Z Kaikohe do Cambridge, czyli od winiarzy do koniarzy

Rechoczący kuzyni – Zosia i Osculati – Zmienność danych – Idiotą być

Tydzień na winnicy u Rae i Steve'a zleciał nam naprawdę bardzo szybko. Pracowaliśmy zdecydowanie mniej niż w Australii, a robota była mniej różnorodna, ale za to mieliśmy więcej planowania, polowania na bilety lotnicze, no i blue ray w swoim pokoju. Nie mogliśmy tak tego zostawić i odgrzaliśmy parę klasyków, których dawno nie oglądaliśmy. Z gospodarzami dogadywaliśmy się bardzo dobrze, ale trzeba przyznać, że nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Nie ciągnęliśmy ich za języki i dowiedzieliśmy się o nich tyle, że Steven projektował systemy obronne dla nowozelandzkiej armii. Sam nie był jednak wojskowym. Postanowiliśmy nie dociekać, żeby nie posądzono nas o szpiegostwo międzynarodowe.


Wyjeżdżaliśmy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

Będąc w Kaikohe umówiliśmy się z kolejnymy gospodarzami na helpx i wiedzieliśmy już, że kolejne miejsce, gdzie zatrzymamy się na dłużej leży niedaleko Cambridge, skąd bardzo blisko do Hobbitonu, czyli planu filmowego, gdzie kręcono część scen do "Wałdcy Pierścieni", a także "Hobbita". Nie mogliśmy pojechać tam jednak prosto z Kaikohe, bo nasi przyszli gospodarze mieli już plany na weekend, ale na całe szczęście zaproponowali, by umówić się z nimi w Auckland. Daliśmy więc znać panu Jackowi, który już wcześniej zapowiedział, że mamy się nie krygować, tylko walić jak w dym w razie jakiejkolwiek potrzeby, z koniecznością wpłacenia kaucji za areszt włącznie. 


Ania po ostatnim dniu pracy, przed domem Stevena i Rae.

W piątek nad ranem Rae wywiozła nas do Kawakawa, skąd najlepiej było nam łapać okazję i gdzie mogliśmy zjeść śniadanie, gdyż tego dnia nie wykonaliśmy już żadnej pracy, więc nie przysługiwał nam posiłek na winnicy. Wciągneliśmy co tam w piekarni dawali, pogadaliśmy chwilkę z dwojgiem Maorysów, którzy zainteresowali się gdzie zachrzaniamy z tymi plecakami, a w końcu wyszliśmy na drogę. Największym problemem było znalezienie dobrego miejsca. Nie chodziło o natężenie ruchu, ale o to by kierowca miał się gdzie zatrzymać, no i żebyśmy nie stali jedną nogą na stromym zboczu. Te względy wyeliminowały najdogodniejszą lokalizację, czyli okolice skrzyżowania dwóch dróg krajowych, a my musieliśmy ustawić się przy mniej uczęszczanej z nich i to tuż obok budynków mieszkalnych. 


No i znowu w drodze przy drodze 🙂

Piętnaście minut później jechaliśmy już w stronę Auckland z sympatyczną panią w średnim wieku, która była bardzo ciekawa gdzie ta Polska leży, jaka jest u nas sytuacja ekonomiczna, polityczna i społeczna. Opowieść skończyłem na rozbiciu dzielnicowym…Oczywiście żartuję, ale czasu nie było dużo, więc postanowiliśmy rzecz potraktować ogólnikowo, pobieżnie, z grubsza i po łebkach. Ciężko było ;). Dojechaliśmy do Whangarei i tam przyszło nam łapać…No właśnie, nie zdążyłbym nawet wypowiedzieć całego zdania, a już się ktoś zatrzymał. Pamiętacie tych Maorysów, z którymi gadaliśmy przy śniadaniu? Nie? No to niedobrze, bo to właśnie oni podwieźli nas dalej, aż do samego Auckland, prawie że pod drzwi pana Jacka i pani Moniki. 

