Relaks przedświąteczny, czyli Tony jako niegłupi kaowiec

Bez odpowiedzialności – Buszmeni – Łatwopalne wzniesienia – Niech żyje naaaaam!

Kolejne dni w Sydney spędziliśmy z Tonym i jego rodziną. Mama – Veronica oraz siostra Jess zadbały o nas tak, że zachodzi podejrzenie, iż znów przytyliśmy. Karmiono nas, zabawiano grami planszowymi, obwożono to tu, to tam, prowadzono na wycieczki.  Anthony po prostu zdjął z nas ciężar myślenia o tym, co będziemy robić następnego dnia. Poznaliśmy również szalenie czarującą dziewczynę Tony'ego – Ali. Czarująca to zresztą mało powiedziane – w encyklopedii pod hasłem "najsłodszy człowiek na świecie" powinno widnieć jej zdjęcie. W tym, jakże doborowym, towarzystwie spędzaliśmy błogo kolejne dni, na przemian leniąc się i zażywając odpowiedniej dawki ruchu.

WP_20161219_14_38_41_Pro
Wyprawa w busz.

Ponieważ Tony mieszka tuż obok parku narodowego, wybraliśmy się więc we czwórkę na wycieczkę po australijskim buszu. Teren bardzo ładny i malowniczy, nie przedstawiał wielkich trudności, choć w pewnym momencie trzeba było śmignąć przez pień i konary powalonego drzewa. Po drugiej stronie parku Veronica odebrała nas samochodem. Byśmy się broń Boże nie przemęczyli.

WP_20161219_15_23_24_Pro
Klub AAA – Ania, Ali i Anthony. Przeprawili się przez drzewo i cieszą japy.

Na następną wycieczkę Tony zawiózł nas na kilka punktów widokowych, z których mogliśmy podziwiać Góry Błękitne. Jak sama nazwa wskazuje pasmo górskie, oglądane z pewnej odległości rzeczywiście wygląda na niebieskie. Wzniesienia pokryte są bowiem gęsto drzewami eukaliptusowymi. Parujący z roślin olejek daje błękitną mgiełkę o niezwykle aromatycznym zapachu. Jest również, jako substanacja łatwopalna, jedną z przyczyn licznych pożarów w Australii. Wystarczy jedna iskierka i cały las stoi w płomieniach. Co ciekawe pożary, które dla ludzi, jak również dla wielu zwierząt są dramatyczne w skutkach, dla roślin są konieczne. Jak powiedział nam Anthony, wiele gatunków roślin australijskich potrzebuje pożaru, aby się rozmnażać. Jak widać nawet samosiejki lubią tu sporty ekstremalne.

WP_20161221_12_09_05_Pro
Góry Błękitne, a konkretnie formacja skalna zwana Trzema Siostrami.

A propos spraw ekstremalnych – w prawdzie nie spotkaliśmy żadnych jadowitych paskudników, ale za to u Tony'ego naszą sypialnię odwiedziła wielgachna mrówka z takimi szczypcami, że słabo się robiło na sam widok (szczypce jak szczypce, czego się pietrać – M.). Podobno jak dziabnie, to boli pieruńsko. Została jednak złowiona, zanim dobrała się nam do skóry. Przy suficie zaczaił się także pająk z gatunku spachaczów. Jadowite to to nie jest, ale mnie w popłoch wprawiają nawet małe pająki w Polsce, więc przeżycie było mocne. Z resztą tu strach jest racjonalny, bo mimo, że jadowity nie jest, to jak dziabnie, to podobno bardzo boli. Na szczęście również został schwytany, zanim wpadł na pomysł zbliżenia się do mnie, ale przez jakiś czas dreptałam do kibelka schowana za Markiem, bo ta dziadyga czatowała w korytarzu. Oczywiście pająk, a nie Marek. 

WP_20161218_21_43_56_Pro
A oto Antonina. Antonina to zdecydowanie największa mrówka jaką widzieliśmy. Spójrzcie no na szczypce Antoniny.

Wieczorem udaliśmy się na wieczór quizowy – popularną w Australii rozrywkę rodzinną. Wygląda to mniej więcej tak: organizujesz ze znajomkami drużynę, idziecie do klubu, gdzie odpowiadacie drużynowo na pytania. Kategorie mogą być bardzo różne. Przy okazji można wypić piwo i zjeść oraz wygrać jakąś nieszczególnie zatrważającą ilość mamony, czyli kilkadziesiąt dolarów. Jak przyznał sam Anthony, przychodzą tam z rodziną tylko dla pieniędzy ;). Dzień zakończyliśmy wypadem na punkt widokowy, z którego można było podziwiać pięknie podświetlony budynek sławetnej opery.

WP_20161220_22_35_21_Pro
Opera, Most Milenijny, Sydney by night.

Kolejny wieczór, który zorganizował Tony jeszcze bardziej podniósł nasze i tak już radosne nastroje. Typowa domowa imprezka, gdzie pojadaliśmy kiełbaski, popijaliśmy piwo i poznaliśmy bardzo sympatycznych znajomych naszego gospodarza. Była też niespodzianka dla Marka, który dostał tort urodzinowy, taki prawdziwy, ze świeczkami. Wszyscy też odśpiewali mu "Happy Birthday!", a także tradycyjną piosenkę z krainy Oz. W Australii jest tradycją, że solenizant po wysłuchaniu pieśni na jego cześć i zdmuchnięciu świeczek powinien duszkiem wypić trzymany w ręku napitek. Reszta kibicuje. Markowi nie trzeba było dwa razy powtarzać :).

WP_20161222_21_08_07_Pro
Przed śpiewami i piciem na hejnał musiałem wygłosić spontaniczną mowę. Dobrze, że przed, a nie po.

Następnego dnia pożegnaliśmy na pewien czas gościnne progi. Mieliśmy powrócić do Anthony'ego na pierwszy dzień świąt oraz na Sylwestra. Zbliżała się Wigilia, więc wieczór 24 grudnia postanowiliśmy spędzić w gronie rodaków. Nasza przyjaciółka Ania organizowała wieczorek wigilijny na plaży, a następne kilka dni mieliśmy opiekować się psem jej znajomych, którzy wyjeżdżali na święta. Dawo już nie mieliśmy "chaty dla siebie", a tu dostaliśmy takową, więc wdzięczność nasza dla Ania nie znała granic. Z tej wdzięczności postanowiliśmy wyszykować wygilijne pyszności. Już w krótce napiszemy jak nam wyszło.

Ania