Sydneeeeeeeeeey, czyli spotkania po latach

Trzydziestka na antypodach – Wilczy Potok – Człowiek z krainy kiwi – Anny dwie – Anthony jeden

13 grudnia obudziłem się nieco ciężkawy, bo mecz siatkówki poprzedzony był porządną rozgrzewką. Przez ostatnie cztery miesiące schudłem i nabrałem wprawy w chodzeniu z 15 kilowym plecakiem, ale sprinty to jednak co innego, więc naprawdę poważnie się wymęczyłem. Znowu wstaliśmy wcześnie, bo Lara jechała do pracy, a my chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Sydney. Zostaliśmy podrzuceni na stację benzynową przy drodze wyjazdowej na autostradę, a po niedługim czasie złapaliśmy pierwsza okazję. Debbie, rentierka i autorka książki obyczajowej, połączonej z dramatem psychologicznym (długo by tłumaczyć), zostawiła nas na stacji serwisowej, już na trasie głównej. 

wp_20161214_22_47_24_pro
Zdjęć z drogi nie zrobiliśmy, więc od razu zaczniemy wrzucać fotki z miasta. Spoilers! 😉

Zrobiliśmy sobie krótką przerwę. W łapaniu okazji pomogła nam ciężarówka, która zepsuła się z wdziękiem blokując jedyny wyjazd na autostradę. Ludzie w bardzo długiej kolejce samochodów mogli nam się dobrze przypatrzeć i dobrze przemyśleć swoje dobre chęci. W końcu podszedł do nas Nigel, bardzo sympatyczny (no bo jak inaczej) rudzielec, który okazał się pracownikiem firmy sprzedającej sprzęt górniczy, również do Polski. Gawędziliśmy sobie przyjemnie, a Nigel nie omieszkał zadać nam standardowego pytania, które zadawał nam prawie każdy nasz kierowca i każda osoba, która dowiadywała się, że podróżujemy autostopem. "Czy widzieliście Wolf Creek?". 

wp_20161217_17_47_37_pro
Dobra perspektywa na ratusz miejski wzdłuż Queen Victoria Building 

Okazuje się, że jakiś czas temu, w Australii żył seryjny morderca, który zabijał m.in. autostopowiczów, a jego historię przeniesiono na ekran. Po raz pierwszy w roku 2005, drugą część można było obejrzeć osiem lat później, a w tym roku światło dziennie ujrzał 6 – odcinkowy serial. Oczywiście w związku z tematyką, trafił na naszą listę filmów do obejrzenia.

wp_20161217_17_24_59_pro
Budynek Królowej Wiktorii. Stoi przed nim pomnik królowej Wiktorii. Królowa Wiktoria, wyprzedza królową Wiktorię, a za nią królowa Wiktoria…

W końcu wjechaliśmy jednak do Sydney – sukces! Prawie trzy tygodnie autostopowania po Australii i dotarliśmy do punktu docelowego nr 1. Zabawna sytuacja, wysiadamy, żegnamy Nigela, ruszamy przed siebie, spotykamy pierwsze osoby w Sydney – kobieta idzie chodnikiem z małą córeczką. Przechodzą sobie takie koło nas i oczywiście okazuje się, że mówią do siebie po polsku. Uśmialiśmy się z tego nieźle (ale umiarkowanie). Oczywiście powiedzieliśmy dzień dobry i ruszyliśmy dalej.

wp_20161217_17_23_43_pro
Ratusz miejski, tym razem z bliska.

W mieście gorąco jak diabli, a do przejścia mieliśmy jeszcze trochę. Wytopiliśmy więc nieco tłuszczu (taką mam przynajmnej nadzieję) i dotraliśmy do domu Justina. Justin to nasz przyjaciel, którego Ania poznała ponad dziesięć lat temu na wakacjach w Bułgarii. Nowozelandzki Maorys, były gracz rugby, zapalony podróżnik, który zjeździł Europę, Azję, Amerykę Południową i część Afryki, a szczególnym sentymentem darzy Polskę.

