W krainie srebrnej paproci, czyli piękna wyspa i pa

Vis-a-vis konsula – Państwo Geografowie – Falowanie i spadanie – Wielka woda i mała woda

Jeszcze na farmie Tracy i Dereka podjęliśmy decyzję, że zanim znów zawitamy na Stary Kontynet, odwiedzimy Stany Zjednoczone. Zawsze chciałam zobaczyć USA. Marek już trochę zobaczył, ale jemu nigdy nie dość. Wszak studentem jeszcze będąc, to właśnie w historii tego kraju zapragnął się specjalizować. Plus, Stany przecież duże, można zwiedzać i zwiedzać. Plus mamy tam i rodzinę, i kilku przyjaciół, których zawsze miło odwiedzić. Plus, dzięki temu zabiegowi uczynimy pełną pętlę wokół Ziemi i naszą podróż będzie można oficjalnie zakwalifikować do grupy "dookoła świata". No same plusy! Jednak by cel ten osiągnąć musiałam zdobyć najpierw wizę do USA. Ponieważ Australii mówiliśy już "do widzenia", postanowiłam moją radkę z konsulem umówić już na Nowej Zelandii – naszym następnym przystanku. Jednym z tych wymarzonych.


Widok z okna naszych gospodarzy. W oddali widać centrum Auckland.

Jak postanowiłam, tak też uczyniłam. Marek wizę już ma, farciarz, więc tylko ja musiałam przejść przez wypełnianie bardzo szczegółowej ankiety wizowej. Tak, tak, proces zdobywania pozwolenia na wjazd do Stanów to nie przelewki. Musisz przynać otwarcie i szczerze, że nie zamierzasz się tam zajmować terroryzmem, handlem ludźmi i narkotykami. Ale to nie wszystko! Nie mogłeś się tymi rzeczami również zajmować w przeszłości. A i twoi rodzice, lub najbliżsi krewni też nie. Potem już z górki: jakie jest Twoje ulubione ciasto, czy kiedykolwiek śpiewałeś w chórze i którą nogą zazwyczaj wstajesz z łóżka. Żarty, żarciki, ale na prawdę, pytają o mnóstwo rzeczy. Potem już tylko skromna opłata (aaaaa!) i wizyta w konsulacie w Auckland, gdzie czekała mnie ostateczna rozmowa.

Nowa Zelandia też rzeczy nie ułatwiła. Obywatel Polski może w prawdzie bez wizy wjechać do Nowej Zelandii na trzy miesiące, ale musi mieć wykupiony bilet na wyjazd. Ponieważ my jeszcze nie wiedzieliśmy czy wiza amerykańska zostanie mi w Auckland przynana, więc zakupiliśmy bilet spowrotem do Australii, z możliwością refundacji. Na prawdę nie rozumiem niektórych tych obostrzeń wjazdowo – wizowych. Czy władze Nowej Zelandii myślą, że jeśli ktoś na prawdę chce tu przebywać nielegalnie, to czy powstrzyma go od tego konieczność zakupu biletu, który można przecież za niewielką opłatą następnie zwrócić?


Widoki pyszne, ale wieje na tej wyspie niemożebnie.

Nic to, trzeba, to trzeba. W każdym razie uzbrojeni we wszelkie bilety i formularze wkroczyliśmy na pokład samolotu, który z Melbourne zabrał nas do Auckland. Tam na lotnisku czekał już Pan Jacek, przyjaciel Taty Marka. Panowie poznali się, studiując na Wydziale Geografii i Studiów Regionalnych UW, a i zdarzyło się im wspólnie brać udział w ekspedycji na Spitsbergen. Tak się złożyło, że Pan Jacek, razem ze swoją żoną Moniką, również absolwentką geografii, prawie 30 lat temu dotarli na Nową Zelandię. Przyjechali z wyprawą geograficzną…i tak już zostali. Tu urządzili sobie życie, tu urodziły się ich dzieci.  Niezwykle sympatyczni i gościnni, przygarnęli nas, rodaków i tułaczy.


