Luz w Edenie, czyli największe miasto Nowej Zelandii

Miasto na luzie – Zielone kratery – Twarzą w twarz z wodzem – Krakowianka z Kerikeri

Po wycieczce krajoznawczej przyszedł czas na doznania miastowe. W Auckland, dzięki gościnności Pana Jacka i Pani Moniki, spędziliśmy kilka dni. Był więc czas i na odpoczynek, i na pranie, i na pisanie, i w końcu na wyprawę do miasta. Pierwsze wrażenie – w Auckland jest bardzo spokojnie. Oczywiście w naszych oczach tak to wygląda. Zarówno miasta europejskie, jak i azjatyckie (te ostatnie w szczególności) przytłaczają ilością samochodów i spieszących się ludzi. Tu owszem, też wszyscy rano zdążają do pracy, ale ich sposób poruszania się jest znacznie mniej energiczny, czy nawet można powiedzieć, mniej agresywny. 


Selfie zrobione na Mount Eden, a w tle widać One Tree Hill. Tam się zaraz wybierzemy.

Myślę, że wpływa na to nie tylko mniejsza liczba ludzi (choć nadal mieszka tu 1,5 miliona człekowatych), czy specyfika kulturowa, ale również fakt, że Auckland jest bardzo zielonym miastem. Jak udowodniły niejedne badania, ludzie, którzy na codzień widzą naturę i stykają się z zielenią są zasadniczo mniej zestresowani, i ogólnie bardziej wyluzowani. Potwierdzają to również moje obserwacje – mniej zielonego to więcej biegnących, zestresowanych ludzi o błędnym, nieobecnym spojrzeniu. Auckland znajduje się na wybrzeżu, więc dostęp do wody, plaży, słońca, zieleni – to wszystko sprawia, że na prawdę przyjemnie tu żyć. Klimat jest łagodny i przyjazny – słoneczne lata, ale bez spiekoty, jak w Australii, oraz łagodne zimy, w których temperatura najczęściej oscyluje w okolicach kilkunastu stopni. Wszystko mówi – uspokój się człowieku, wyluzuj, zrelaksuj, odpocznij. Właśnie dlatego spacer po największym mieście Nowej Zelandii wcale nie przypomina przedzierania się przez miejską dżunglę.


Nowozelandzkie drzewa tracą czasem cierpliwość do samych siebie i decydują się na małą przechadzkę.

Ukształtowanie terenu miasta jest związane z procesami wulkanicznymi. Pagórki, mają specyficzny wygląd wielowarstwowego tortu – kolejne warstwy pokazują gdzie zatrzymywała się lawa. Kratery, teraz zupełnie wygasłe, porosłe zielenią, stanowią atrakcję turystyczną. Postanowliśmy zdobyć dwa zgórza Auckland – najwyższy wygasły wulkan, czyli wzgórze Eden (196 m n.p.m) to wspaniały punkt widokowy. Miasto ma w prawdzie, jak większość metropolii na świecie, swój Sky Tower, gdzie można wiechać windą i podziwać widoki. Zrezygnowaliśmy jednak, bo po pierwsze wjazd jest płatny, a po drugie, jeśli można wleźć za darmo na wygasły wulkan i mieć równie wpaniały widok (a może nawet lepszy), to wybór jest oczywisty. Głęboki krater, porosły zieloną trawą, niezwykle rozłożyste drzewa, które go otaczają – ma się wrażenie, że to raczej jakieś wiejskie rejony, a nie cetrum miasta.


Krater na Mount Eden.


A to już początek podejścia pod One Tree Hill. Wśród wielkich korzeni pasą się owce.

Następnie podrałowaliśmy do One Tree Hill (nazwa maoryska to Mungakiekie – nie ma nic wspólnego z angielską), na którym przed czasami kolonizatorów znajdowało się największe i bardzo istotne maoryskie pa*. Władza nad dobrze ufortyfikowanym wzgórzem była bowiem kluczowa dla utrzymania władzy nad regionem oraz nad szlakami, które przebiegały w jego pobliżu. Nazwa wzniesienia, którą można przetłumaczyć na Wzgórze Jednego Drzewa, jest faktycznie związana z drzewem, a raczej drzewami, które je porastały. Drzewo, które kiedyś wyróżniało się na tym miejscu i dało mu angielską nazwę zostało ścięte przez kolonistów i prawdopodobnie przeznaczone na opał. Kolejne, sadzone na jego miejscu padały już pod piłami maoryskich aktywistów, którzy protestowali w ten sposób przeciwko sadzeniu na wyspie drzew nie będących rdzennie nowozelandzkimi lub po prostu się nie przyjmowały. I tak wzgórze drzewa pozostało bez drzewa – znajduje się na nim jedynie obelisk, który w prawdzie zmieniał swoją symbolikę, ale przynajmniej nikt go nie próbował spalić, ani pociąć. Drzewa mają niestety więcej słabych punktów niż kamień i metal. 


