„W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit”, czyli szukamy Śródziemia

Fanem być, to zobowiązuje – Nieprzeznaczona nam góra – Nory w pagórkach – Małe piwko

Jak do tej pory jest tylko jeden pisarz, który zawładnął moją wyobraźnią tak mocno i bezsprzecznie, że nie wiem, jak mogłabym żyć bez jego książek. Mowa o Johnie R.R Tolkienie. Jeśli bym miała zabrać ze sobą jedną książkę na bezludną wyspę i tam dokonać żywota, to z pewnością zabrałabym "Władcę Pierścieni". Poza niewątpliwymi atrakcjami Nowej Zelandii jako takiej ciągnęła mnie na nią również świadomość, że tu właśnie sir Peter Jackson nakręcił adaptację mojej ukochanej powieści.


Widoki na Nowej Zelandii nie zawodzą niezależnie od miejsca, w którym się znajdziemy.

Pomimo wielu zastrzeżeń i wątpliwości co do filmów, bardzo je lubię, a nawet można powiedzieć, że jestem ich fanem. Widziałam wszystkie trzy, oczywiście wielokrotnie, wszelkie dodatki, materiały o kręceniu i odtwarzaniu bogatego tolkienowskiego świata. Jak na fana przystało bardzo pragnęłam zobaczyć na Nowej Zelandii te lokalizacje, które w adaptacjach "grały" znane mi z książki miejsca. Na północnej wyspie można zobaczyć dwa. Pierwsze to Hobbiton Movie Set, gdzie odtworzono książkową osadę hobbitów. Drugie to Ngauruhoe – czynny wulkan w Parku Narodowym Tongariro, który imitował Orodruinę – Górę Przeznaczenia. To właśnie w niej wykuto Jedyny Pierścień i to w jej ogniu znaleźć miał swój koniec. My też mieliśmy uczynić wyprawę do Góry Przeznaczenia. Los chciał jednak innaczej.


Jak welcome to welcome.

Jak zapewne pamiętacie z poprzedniego artykułu nie układało nam się za bardzo z naszymi ostatnimi gospodarzami. Skróciliśmy o jeden dzień pobyt u nich z nadzieją, że po zwiedzeniu Hobbitonu skoczymy gdzieś w okolice parku Tongariro. Niestety jakiś czas po znalezieniu przyjaznej duszy, która zgodziła się nas przenocować u siebie, okazało się, że jednak plany niedoszłego gospodarza uległy zmianie i zostaliśmy na lodzie. Zdesperowani, byliśmy gotowi już ruszyć na chybił-trafił, najwyżej przenocować gdziekolwiek, choćby pod drzewem.


Ania zażyczyła sobie, żeby zrobić zdjęcia wszystkim hobbicim norom. Więcej ukaże się w galerii na Fb.

Jednak nasz dobry duch na Nowej Zelandii – Jacek (który zabronił zwracać się do niego per "pan", więc się stosuję) w rozmowie telefonicznej zwrócił naszą uwagę na prognozę pogody. Dramat – nad Tongariro na najbliższe kilka dni zebrały się gęste deszczowe chmury. Zapowiadano spore opady i obniżenie temperatury. Trochę nas to podłamało. Tongariro bardzo chcieliśmy zobaczyć nie tylko ze względów tolkienowskich. Park Narodowy jest ponoć niezwykle piękny. Jednak rozsądek musiał przeważyć. Rozmoknięte górskie szlaki, słaba widoczność z powodu chmur i deszczu to nie jest dobry scenariusz na wycieczkę. Z żalem musieliśmy poddać Tongariro – jedną z największych atrakcji, jakie mieliśmy nadzieję tu zobaczyć – jeden z najpiękniejszych i najstarszych parków narodowych na świecie. Smuteczek…


Powiedziano nam, że nie można wchodzić do środka, bo hobbici nie lubią nieproszonych gości. Żadna nowość ;).

Hobbiton przywitał nas jednak mile i przez dwie godziny bawiliśmy się całkiem, całkiem. Plan filmowy znajduje się na farmie, która został specjalnie wyselekcjonowana na potrzeby ekranizacji. Dla tych, którzy opowieści Tolkiena nie znają – hobbici, to istoty wymyślone przez autora. Mają wzrost mniej więcej połowy ludzkiego i wyglądają faktycznie jak mali ludzie. Lubują się w sielskich, wiejskich klimatach, chętnie mieszkają w pełnych wygód i dobrze urządzonych norach, które ryją w pagórkach. Zasadniczo lubią jeść, pić, palić i wypoczywać. Hobbiton, to jedna z wielu hobbickich osad.


A to już legendarne Bag End, czyli dom rodzinny Bilba i Froda. Niestety gospodarzy nie było w domu.

Odtworzenie wioski hobbitów na potrzeby filmu wykonano w sposób spekatakularny. Wizyta na planie uświadamia, że po prostu zbudowano to miejsce – stworzono całość od podstaw. Są domki hobbitów, drogi, most, młyn, karczma etc.


