właśnie mury starej, frańciszkańskiej misji, wybudowane w stylu adobe, czyli z cegieł zrobionych z gliny, wody, trawy, a często i gnoju. Absolutnie nie możemy jednak powiedzieć, że to gówniany zabytek, a i w samym miasteczku jest parę miejsc, bardzo ważnych dla historii całego kontynentu.


Bang!

Widzicie? Nieasmowite. A tak serio, to zwiedziliśmy jeszcze Castro-Breen Adobe. Rezydencja należała niegdyś do meksykańskiego komendanta głównego departamentu Alta California , Jose Castro. Ten sprzedał dom irlandzkiemu osadnikowi, Patrickowi Breenowi, a rodzina Breenów z kolei, stanowi Kalifornia, który przekształcił posiadłość w muzeum. Do Irlandczyków i osadników, wrócimy jeszcze w następnym wpisie. Bądźcie czujni.


Casa Castro, Casa Breen.

Po pysznym lunchu w meksykańskiej knajpie (prawdziwa meksykańska kuchnia, a nie tex-mex), wróciliśmy do Hollister wielce kontenci. I najedzeni. Apetyt na zwiedzanie mieliśmy nadal wielki, a naszym następnym punktem programu było San Francisco we własnej osobie. Na samo wspomnienie zaczyna mnie boleć noga. Wstać musieliśmy bladym świtem, żeby ciocia mogła nas podrzucić do kolejki Caltrain. Pierwsza stacja mieściła się w Gileroy, czyli amerykańskiej stolicy czosnku, a ostatnia już w samym San Fran. Przejechaliśmy całą trasę, zajęło nam to dwie i pół godziny, więc o godzinie 9.00 mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. 


Prawdziwa quesadilla, a nie jakieś coś, nie wiadomo co.

Najpierw podjęliśmy próbę nie spóźnienia się na free walking tour przez most Golden Gate. Niestety ukształtowanie terenu w mieście nie sprzyja szybkiemu chodzeniu i trochę się spóźniliśmy. Nic to jednak – bo San Francisco bardzo przypadło nam do gustu, a gdy już doszliśmy nad zatokę i zobaczyliśmy na żywo most…Jest absolutnie niesamowity. Wspaniały. Nieprawdopodobnie monumentalny. Monstrualnie spektakularny. Prawdziwa perła inżynierii amerykańskiej, nazywana "mostem, który nie miał prawa powstać".


Ehhhhhhh. Wspaniały…

Całość konstrukcji jest długa na ponad 2,5 kilometra, wysoka na prawie 230 metrów w najwyższym punkcie. Kosztowała niecałe 34 miliony dolarów, a ekipa inżynierów i robotników pod kierownictwem Josepha Straussa uporała się z budową w 4 lata, 4 miesiące i 3 tygodnie. Stalowy, pomarańczowy gigant, wykończony w stylu art deco, do dzisiaj jest jednym z symboli Stanów Zjednoczonych. Ależ zrobiło się podniośle!


Widok na San Francisco z mostu Golden Gate. Po lewej stronie widać Treasure Island i fragment mostu Bay Bridge, nad budową którego pieczę sprawował pionier budownictwa mostów wiszących, inżynier Rudolf Modrzejewski, mentor m.in. Josepha Straussa.

Wracając jednak na ląd stały – zawróciliśmy do miasta, ale najpierw zobaczyliśmy Presidio. Hiszpański, osiemnastowieczny fort, rozbudowany potem przez armię Stanów Zjednoczonych, funkcjonował bez przerwy, aż do 1995 roku, co uczyniło go najdłużej działającą placówką wojskową w historii kraju. Obecnie jest to wielki park, który stanowi własność agencji rządowej, a na którego terenie znajduje się między innymi rodzinne muzeum Walta Disneya oraz siedziba główna LucasArts. Ej! Nie wiedziałem tego ostatniego, kiedy tam byliśmy! No nieeeeee…Trudno. Z tego wszystkiego kończę na chwilę, a dalszy ciąg naszej wędrówki po San Francisco opiszemy już za tydzień! Żartuję, zapewne już jutro. Trzymta się!


Fort Presidio. Tu stacjonowało wiele jednostek wojskowych przed wyruszeniem do walk z Japończykami na Pacyfiku.

Marek