Kia toitu he kauri, czyli w cieniu olbrzymów

Nie krzywdź wina – Filary nieba – Morderczy plechowiec – Wyczyścić but najeźdzcy

Na północy połnocnej wyspy Nowej Zelandii mieszka dużo mniej ludzi. Wiele osób przyjeżdża jednak w te strony na wakacje, bo tutejsza przyroda jest niezwykła. Najczęściej turyści kierują się do Bay of Islands, zagłębia wędkarsko-żeglarskiego lub zwiedzać Waipoua – las nowozelandzki. My jednak mieszkaliśmy niedaleko Kaikohe, a najbliżej nas był las Puketi i to właśnie tam wybraliśmy się pewnego dnia na wycieczkę.


Ania w drodze na front robót 🙂

Naszymi gospodarzami na kolejny tydzień pobytu w Nowej Zelandii zostali Raewyn i Steven – sympatyczne małżeństwo, które na obrzeżach Kaikohe ma winnicę i produkuje wino. Pracowaliśmy u nich dzielnie – przygotowywaliśmy sauvignon blanc na zbiory. Niesforne gałęzie winorośli przycinaliśmy nieco i obrywaliśmy część liści, a zawłaszcza te, które przesłaniają winogrona. Owoce potrzebują jak najwięcej słońca pod koniec dojrzewania. Zapewnialiśmy więc nad ranem życiodajne słońce, a pod wieczór integrowaliśmy się z gospodarzami przy zacnym trunku, dobrym jedzeniu i australijskiej edycji programu Master Chef. To też była dla nas pewna egzotyka, bo w Warszawie nie mieliśmy telewizji i ogólnie nie interesujemy się programami z ramówek.


Przyciąć, obciąć, liczbę liści zredukować. I tak panie przez tydzień…

Praca na winnicy bardzo mi odpowiadała i byłoby naprawdę super, bo Raewyn i Steven byli bardzo spympatyczni, mieliśmy ładny pokój i mogliśmy napić się co wieczór czerwonego wina, ale…w winogronach czyhała na mnie straszliwa zagłada! Otóż w tych pięknych winnych krzewach bardzo lubią wić sobie gniazda wstrętne i paskudne osy. Jak zapewne wiecie, osy są wredne tak sotte, bez gniazda, a te w gnieździe jeszcze bardziej. A jeśli na winnicy jest gniazdo os, to kto będzie miał na tyle szczęścia, żeby wsadzić w nie rękę? Ania oczywiście! Przez dwa dni miałam spuchnięty kciuk, co spowodowało, że dostałam ksywkę "claw" – czyli "szpon". No bardzo zabawne. 


Przytulne gniazdko, tylko lokatorzy lekko zżądliwi 😉

Na szczęście nogi miałam sprawne i dobrze, bo w dzień wolny od pracy nasi gospodarze byli tak mili, że podrzucili nas do rezerwatu Puketi. Tam właśnie mieliśmy okazję zobaczyć sławne drzewa nowozelandzkie – kauri. Po olbrzymich sekwojach to one właśnie są największe na świecie. Agathis nowozelnadzki, znany przede wszystkim pod swoją maoryską nazwą – kauri, robi niesamowite wrażenie. Drzewa mają po 50 metrów wysokości, olbrzymią średnicę pnia, żyją setki, a nawet tysiące lat. Gałęzie i liście rosną wysoko, na samym szczycie drzewa, co sprawia, że wydaje się ono jeszcze wyższe i jakby nie z tego świata.


Gigant z lasu Puketi. W tle dwa drzewa kauri.

Nic więc dziwnego, że kauri zawsze były dla Maorysów świętymi drzewami, włączonymi w mit o stworzeniu świata. Ojciec Niebo i Matka Ziemia zostali rozdzieleni przez swoje najsilniejsze dziecko – Boga Lasów, tak by jego potomstwo mogło cieszyć się słońcem i ziemią. Pnie największych kauri miały być jego nogami. Nadawano im imiona i uznawano za wodzów lasu. Kauri wykorzystywano w rytuałach, a także jako budulec kapliczek, totemów, czułen wojennych. Przydatna była również żywica drzewa, używana do przygotowania pochodni i jako produkt zbliżony do gumy do żucia.


Ania słusznie pokazuje drzewa w lesie. Jest ich tyle, że można nie zauważyć.