Nie mogło również zabraknąć młyna Przy Wodzie. To znaczy mogło, ale…nie zabrakło.

Niesamowite jest wykorzystanie natury w tworzeniu wioski. Cały Hobbiton pokryty jest roślinnością – pełno tu drzew, pól, ogrodów i ogródków, kwiatów, grządek warzywnych. Wydaje się, że zza dzwi hobbickiej norki za chwilę wyjdzie niewielki jegomość i zacznie zbierać dynie, pielęgnować kwiaty, albo wybierze się nad rzekę łowić ryby. Oczywiście nic takiego się nie dzieje i to nie tylko dlatego, że hobbici to postacie fikcyjne. Za drzwiami i oknami hobbickich norek w rzeczywistości nic lub prawie nic nie ma. Sceny kręcone we wnętrzach były efektem prac w studiu. Tu mamy tylko fasadę, ale trzeba przynać – wykonaną perfekcynie.


A tu jeszcze okna Bag End.

Jedyne wnętrze, które można odwiedzić to karczma Pod Zielonym Smokiem, gdzie według książki można było dostać wyborne piwo. Potwierdzam – piwo dają przednie. W cenę wycieczki wliczony jest kufelek…No właśnie – cena wycieczki…Nie mogę powiedzieć, że wizyta w Hobbitonie nie sprawiła mi przyjemności. Nie mogę też negować, że dostarczyła paru wzruszeń i miłych sercu widoków. Koszt jednak jest niewspółmierny do tego, co się dostaje.


Ania zadowolona, bo zaraz czeka ją piwo w Zielonym Smoku.

Podróż po Hobbitonie odbywa się w grupie i pod okiem przewodnika. To oczywiście jedyna opcja. Z miejsca poza farmą autobus zabiera cię na plan, który jest sprytnie umiejscowony między wzgórzami, tak, że z zewnątrz go nie widać. Co więcej, samoloty nie maja prawa przelatywać nad farmą – tak zazdrośnie strzeże ona swojego wielkiego, hobbickiego sekretu. Przez godzinę przewodnik pędzi cię od nory do nory, nie podając przy tym zbyt wielu informacji. Miałam nadzieję, że dowiem sie jakichś ciekawostek, ale było tego jak na lekarstwo, a ktoś, kto oglądał materiały dodatkowe o tworzeniu filmu raczej nie dowie się tu niczego nowego. Kiedy przegonią cię już przez Hobbiton masz jakieś 15 min. na wypicie kufelka piwa. Jego wielkość przyprawiłaby każdego szanującego się hobbita o śmiech, a potem czkawkę na dodatek. Jak już płaci się tyle kasy, to mogliby wystąpić z porządnym półlitrowym kuflem i dać chociaż pół godziny, a najlepiej godzinę na jego wychylenie. Zwłaszcza, że karczma Pod Zielonym Smokiem jest całkiem spora.


W samej karczmie atmosfera nienajlepsza. Przydałyby się jakieś kostiumy, muzyka z filmu, czy krótka inscenizacja…

Nie jestem tak naiwna, by nie wiedzieć dlaczego farma jest tak ukryta, dlaczego wycieczka jest kosztowna i wiem, że odcinanie kuponów od filmu "Władca Pierścieni" i od jego, niestety bardzo już słabego, prequelu "Hobbit" musi i będzie trwać. Z pewnością drogie jest nawet wyprodukowanie biletu do Hobbitonu, bo każda literka, czy obrazek tolkienowskiej franczyzy to majątek. Wiem zatem skąd dość wysoka cena biletu. Spodziewałabym się jednak za nią trochę więcej: przewodnika, który wie ciekawe rzeczy, porządnego kufla piwa, trochę czasu, żeby spokojnie przy nim posiedzieć i popatrzeć na Hobbiton. Wiecie co? Chyba jednak jestem naiwna.


Piwo jednakowoż mieli bardzo dobre :).

Mimo wszystko bawiłam się nieźle. Jeśli ktoś ma czas i lekką górkę w budżecie, to może się tam wybrać i mieć z tego niezłą frajdę. Krótko mówiąc odwiedziny polecam tylko pod dwoma warunkami: jeśli jesteś wielkim fanem filmów i masz kasę, której nie będziesz żałował. Ja spełniłam tylko ten pierwszy i dlatego teraz marudzę ;). No może też trochę marudzę, bo nie udało się odwiedzić Tongariro. Nie mogę tego parku odżałować.


Ogólnie wyszliśmy z Hobbitonu zadowoleni, ale drugi raz już byśmy nie poszli.

W każdym razie z Hobbitonu wróciliśmy autostopem do Auckland. Znów przyjęli nas Jacek i Monika. Deszczowe dni przesiedzieliśmy więc w ich przytulnym domu, pisząc teksty, publikując albumy, odpoczywając i przygotowując się na następną przygodę. Wielką, wspaniałą przygodę, którą będzie road trip po Stanch Zjednoczonych! Tak, tak Kochani – następna relacja już z Ameryki Północnej!

Ania