W jak Wiktoria, W jak winnica, czyli jak sadziliśmy oliwki

Na Melbourne – Kucharka i lotnik – Milczenie owiec – Karmienie kóz – Kopanie rowów

Niezależnie od tego jak dobrze nam było w Sydney, musieliśmy wyruszyć w dalszą drogę. Kolejnym przystankiem miało być Lauriston, nieopodal Kyneton, które z kolei znajduje się jakieś 70 kilometrów na północ od Melbourne. Tam czekali na nas Tracey i Derek, właściciele farmy, na której mieliśmy pracować w ramach Helpx. Na tymże portalu internetowym ludzie potrzebujący rąk do pracy mogą znaleźć pracowników. I vice versa ;). Standardowa umowa jest taka, że za dach nad głową i wyżywienie, pracuje się cztery godziny dziennie. Bardzo dobry sposób, by poznać przy okazji okolicę, miejscowych, no i zaoszczędzić trochę grosza. Najpierw jednak musieliśmy przeautostopować 900 kilometrów. 


No to w drogę

Wyruszyliśmy nieco później niż zwykle, ale przynajmniej nie musieliśmy się martwić o dotarcie do stacji serwisowej, ani o pierwszą podwózkę. Koleżanka Veronici podwiozła nas daleko za Sydney i tam nadszedł czas na ostatnie pożegnanie. Ehhhh…Co było nam czynić? Zjedliśmy lunch i zaczęliśmy łapać okazję. Tego dnia nie mieliśmy najmniejszych problemów. Najpierw jedna podwózka przez 80 kilometrów, a potem druga prosto do Melbourne. Długa droga, z ośmiu naszych liter każda solidnie rozbolała, ale grunt, że dojechaliśmy. Niestety godzina była już zbyt późna, by jechać pociągiem do Kyneton, ale w ostatniej chwili udało nam się znaleźć nocleg na couchsurfingu. Wietnamska Australijka, która ma polskiego chłopaka. Wiele, żeśmy się nie pointegrowali, bo wieczór był późny, a następnego dnia wyruszyliśmy wczesnym rankiem. 


Towarzysz Żukow też się chciał przejechać

Dystans do Kyneton nie był wielki, ale zdecydowaliśmy się zaoszczędzić na czasie i nie autostopować, tylko szybko i sprawnie zameldować się na stacji kolejowej, gdzie czekała na nas Tracey. Może zanim opiszę miejsce, w którym przyszło nam spędzić kolejne dwa tygodnie, przybliżę nieco sylwetki naszych gospodarzy, bo są to bardzo ciekawi ludzie. Parę lat temu siedzieli sobie kiedyś na swoim śródziemnomorskim jachcie, gdzieś u wybrzeży Corfu i zastanawiali się, co by tu zrobić, by nie zanudzić się na śmierć. Zdecydowali, że jeśli kupią farmę i zajmą się hodowlą zwierząt oraz roślin, będą mieć co robić do końca życia. Jak jednak doszło do tego, że jacht, że nuda i że farma? Historie ich są zgoła inne.


W Wiktorii pogoda raczej słoneczna, ale bardzo szybko potrafi się zmenić. Zawiewa, leje jak z cebra, a potem znowu patelnia.

Tracey – urodzona w bardzo małym miasteczku w Queensland, zdecydowała się w końcu wyrwać na świat szeroki, a uczyniła to dzięki nieprzeciętnemu talentowi kulinarnemu. Rozpoczynała karierę kucharską lokalnie, po czym wygrywała kolejne konkursy gotowania, pracowała w coraz lepszych restauracjach, zdobywała kolejne nagrody, po czym wyjechała do Wielkiej Brytanii. Tam święciła triumfy jako organizatorka, kucharka, menadżerka w różnych restauracjach, a nawet pałacach (Hampton Court na ten przykład). Gotowała dla księżnej Anny, gotowała dla nas. Kariera kompletna!


Po prawej widać winnicę numer 1, a na wprost The Dam. Staw, nad którym lubią leniuchować węże, i w którym nasi gospodarze zawzięcie łowili raki.

