Gorąco, oj gorąco, czyli bardzo gorąco

Miasto bezimiennych pomników – Brzoskwinie giganty – Cardio głupcze! – Kartka do świętego…

Kutaisi. Niektórzy znawcy mitologii uważają, że to właśnie tam, do legendarnego Ai, Jazon miał ostatecznie dotrzeć w wyprawie po złote runo. (Kut)Ai(si) – ewidentnie jest coś na rzeczy, prawda? 😉
Obecnie, położone na wzgórzach miasto jest stolicą regionu imretyńskiego, a niegdyś (X-XIIw.n.e) całego królestwa Gruzji. Trudno nam stwierdzić, czy jest w nim coś wielce charakterystycznego, bo to raptem trzecie miasto, któremu byliśmy w stanie przyjrzeć się bliżej. Na pewno jest tu bardzo gorąco,a do tego dosyć parno. Pod wieczór naprawdę trudno wytrzymać i nie wiadomo czy lepiej w domu czy na zewnątrz. W mieście są muzea, parki, kościoły, targ, opera, teatr, a także kilka pomników. Niestety zwykle bez podpisu albo tylko po gruzińsku, więc oprócz króla Dawida Budowniczego nie poznaliśmy tam nikogo. Sam Dawid to taki nasz Kazimierz Wielki, tylko, że dużo bardziej wojowniczy. Sprawił Turkom tak tęgie lanie w bitwie pod Didgori 1121, że przez długi czas nie chciało im się nawet patrzeć w kierunku północnym, a jednocześnie (znaczy nie w tej samej chwili, bez przesady) przeprowadził wiele ważnych reform. Tak mu się to wszystko dobrze udało, że ponoć rozpoczął złoty wiek w kraju, a po śmierci został kanonizowany. Można? Można. Ale dość o historii.

WP_20160821_11_02_44_Pro
Panorama miasta ze wzgórza katedralnego. Ex catedra 😉

Poszwędaliśmy się swoim zwyczajem po ulicach i uliczkach miasta. Pożarliśmy ze smakiem dwie ogromne brzoskwinie (giganty, mówię Wam), przysiedliśmy na sesję czytania w parku, a na końcu wspieliśmy się po stromych schodach do miejscowej katedry. Budowana była za króla Dawida (budowniczy, kapujecie?), ale zniszczona przez ukochanych ottomańskich sąsiadów kilka wieków później. Odbudowana też wygląda bardzo ładnie, a w środku…trafiliśmy na liturgię. Nie będziemy na siłę wyszukiwać opisów w internecie i udawac znawców ;). Po prostu opiszemy to co zobaczyliśmy. W kościele nie było ławek. Ludzie cały czas stali,a duża część chodziła w kółko. Znak krzyża czynili spontaniczniej, czasem w jednym momencie, czasem każdy sobie. Wiele osób modliło się do świętych, całując ikony, a potem dotykając je czołem lub całując swoją dłoń, a potem przejeżdżając przez cały rząd obrazków. Niedaleko ołtarza (w większości zasłonięty) przycupnął chórek pań w różnym wieku. Doprawdy wspaniały koncert dawały. Nie wyjąłem telefonu i nie nakręciłem, by nikogo nie urazić, ale później tego żałowałem. Otóż gdy ksiądz/pop/arcybiskup wyszedł w końcu na środek nawy, by zasiąść na swoim tronie, jeden z pomagających w mszy młodych ludzi odebrał komórkę, podszedł do arcybiskupa i zaczął normalnie z nim rozmawiać. Telefon od św. Dawida? Do hierarchy podchodziły po chwili kolejne osoby i wręczały mu kartki, które tamten czytał, a potem skinieniem głowy dawał znać, że owszem, będzie coś w tej sprawie u Najwyższego wyjednać. Lub przynajmniej się postara. Na tym zakończyliśmy wizytę w katedrze, bo jednak nie chcieliśmy zakłócać dekorum zbyt długo. 

WP_20160821_11_02_26_Pro
A oto i sama katedra, górująca nad miastem

Religijność jest dla Gruzinów bardzo ważna. Stanowiła o ich tożsamości przez piętnaście stuleci, a obecnie…nie wiemy jak z gorliwością, ale na pewno są ostentacyjni. Taki temperament. Znak krzyża wykonują szerzej, więcej u nich ornamentów religijnych, ikon itp. Niestety nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać o tym z żadnym miejscowym, więc jedyne co nam pozostaje to obserwacje. Na szczęście nie utrudniają nam ich 😉

Po dniu przerwy, spowodowanym małym kryzysem aklimatyzacyjnym, ruszyliśmy na pieszą wycieczkę do znajdującego się nieopodal monastyru Gelati. Swojego czasu było to najbardziej święta ze świętych budowli w całej Gruzji, a także miejsce spoczynku władców królestwa. Obecnie jest remontowane, i bryła została zakłócona rusztowaniami, ale kościoły św. Mikołaja i św. Jerzego nadal cieszą oczy pięknymi malowidłami. 

WP_20160823_10_28_48_Pro
Po renowacji będzie pewnie jeszcze lepiej

Po jakimś czasie ruszyliśmy w drogę powrotną. Mieliśmy w nogach 14 kilometrów i kiedy w myślach formowało się zdanie: "Dlaczego nie biegałem regularnie przed wyjazdem?", przejechał obok nas samochód. Nie łapaliśmy okazji, ale złapaliśmy kontakt wzrokowy z kierowcą. Musiał zobaczyć w naszych oczach strach i wielkie cierpienie, bo wyhamował, wycofał i bardziej stwierdził niż zapytał czy idziemy do Kutaisi. Zacne chłopisko i znakomity kierowca. Zapytał tylko skąd jesteśmy i bardzo się ucieszył, że z Polski. My też się bardzo cieszymy.

WP_20160823_10_43_35_Pro
A z monastyru Gelati (niestety lodow nie serwowano, ciao! ) taki widoczek

W "Starym Lwowie" goście przybywali i ubywali, ale stan osobowy polskiej załogi utrzymywał się na wysokim poziomie. Dołączył kolega z Zabrza, który udawał się na Kazbeg i znajomy Sary z Bydgoszczy, który stamtąd schodził. Pojawił się także kolejny Japończyk, który na oko jechał na rowerze z Sapporo do Grenady, ale okazało się w rzeczywistości przemierza trasę z Singapuru do Portugalii. I wcina tylko makaron. Podłamany upałem zapytał się nas tylko "Can you sreep?". Yes, we can! 🙂

WP_20160823_10_42_53_Pro
Na dowód, że nie wysłaliśmy na wycieczkę figurantów 😉

Marek

 


 

 

6 myśli nt. „Gorąco, oj gorąco, czyli bardzo gorąco”

  1. Marku, przypominam tylko że "pop" to raczej pogardliwa nazwa na prawosławnego księdza i bezpieczniej jej unikać! =)

    Pięknie widzieć Was tak uśmiechniętych mimo upału. Trzymajcie się, Kochani!

    1. Wiemy Krzysiu, wiemy, dlatego używamy go w tekście skierowanym do ludzi, dla których jest ono zupełnie neutralne 🙂

      Pozdrawiamy!

  2. Tylko dużo pijcie, cokolwiek by to miało być. Jak gorąc nie do wytrzymania, to picie podstawą!

  3. Ładnie tłumaczycie nazwy miast. Tak trzymać. Ciekawe skąd się wzięło np Tokyo? albo lepiej nie…

Możliwość komentowania jest wyłączona.