Krewetki z bigosem i prawdziwe sztuczne ognie, czyli ostatnie dni w Sydney

Nawiedzone domostwo – Miliony pierogów – Niebiańskie eksplozje – No i znowu w drogę

Chata tylko dla nas okazała się wielce zaniedbanym miejscem z zapuszczonym psem na dodatek, ale przecież nie mamy w zwyczaju wybrzydzać. Jedyną rzeczą, na którą mogliśmy naprawdę narzekać, był brak porządnego snu. Owszem, mogliśmy się wylegiwać do późna, ale chyba nie czuliśmy się w tym domu najlepiej, bo sny mieliśmy męczące i często budziliśmy się w środku nocy. To z kolei przełożyło się na nasze ogólne zmulenie i brak energii. Na szczęście mieliśmy trochę do roboty, więc nie popadliśmy w marazm, a do tego nadeszły w końcu Święta. Jak już napisała Ania, wigilię spędzić mieliśmy w polskim gronie, więc postanowiliśmy zrobić pierogi. Może nie te najbardziej świąteczne, ale liczą się chęci, prawda?

WP_20161224_13_01_12_Pro
Połowa farszu znikła tajemniczo w trakcie lepienia, a i tak pierogów mieliśmy od metra.

Trzeba jednak przyznać, że choć farsz mięsny nie przypominał niczego, co dotąd jadałem w pierogach, to ruskie wyszły nam całkiem nieźle jak na pierwszy raz. Oczywiście zrobiliśmy ich dużo za dużo (podobno powszechny błąd debiutantów), ale wiedzieliśmy, co zrobić z nadwyżką. Wigilia miała pierwotnie odbyć się nie plaży, ale po niecałej godzinie nadchodząca burza zagnała nas do naszego lokum w dzielnicy Glebe, gdzie razem z polonusami żarliśmy pierogi, piliśmy wino i rozprawialiśmy o wielu sprawach. Na przykład o tym, że podróżujemy autostopem i nie, nie widzieliśmy jeszcze "Woolf Creek".

WP_20161224_13_07_17_Pro
Same się nie ulepią

Następnego dnia rano wybraliśmy się na West Pennant Hills, by w dobrze nam znanym i lubianym domu Tony'ego i spółki świętować Boże Narodzenie po australijsku. Co to oznacza? Duży lunch na zimno. Tradycyjnie podaje się nań szynkę, krewetki, sałatkę ziemniaczaną i insze przekąski. Trochę egzotyki wniosła na stół Ania, przygotowując bigos, ale przy trzydziestu stopniach na zewnątrz nie cieszył się wielkim powodzeniem. No nic, próbowaliśmy.

WP_20161225_13_31_22_Pro
Sianka pod obrusem nie uświadczysz.

Na deser podano naleśniki i dom z piernika, który został skonstruowany, a potem wyburzony pod konsumpcję przez Tony'ego i Ali. W końcu to para inżynierów. Tym się parają. Po słodkim część gości wróciła do siebie, a my zostaliśmy przedstawieni niezawodnemu sposobowi na natychmiastowe spalenie świątecznych kalorii. Zagraliśmy mianowicie w grę karcianą "Cards Against Humanity" i prawie zdechliśmy ze śmiechu. Kto zna ten wie, kto nie zna niech spróbuje. Ostrzegamy tylko, że humor uzyskiwany w trakcie rozrywki może być wielce absurdalny, wisielczy lub obrzydliwy. Przynajmniej dla niektórych ;).

WP_20161225_17_09_34_Pro
Ale za to była chatka z piernika, słodkości i innych różności.

Wieczorem wróciliśmy do Glebe, czy też jak mawialiśmy – na glebę, i przez kilka dni nie robiliśmy nic pożytecznego poza pisaniem artykułów i zajadaniem pierogów. Raz wybraliśmy się też z Anią na Bondi Beach, plażę niezwykle popularną wśród surferów, a innym razem skoczyliśmy do kina na "Rogue One". Bilety kosztowały tylko trochę więcej, niż wynosił nasz dzienny budżet, a że mieliśmy jeszcze pierogi w lodówce…

WP_20161224_13_27_06_Pro
Pierogi jedliśmy przez cztery dni i cztery noce.

Ostatni dzień starego roku zaczęliśmy od pożegnalnej kawy z Anią, która wyjeżdżała na Sylwestra do Sunshine Coast. I znowu lata rozłąki. No, może krócej, ale lekkie wzruszenie i tak było. Za to bez większych emocji pożegnaliśmy dom i psinę, by znów wyruszyć na spotkanie z naszą australijską rodziną numer jeden. Tony i Ali postanowili nas bowiem zabrać na piknik w Clarkes Point, skąd mieliśmy mieć wspaniały widok na sztuczne ognie. Jak było naprawdę? Pozwólcie, że zacznę od początku.

WP_20161231_17_38_36_Pro
Na Clarkes Point humory dopisywały na długo przed północą.

Kiedy miałem sześć lat rodzice zabrali mnie i moją siostrę na wakacje do Francji, gdzie podziwiać mogliśmy wspaniałe fajerwerki z okazji 14 lipca. Myślałem wtedy, że nic efektowniejszego w życiu nie zobaczę. Siedemnaście lat później miałem okazję oglądać pokaz sztucznych ogni nad Waszyngtonem, w Dzień Niepodległości. Pomyślałem sobie, że zdecydowanie nic efektowniejszego w życiu nie zobaczę. Trzy tygodnie temu witaliśmy nowy rok, oglądając wspaniały show fajerwerkowy w Sydney i wiecie co? Nie sądzę, żebym w życiu zobaczył coś efektowniejszego ;).

WP_20170101_00_00_46_Pro
Most sydneyski pali się, pali się, pali się…

Wróciliśmy do domu, przespaliśmy się i jeszcze przed południem pochłonęliśmy naleśniki z syropem klonowym na śniadanie. Po tej słodkiej chwili nadszedł czas na pożegnanie z Ali. Napisałbym, że gorzko płakaliśmy, ale Ania już wyjaśniła, że Ali jest najsłodszą osobą na tej planecie i nawet w tak smutnych okolicznościach nie sposób było się nie uśmiechać. W uszczuplonym gronie ruszyliśmy na jedną z podmiejskich plaż, gdzie Ania znowu mogła sobie popływać, a ja posiedziałem na brzegu. Hura. Nie mogę być jednak do końca sarkastyczny, bo poszliśmy jeszcze z Tonym i Jess na krajoznawczy spacer, a potem zjedliśmy wyborny obiad. Może nie byłem w najlepszym humorze, bo wiedziałem, że następnego dnia opuścimy naszą przyszywaną rodzinę.

WP_20170101_15_35_53_Pro
Trochę popadało, ale można było się popluskać.

Co prawda traf chciał, że Veronica jechała z koleżanką w stronę Melbourne i mogła nas wywieźć dwieście kilometrów za Sydney, ale nawet ta dogodność nie umiliła nam perspektywy rozstania. Bardzo nam było markotno, bo w żadnym innym miejscu nie czuliśmy się tak "u siebie". Tony i Jess byli dla nas niczym rodzeństwo, Ali jako szwagierka, a Veronica matkowała nam po prostu wspaniale. Niech no tylko przyjadą do Polski, a ugościmy ich tak, że im bokiem wyjdzie!

WP_20170102_09_35_23_Pro
Rodzinka.au-pl

Marek