Kuzyn i kuzynka, bardzo zabawni, co chwila dowcipkowali i nawet jeśli nie rozumieliśmy żartu, śmialiśmy się razem z nimi, bo oboje mieli bardzo zaraźliwy rechot. O Annie (owszem) nie dowiedzieliśmy się właściwie nic, ale Francis opowiedział nam o tym jak swojego czasu podróżował po USA i po Europie, a tam gdzie mógł, utrzymywał się z kucharzenia. Bardzo sympatyczny chłop. Zboczył nawet ze swojej trasy, żebyśmy nie musieli drałować ostatnich kilometrów na piechotę. Pożegnaliśmy się serdecznie i żegnani klaksonem, udaliśmy się w gościnne progi naszych polskich dobrodziei. 


Mówiliśmy im, że nie trzeba, że możemy przejść się trochę na piechotę, ale nie – podwieźli prawie pod drzwi 🙂

Odpoczęliśmy trochę, a w niedzielę pani Monika zawiozła nas na spotkanie z naszymi nowymi chlebodawcami. Otóż Natasha i Pedro (ona Nowozelandka, on Portugalczyk) to właściciele koni wyścigowych, a do Auckland przybyli na zakupy. Okazało się, że całkiem udane, bo nabyli dwa młode ogiery, które Pedro wytrenuje i albo zachowa albo odsprzeda z zyskiem. Na całe szczęście nie jechały z nami samochodem, więc pomieściliśmy się bez problemu. Oprócz naszej czwórki, była jeszcze bardzo urocza, 17- miesięczna łobuziara imieniem Ellie, którą staraliśmy się utrzymać w dobrym humorze przez całą podróż. Udało się całkiem zacnie wykonać to zadanie, co nie było z resztą bardzo trudne, bo Ellie to panna z natury pogodna.


Zapomnieliśmy się zapytać, czy możemy wrzucić zdjęcie młodej, więc zamiast tego – labrador Lucy. Też sympatyczna.

Początek pobytu w domu Tashy i Pedra mieliśmy bardzo miły i wydawało nam się, że znowu trafiliśmy w dziesiątkę. Niestety nie można mieć zawsze szczęścia. Od razu zaznaczę kilka rzeczy. Zdajemy sobie sprawę z tego, że problemy, które napotkaliśmy, a które za chwilę wymienimy nie są wielką tragedią i ludzie miewają dużo gorzej. Absolutnie nie uważamy też, żeby którekolwiek z naszych gospodarzy celowo robiło nam krzywdę. W ogóle rzadko narzekamy tutaj na ludzi, a jeśli już to bardziej dla żartu. Sytuacja jednak przedstawiała się w sposób następujący…


Trzeba przyznać, że domostwo mają całkiem udane.

Przede wszystkim między Natashą i Pedro był jakiś problem. On, zgodnie ze stereotypem południowca, podchodził do wszystkiego z większym luzem, a ją tym bardziej wszystko wyprowadzało z równowagi. Znaleźliśmy się po środku i oberwaliśmy rykoszetem, bo zdarzały się momenty kiedy Tasha była nabzdyczona i zapominała, że to nie nasza wina. To jednak mały pikuś. Chodziło przede wszystkim o organizację pracy. Na profilu helpxowym wyraźnie stało, że pomocnik dostaje wikt i opierunek za cztery godziny pracy dziennie. Chcieliśmy więc sumiennie swoje wypracować, a trafialiśmy czasem na zaporę nie do przejścia.


Posiadłość całkiem spora i trzeba było trochę poganiać, żeby w ogrodzie zapanował jako-taki ład.