Derek – nigdy nie powiedział skąd konkretnie pochodzi, ale na pewno nie ma queenslandzkiego akcentu. Inżynier, który konstruował maszyny, systemy ostrzegania przed powodzią, instalcje elektroniczne na statkach, w samolotach, jak i same statki. Zapalony żeglarz, licencjonowany pilot i entuzjasta awiacji jako takiej. Rok temu, razem z Tracey rozbił się Jakiem-3 na jakimś trzęsawisku. W młodości ujeżdżał konie. Podobno świetnie tańczy i całkiem nieźle strzela. 


Winnica numer 2, najwięcej pracy wykonaliśmy właśnie tutaj. 

Tacy to właśnie ludzie kupili sobie ponad sto akrów ziemii w stanie Wiktoria i od niecałego roku gospodarzą tam zawzięcie. Oprócz nich na farmie żyje dziesięć owiec, dziesięć kóz angorskich, dwie kozy nieangorskie (Laurie i Lilly) oraz pies pasterski Lexi, jeszcze szczeniak, ale już kawał psiny. No i przez dwa tygodnie dołączyliśmy do tej gromadki my. Chyba nie trzeba przedstawiać. Zamieszkaliśmy w jednym z pokojów osiemdziesięcioletniego domu, który został już w dużej części odnowiony, a i my mieliśmy dołożyć swoją cegiełkę do jego renowacji. I tu dochodzimy, do  tego jakie właściwie były nasze obowiązki. 


Kuchnia, czyli królestwo Tracey.

Na farmie wstajesz wcześnie. Nie dlatego, że trzeba nakarmić kozy (choć trzeba). Wstajesz, bo słońce nie grzeje jeszcze jak wściekłe i im szybciej zaczniesz pracę, tym więcej zrobisz w temperaturze poniżej 30 stopni. Pierwsza zmiana do południa, a potem od czwartej/piątej. Dlatego zwlekasz się z łózka przed szóstą, a skoro już jesteś na nogach, karmisz kozy, bo one wiedzą, że już wstałeś. Siedzą u siebie w szopie, ale z chwilą gdy wchodzisz do kuchni, wyczuwają nadchodzące mleko. Tedy zanim zjesz śniadanie, bierzesz karton mleka, nalewasz do dwóch litrowych butelek, dopełniasz wodą, nakładasz smoczki i wychodzisz z domu.


Laurie i Lilly to bardzo urocze stworzenia. Lubią karesy, ale jeszcze bardziej lubią mleko.

Kozy meczą już potężnym głosem, a pies jest tak szczęśliwy, że cię widzi, że musisz go natychmiast uwiązać, by nie podrapał cię z radości do krwi. No i żeby nie przeszkadzał kozom kiedy piją mleko. Lexi, jako pies pasterski, miała bowiem we krwi potrzebę podporządkowania sobie każdego stworzenia w promieniu kilometra, a że jeszcze nie przeszła treningu, więc toczyliśmy z nią ciągłe boje, by nie podgryzała kozom nóg. Tresurę psa pracującego zaczyna się podobno w wieku ok. 8 miesięcy, bo dopiero wtedy zaczyna coś zapamiętywać. Tak przynajmnej powiedział Derek. Trzymamy kciuki, bo Lexi, choć bardzo ładna, była też strasznie męcząca.


Lexi we własnej, psiej osobie. Nie dajcie się zwieść pozorom, to diabeł wcielony 😉

Kiedy zwierzęta są już nakarmione, trzeba w końcu coś zjeść samemu, a potem pozmywać naczynia, które piętrzą się w zlewie od wczoraj. Nie z niedbalstwa, po prostu masz ograniczoną ilość ciepłej wody, dlatego zmywasz jak już się uzbiera. Potem możesz posmarować się kremem, ubrać stosowie do aury i wyjść do pracy w polu. Zależnie od własnego widzimisię lub priorytetów jakie mają gospodarze, może to być:
– kopanie rowów na instalację irygacyjną dla winorośli
– zasypywanie rowów na instalację irygacyjną dla winorośli
– nawożenie winorośli i obkładanie grządek słomą
– zakładanie drutu, który będzie w przyszłości pomagał winorośli rosnąć prosto
– sadzenie drzew oliwnych
– zakopywanie instalacji nawadniającej dla drzew oliwnych
– nawożenie drzew oliwnych i obkładanie ich słomą
– sadzenie róż na końcach grządek winnych
– koszenie trawy
– piaskowanie ścian domu przed malowaniem
– odłupywanie starego kitu z okien
– nakładanie nowego kitu
– malowanie domu
– obcinanie kozom paznokci (praca zespołowa)
– mycie samochodów i traktora (od zewnątrz i od środka)
– malowanie domu i okolicznych zabudowań


Ubranie jeszcze na poranny chłód. Kawał rowu wykopany, zaraz kabel wyląduje w środku, a potem się zasypie.