Przypływ, więc trzeba się ewakuować po schodach. Nieco u góry widać pozostałości stanowiska dla żołnierzy rozpoznania baterii nabrzeżnych z czasów II WŚ.

Mogliśmy więc trochę odpocząć po ciężkiej pracy na farmie i załatwić formalności wizowe, co zajmuje kilka dni. Rozmowa w konsulacie mało mnie do zawału nie doprowadził, ale to pewnie dlatego, że akurta dwie osoby tuż przede mną odprawili bez wizy. Trzecia musiała przysłać wyciąg z banku. Mnie jednak wizę dali bez problemów. Jeśli nie liczyć konieczności zrobienia nowego zdjęcia, bo to, które miałam jakoś im nie pasowało. Cud! Teraz to już na prawdę nie jestem terrorystą.

W międzyczasie nasi gospodarze zabierali nas na wycieczki po okolicy. Najpierw razem z Panią Moniką podeszliśmy na wzgórze, gdzie kiedyś znajdowały się maoryskie fortyfikacje wojenne – pa. Maorysi, rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, mianem pa określali wioskę lub osiedle, ale też umocnienia z drewnianych pali, często budowane na wzgórzach i usiane przemyślnymi pułapkami. Mieli znaczną wprawę w prowadzeniu walk na swojej ziemii, znakomicie znali ukształtowanie terenu, możliwości zdobywania pożywienia, czy wody na danym terytorium. Często zdarzało się, że Brytyjczycy przez długi czas próbowali zdobić jakieś pa, atakując zawzięcie i tracąc wiele sił, a kiedy już wdarli się do środka, okazywało się, że nikogo tam nie ma, bo całe plemię ewakuowało się ukrytym wyjściem.


Pozostałości po palisadzie pa.

Tak się Maorysi Brytyjczykom dali we znaki, że ci ostatni postanowili wystąpić z propozycją traktatu pokojowego, który podpisało wielu maoryskich wodzów. Traktat Waitangi uznawant jest przez wielu historyków za początek Nowej Zelandii. Nadawał on Maorysom prawa do własności prywatnej i ziemi, a także uznawał ich za obywateli brytyjskich. Jak wiadomo europejscy koloniści mieli oczywiście problemy z dotrzymywaniem takich umów, ale to już zupełnie inna historia. Może Marek Wam przy okazji coś opowie, w końcu kto tu jest historykiem? 😉

Z Panią Moniką skoczyliśmy także na pobliską plażę. Nareszcie mam z kim popływać! Fale były wspaniałe i skakanie w nich sprawiło mi prawdziwą radość. Już myślałam, że jeszcze lepiej być nie może, ale następnego dnia wybraliśmy się na Bethells Beach, która znajduje się kilka km od Auckland. Wiatr wiał solidny, akurat trwał przypływ, a fale duże – nawet się przez chwilę zawahałam. Byli jednak ratownicy, którzy instruowali jak sobie z takimi wyzwaniami poradzić i obserwowali kąpiących się z brzegu, by w razie czego śpieszyć z pomocą. Wejść pozwolili – dobra nasza.


Wskoczyć, czy nie wskoczyć?

Pani Monika to zawojowany pływak, a jak ona stwierdziała, że wchodzi, to i ja nie mogłam sie oprzeć. Dwie drobne, jakby nie patrzeć, kobitki wskoczyły zatem do wody, w której już pływało czterech potężnych Maorysów. Poczułam się jak prawdziwy twardziel. Marek i Pan Jacek przezornie zostali na plaży. Jak to później stwierdził Pan Jacek – "ktoś musiał zostać, żeby w razie czego poinformować rodzinę". Kąpiel w takich falach jest oczywiście przeżyciem nie do opisania. Trzeba wleźć samemu i się przekonać. Dobrym pływakom – polecam. Tym, którzy czują się niepewnie – odradzam. W każdym razie było cudownie i tyle :).