Otóż Natasha to Zosia Samosia. Najchętniej wszystko zrobiłaby za nas, demonstrując jak mamy wykonać daną czynność. Często zresztą brała się za pokazywanie, po czym patrząc na nasze skupione miny, wtrącała: 
– Wiecie co? To już może ja to zrobię.
Zwykle udawało się ją przekonać, że absolutnie nie, że przecież jesteśmy tu po to, żeby jej pomagać. To samo tyczyło się sytuacji, kiedy nad ranem siedzieliśmy sobie dosyć długo bezczynnie i zastanawialiśmy się, czy zaraz nie wypadnie nam pracować w największym upale. W końcu zapytaliśmy się, co możemy zrobić. Wtedy zaczęła nam wymieniać, co ona musi zrobić i dlaczego, wtrącając genezę zjawiska i wykładając nam teorię wielkich procesów. Kiedy tak prowadziła narrację, staraliśmy się uważnie słuchać, co, zdaje się, jeszcze pogarszało sprawę.


Młoda i bardzo zgrabna, często towarzyszyła mi, gdy przy płocie wyrywałem chwasty. Klacz w tle też bardzo towarzyska.

Milczenie wywoływało bowiem reakcję alergiczną i Natasha zaczynała dopytywać się, czy wszystko w porządku, czy może chcemy zrobić coś innego albo wypić herbatę lub zjeść lunch. W moim przypadku skupiony wyraz twarzy owocował ewidentnym posądzeniem o kretynizm i o brak zrozumienia najprostszych czynności. Z tym drugim trudno było nie mieć kłopotu, bo Natasha zmieniała często zdanie. Raz mówiła, żebym nie wstawiał naczyń do zmywarki, tylko zmywał ręcznie, by następnego dnia powiedzieć, że niepotrzebnie zmywam ręcznie, skoro jest zmywarka. Doprowadziło to wszystko do sytuacji, że nie bardzo dowierzała mi, gdy mówiłem, że rozumiem, co do mnie mówi. W pewnym momencie wprost powiedziała, że wyglądam jakbym nie rozumiał, "ale może to kwestia kulturowa". Zresztą, dosyć już – przywoływanie wszystkich sytuacji podobnych do wyżej opisanych, zajęłoby wiele czasu i byłoby zupełnie niepotrzebne. Grunt, że przeraźliwie nas te okoliczności męczyły psychicznie, a żadne z nas nie należy do ludzi, którzy machną na to ręką i powiedzą "ich problem". Tak pewnie byłoby zdrowiej. 


Pogoda ducha często nas opuszczała, ale za to warunki atmosferyczne mieliśmy bardzo dobre.

Staraliśmy się jednak jak mogliśmy. Zajmowaliśmy się małą, wyrywaliśmy chwasty, spryskiwaliśmy te, których nie trzeba było wyrywać, usuwaliśmy trawę, przycinaliśmy róże, ścieraliśmy kurze, odkurzaliśmy, sprzątaliśmy w kuchni, usuwaliśmy badyle z posesji, walczyliśmy z pleśnią i mchem za pomocą całej baterii specyfików. U Dereka i Tracey, czy Stevena i Rae, byłaby to ciekawa praca, a tutaj po prostu się umęczyliśmy. Co chwila zastanwialiśmy się "co powie nam zaraz Natasza". Bo Natasza mówiła sporo. Albo nic, kiedy była obrażona. A bywała dość często. 


Mimo pracy w alejce różanej, nie mieliśmy tam jakoś nadzwyczajnie usłanego żywota ;).

Taki stan rzeczy wyprowadził nas nieco z równowagi i w związku z tym, postanowiliśmy skrócić nasz pobyt (zwiewać w podskokach zanim ktoś kogoś zabije 😉 – Ania), wybrać się do Hobbitonu, a potem znaleźć nocleg w pobliżu parku narodowego Tongariro i stamtąd, po jakimś krótkim trekingu, wrócić do Auckland. Na odwiedzenie tych miejsc mieliśmy, w oryginalnym planie, wypracować sobie dwa dni wolnego robiąc po sześć godzin dziennie, zamiast czterech. Jednak wydobycie z Nataszy tego, co my właściwie mamy zrobić, choćby przez te cztery godziny nastręczało zbyt wiele trudności, żeby dało się dobić do sześciu. Plan trzeba było zatem zmienić, a o tym jak nam się to odbiło czkawką, napiszemy w następnym odcinku.

Marek