Na to wszystko musieli przyleźć oczywiście koloniści z Europy i zacząć systematyczną wyciknę wielkich drzew. Drewno kauri jest bardzo przydatne – można z niego wykonać wiele przedmiotów, znakomicie sprawdza się jako budulec łodzi i statków. Na szczęście udało się powstrzymać wycinkę na tyle wcześnie, by właściwy dla Nowej Zelandii gatunek Agathis przetrwał. Jednak kiedy już się wydawało, że walka skończona pojawił się kolejny problem.


Paproć i kauri w jednym lesie stoją.

Wspominaliśmy, że Australia, a także Nowa Zelandia zorientowaly się w pewnym momencie jaki dewastujący wpływ na ich unikalny ekosystem, ich florę i faunę może mieć przywiezienie nowych roślin z innych części świata. Wwożeni czegokolwiek, nawet małego ziarneka, czy piórka jest surowo zakazane. Na lotnisku w Auckland sprawdzano nawet podeszwy naszych butów. Teraz dowiedzieliśmy się dlaczego. 


Zawikłana sprawa…

Narodowe drzewo Nowej Zelandii – kauri jest zagrożone wyginięciem z powodu choroby zwanej kauri dieback, powodowanej przez grzyb, który niszczy korzenie drzewa. Cały czas trwają prace nad tym, by chorobę powstrzymać, jednak na dzień dzisiejszy jest ona nieuleczalna – raz zainfekowane drzewo zginie niechybnie. Naukowcy podejrzewają jednak, że grzyb przyjechał do Nowej Zelandii z sadzonkami innych drzew, również z gatunku Agathis, które postanowiono tu sadzić. Pomysł może nawet nie głupi, jak sie wycięło, to sadzić. Jednak okazało się, że natury tak łatwo przebłagać sie nie da i chorobotwórczy grzyb zaczął siać zniszczenie.


Kolejne zdjęcie drzew. A czego się spodziewaliście?

Obecnie jednym sposobem, który działa i który uniemożliwia grzybowi się rozprzestrzeniać jest szczególna dbałość o nie wnoszenie do rezerwatów kauri ani odrobiny ziemi z innych miejsc. Przed wejściem do każdego lasu jest ostrzegawczy znak, który tłumaczy jakie są zasady poruszania się po tym niezwykłym i pięknym miejscu. Buty trzeba dokładnie wyszczotkować, a następnie nałożyć na nie sprej dezynfekujący. Wszystkie rezerwaty mają na początku szlaku stacje ze sprzętem do takich właśnie działań. W lesie nie można zejść ze ścieżki, a jeśli system korzeniowy drzewa na ścieżkę nachodzi, to jest on otoczony specjalną platformą. Mówiąc krótko – wara od korzeni!


Zanim wejdziesz do lasu, wytrzyj buty!

Nowa Zelandia walczy z zanikaniem lasów kauri przede wszystkim poprzez kampanie uświadamiające jak choroba się rozprzestrzenia i jak można temu zapobiegać. "Keep kauri standing – Kia toitu he kauri"- akcja ratowania drzew przynosi rezultaty. Jeśli wyjeżdżasz do Nowej Zelandii, a zwłaszcza, jeśli planujesz wycieczkę do lasu kauri, warto zajrzeć na stronę kampani: www.kauridieback.co.nz. To właśnie człowiek jest bowiem tym zwierzęciem, które przenosi ze sobą największe ilości sporów zabójczego grzyba. 


Wyglądamy z lasu, a tam…las.

Las Puketi, to tylko jeden z rezerwatów olbrzymich kauri. Majestatyczne i piękne drzewa robią proporcjonalne do swej wielkości wrażenie, a otaczają je wspaniałe srebrne paprocie i mnóstwo innych roślin. W tym lesie żyje też ptak kiwi – kolejny symbol Nowej Zelandii. Niestety, by go spotkać trzeba wstać wcześnie rano, wiedzieć gdzie iść i mieć sporo szczęścia. Nawet koala i kangur nie stawiały nam aż tak twardych warunków, więc musieliśmy się poddać. Nie rozpaczaliśmy. W końcu mogliśmy posiedzieć w cieniu jednego z największych drzew świata. Kia toitu he kauri.

Ania

2 myśli nt. „Kia toitu he kauri, czyli w cieniu olbrzymów”

  1. Siema, 

    małe pytanie. W jaki sposób znajdujecie miejsca pobytu, na przykład takie jak gościna u Raewyn i Stevena? Przez jakiś portal? Czy pracowaliście u nich w winnicy za wikt i opierunek? Czy na przykład jeszcze za skromne kieszonkowe? Jeśli pisaliście już gdzieś o tym, to przepraszam, podeślijcie tylko linka 🙂 

Możliwość komentowania jest wyłączona.