Zamiast drzewa stoi obelisk. Kiepski erzac.

Na koniec dnia postanowiliśmy odwiedzić Auckland Art Gellery. Po pierwsze – wiele wystaw w tym przybytku sztuki było daromowych, co zawsze budzi nasz etuzjazm. Po drugie, mieliśmy okazę obejrzeć ekspozycję The Maori Portraits, która zawierała portrety wodzów i przywódców plemion maoryskich oraz sceny z życia Maorysów na przełomie XIX i XX wieku. Namalowane przez czeskiego malarza Gottfrieda Lindauera olejne obrazy robią niezwykłe wrażenie. Maorysi przedstawieni są na nich w sposób bardzo europejski, co kontrastuje z charakterystycznymi tatuażami na twarzy, ozdobami z tutejszej odmiany jadeitu, ptasich piór, tradycyjną maoryską bronią. Trzeba przynać, że ekspozycja przygotowana jest bardzo dobrze, bo szczegółowe opisy każdego dzieła pozwoliły nam nieco bliżej poznać historię kultury maoryskiej. Ciekawe i barwne życiorysy wodzów są niezwykle różnorodne. Uświadomiły mi, że postrzeganie tej grupy etnicznej jako jednolitej, co często zdarza się w sytuacjach, gdy mówimy o mniejszościach, jest wielkim błędem. Losy utrwalonych na płótnie przez Lindauera ludzi były bowiem bardzo różnorodne, wybory życiowe, czasem zaskakujące i niespodziewane. 


Na przykład ten jegomość popłynął do Anglii, zakochał się w londyńskiej pokojówce i już się do ojczyzny nie wrócił. Obraz pędzla Gottfrieda Lindauera.

Poza może jeszcze ekspozycją historycznych zdjęć, pozostałe zdecydowanie nie przyciągnęły mojej uwagi aż tak bardzo. Nie znam się na obrazach i jedyne co potrafię naprawdę docenić to dzieła klasyczne, realistyczne, no może w przypływie szaleństwa jakiś Picasso mi się spodoba. Sztuka nowoczesna wogóle nie trafia do mojego skostniałego, nieartystycznego serca ;).  Zresztą, jeśli już człowiek chce się zanurzyć w dziełach, czy to wielkich klasyków płótna, czy w nowoczesnych eksperymentach nowych mistrzów powinien raczej wybrać się gdzie indziej, bo w Auckland wybór jest raczej skromny.


A to jeszcze panorama Auckland z Mount Eden. 

Zmęczni, ale zadowoleni poszliśmy w końcu na umówione miejsce, by spotkać się z Panią Moniką, z którą zabraliśmy się do domu. Przeszliśmy tego dnia ponad 21 kilometrów, więc byliśmy wieczorem trochę nieobecni i wcześnie zebraliśmy się spać, by następnego dnia po południu ruszyć z Auckland w dalszą drogę. Kolejnym etapem naszej podróży był przejazd do Kaikohe i, co tu dużo kryć, mieliśmy dużo szczęścia. Autostopowanie w Nowej Zelandii na pewno nie jest wiele trudniejsze niż w Australii, ale tym razem nie mieliśmy jeszcze tego doświadczyć, bo zabrała nas ze sobą Pani Jadwiga, albo jak tu ją wszyscy nazywają – Wiga. Przyjaciółka naszych gospodarzy to również Polka, która przyjechała tutaj stosunkowo niedawno, bo dwanaście lat temu, ale wcześniej trochę ją z rodzinnego Krakowa po świecie poniosło. Mieszkała i pracowała we Francji, później we Włoszech, aż w koncu wylądowała tutaj. Akurat odwiedzała Auckland, by tego samego dnia, co my wracać do Kerikeri, które leży niedaleko Kaikohe. Zabrała więc rodaków-tułaczy i odstawiła prosto na winnicę, gdzie przywitali nas Raewyn i Steven – straszne równiachy. O ich przytulnym zakątku napiszemy w następnym odcinku.

Ania

*o pa możecie przeczytać więcej w poprzednim artykule