I tak dzień w dzień. Po jakimś czasie przyzwyczajasz się do tego, że bolą cię mięśnie, których wcześniej nie używałeś, do pęcherzy na dłoniach (ja tam pęcherzy nie miałam – A 😉 ). Nawet się cieszysz, bo i tak właśnie potrzebowałeś nowej skóry. Jedyne do czego nie możesz się przyzwyczaić to cholerne muchy. Wlatują do uszu, nosa, oczu, do ust. Pająki? Węże? A gdzie tam! To muchy są w Australii najgorsze. Nienawidzimy ich ssssskarbie! Ale o czym to ja? Aha. Śniadanie, praca, lunch, dłuższa przerwa, praca, kolacja, spać.  Cztery godziny roboty za wikt i opierunek, a kolejne za…wsparcie moralne i materiał do przemyślenia. Wink, wink, nudge, nudge 😉


Ania maluje sławojkę. Tak na wszelki, gdyby minister na kontrolę przyjechał 😉

Kilka dni przed wyjazdem mieliśmy jeszcze okazję pomagać przy organizacji siedemdziesiątych urodzin Dereka. Impreza na trzydzieści osób, wiele jadła i napitków, namiot, wielku mur z siana, a na dodatek jagnię z rożna. Osobiście nadziewałem, nie jest to łatwa robota. Impreza bardzo się udała. Ania sprawowała pieczę nad platerami przekąsek, a ja pilnowałem, żeby w wannie z lodem i w barku niczego nie zabrakło. Impreza trwała do trzeciej nad ranem, kiedy to córka Tracey ostatecznie zarzuciła pomysł nauczenia się polskiej deklinacji i poszła spać. To co miałem sam przy ogniu siedzieć i patrzeć w gwiazdy?


Pierwsze z wielu. Ania pogłębia rów, by umieścić w nim sadzonkę drzewa oliwnego. Can you dig it?

No dobrze, trochę posiedziałem. Gwiazdy mają tu zupełnie inne (już chyba wspominaliśmy), a tym czym dla nas jest Wielki Wóz, tym dla nich jest Wielki Rondel. Chociaż dla mnie wygląda to raczej jak Wielki Kanister. W każdym razie jest to konstelacja gwiazd Oriona. Orion ma pas oraz miecz, co razem daje rondel.


Impreza się rozkręca. Siedemdziesiątka Dereka rozpoczęta!

Kolejny dzień siłą rzeczy był nieco leniwszy, a dwa ostatnie spędziliśmy głównie na winnicy. Upały zaczęły osiągać już 38 stopni w cieniu, więc czasem nawet późnym popołudniem było zbyt gorąco i zbyt słonecznie na robotę. W końcu nadszedł czas, by pożegnać się z Lauriston i naszymi gospodarzami. Tracey i Derek podwieźli nas na lotnisko, obiecawszy, że za trzy lata dadzą nam znać czy wino wyszło dobre i wyślą zdjęcia drzew oliwnych, które posadziliśmy. Oliwki to rośliny długowieczne, więc jak wszystko dobrze pójdzie owoce naszej pracy będą spożywane długo po tym, jak my już przestaniemy pracować na tym łez padole. Siedząc w hali odlotów i czekając na samolot do Auckland, byliśmy mocno zmęczeni, ale odczuwaliśmy sporą satysfakcję z naszych dokonań. Jak na parszywych mieszczuchów całkiem nieźle się spisaliśmy.


Panie kochany ja nie architekt. Słomę kładę. Każą kłaść to kładę, nie każą – nie kładę.

Marek

2 myśli nt. „W jak Wiktoria, W jak winnica, czyli jak sadziliśmy oliwki”

  1. Szkoda, że efekty Waszej cięzkiej pracy będziecie mogli oglądąć tylko na zdjęciach. Największa frajda jest wtedy, gdy się podgląda, czy już rośnie. A może za parę lat sprawdzicie osobiście, jakie plony daje winnica i gaj oliwny?

    Daliście radę jako fizyczni, gratulacje!

     

Możliwość komentowania jest wyłączona.