Wskoczyć!

A, właśnie, jeśli jeszcze nie wspominałam, że Nowa Zelandia jest bajecznie piękna, to teraz czas na to najwyższy. Nie widzieliśmy jeszcze zbyt wiele, ale wcale wiele nie trzeba, by oczarowała człowieka wszechobecna (tak, nawet w mieście) zieleń, soczyste kolory, niezwykła różnorodność krajobrazu, a nawet zmienność pogody. Jest tu takie powiedzenie – jeśli nie podoba Ci się pogoda w Auckland – poczekaj dwie godziny, będzie wtedy taka jak chcesz. Faktycznie, zmiany potrafią być  bardzo niespodziewane. Słońce, trzy minuty deszczu, słońce…ale jak tu się złościć, kiedy te trzy minuty deszczu rozepną Ci nad głową przepiękną tęczę?


A jeszcze dziesięć minut temu prażyło słońce. Za piętnaście kolejnych znowu będzie żarówa. Lato w Nowej Zelandii.

Tak właśnie stało się nad jeziorem Wainamu, dokąd wyruszyliśmy prosto z Bethell Beach. Leży ono w niewielkiej dolinie i jest niezwykle malownicze. Wycieczkę rozpoczyna się od spaceru przez czarne wydmy, które wyglądają, jakby je ktoś wyjął prosto z filmu o obcej planecie. Nagle wydmy się urywają i przed oczami roztacza się obraz łagodności i sielskości – złoto-zielone pagórki oraz spokojna tafla jeziora. 


Jezioro Wainamu widziane ze szczytu czarnej wydmy. 

Ruszyliśmy ścieżką prowadzącą dookoła, po drodze mijaliśmy kolejne czarujące i malownicze zakątki. Poznaliśmy się także z nowozeladzką paprocią drzewiastą (w języku maori – ponga) – endemicznym gatunkiem, który może osiągnąć ponad 20 metrów wysokości i ma srebrne liście od spodu. Cyathea dealbata, czyli tzw. srebrna paproć to jeden z symboli Nowej Zelandii. Występuje w godle kraju, Nowozelandzkiego Komitetu Olimpijskiego i reprezentacji sportowych. W czasie dyskusji o zmianie flagi kraju wszelkie projekty również odnosiły się do srebrnego liścia. 


Jako żywo – z wierzchu zielona, a rewers…Mówią, że to srebrny. Niech im będzie ;).

Po godzinie maszerowania doszliśmy nad wodospad, którym woda spływała do jeziora. Miejsce to jest bardzo istotne dla kultury maoryskiej – dawniej w tych wodach odbywały się przygotowania młodych pływaków przed wysłaniem ich na połów w oceanie. Na wodospad spogląda figurka pou – maoryski totem. Powstała by upamiętnić Kowhatukiteuru – wielkiego budowniczego pa. Została odsłonięta w 2014 roku i znajdują się na niej charakterystyczne dla maoryskiej kultury zdobienia. 


Totem potem!

Do domu wróciłam oczarowana. Jezioro i jego okolice to stosunkowo niewielki fragment terenu, ale niezywkły i bardzo różnorodny. Pani Monika przynała, że choć mieszka już na Nowej Zelandii od wielu lat, to nadal zachwyca się nad jej pięknem. A podobno jezioro Wainamu to ot, takie sobie, nie, że jakieś najpiękniejsze. Jeżeli to było przeciętne, to nie mogę się już doczekać na te ładniejsze!


Zielsko rozrasta się sielsko. Wiele odcieni zieleni.

Ania

2 myśli nt. „W krainie srebrnej paproci, czyli piękna wyspa i pa”

    1. Nadrobiłem zaległości i czekam na kolejne Wasze przygody:) Cały czas nie mogę wyjść z podziwu – zobaczyliście i jeszcze zobaczycie tyle niesamowitych miejsc:) Powodzenia!

Możliwość komentowania jest wyłączona.