W ostatnim czasie widywaliśmy go dosyć często, bo to i na weselu, i niedługo przed wyjazdem, kiedy już zbierał się na dłuższy pobyt w domu. Zanim dotarł na antypody przejechał przez Azję, zahaczając o Gruzję i Kirgistan, niejako przecierając nam szlaki. Zatrzymaliśmy się u niego na pięć dni i było to pięć dni odpoczynku absolutnego. Tego psychicznego i tego fizycznego również. Spotykaliśmy już w drodze znajome twarze, ale teraz mogliśmy być po prostu u siebie. Pokój Justina nie był duży, ale wciąż lepiej nam tam było niż w willi z basenem. Z całym szacunkiem dla Lachlana ;). Rozmowy, wspólne gotowanie, zakupy, oglądanie filmów, krótkie wypady do miasta, granie na konsoli (w końcu zagrałem w "The Last of Us") albo po prostu nic-nie-robienie wypełniły nam dni.

wp_20161213_18_37_26_pro
Srebro skrzy się już na skroniach…

Najpierw jednak, gdy odpoczęliśmy trochę po podróży, Justin zabrał nas na kolację urodzinową do miejsca bardzo dla Australii charakterystycznego. Było to coś na kształt kasyna, połączonego z klubem, połączonego z nie jedną, a wieloma restauracjami. Na całość mówi się po prostu "club". Żeby wejść, trzeba się wylegitymować, ale nie trzeba być członkiem. W niektórych częściach obowiązuje dress code, ale w Australii oznacza to zwykle tyle, że nie można przyjść w klapkach. W większym mieście każda dzielnica będzie mieć przynajmniej jeden taki przybytek, a zwykle więcej – o różnych grupach docelowych i różnej wielkości. 

wp_20161213_20_26_57_pro
Ale apetyt nadal dopisuje! Kolacja z masą cholersterolu, żeby uczcić trzeci krzyżyk.

Zwiedziliśmy, przypatrzyliśmy się restauracjom i pubom, decydując się ostatecznie na knajpę, w której mieli dobry wybór piw, smaczne frytki i hamburgery z soczystą wołowiną. Jakoś nie miałem ochoty na nic bardziej fikuśnego. Wszystko było pyszne, a piwa mieli naprawdę porządne, co rzadko się tutaj zdarza. Wróciliśmy do domu i walnęliśmy się spać, bo nazajutrz czekało nas kolejne urodzinowe piwo, tym razem z Anią.

wp_20161214_23_24_10_pro
Polski wieczorek w Sydney. Z odrobiną świątecznego nastroju.

Nie widzieliśmy jej od trzech lat, kiedy to wyjechała do Australii, zostawiając nas i jeszcze kilka innych osób w wielkim żalu oraz bólu ogromnym. Kto ją zna, ten wie, że zawsze zagada, zawsze rozbawi i poczęstuje zaraźliwym śmiechem. Długa rozłąka i trzydziestka – było co opijać, ale nie było za dużo czasu. Jedno piwo, a potem wieczorny spacer po centrum Sydney poprawiło nam jednak i tak już bardzo dobre humory. 

wp_20161218_17_19_50_pro
Świąteczny nastrój przybrał na sile w momencie kiedy znaleźliśmy kapustę kiszoną na bigos ;).

Kolejne dni dzieliliśmy między leniuchowanie u Justina, który też zabrał nas na spacer po centrum, a…leniuchowanie u Justina! Ania mogła trochę poczarować w kuchni, ja w małym stopniu zaspokoić głód gracza, a oboje po prostu porządnie się wyspać i niczym nie przejmować. W końcu przyszedł jednak czas na opuszczenia tych gościnnych i przyjacielskich progów, by zamienić je na inne gościnne i przyjacielskie progi.

wp_20161217_18_40_31_pro
Oczywiście nie mogło zabraknąć opery. 

Otóż tak się składa, że na przedmieściach Sydney (które składa się głównie z przedmieść) mieszka nasz wspaniały przyjaciel Anthony. Nasz wspaniały przyjaciel Anthony to australijski florecista, który lata temu przyjeżdżał do Polski ze swoimi kolegami i koleżankami z klubu, a także polskim trenerem, na długie obozy treningowe. Warszawa służyła im też za bazę wypadową na europejskie puchary świata juniorów. Sześć lat już będzie jak się nie widzieliśmy. Szmat czasu. Zwłaszcza, że Tony miał wtedy lat 18, czy 19, a teraz jest już poważnym człowiekiem, dobijającym ćwierćwiecza. 

wp_20161217_17_38_41_pro
Nie mogło też zabraknąć okrętu wojennego. HMS Vampire.

Zanim jednak doszło do przenosin, Ania postanowiła zabrać nas na przejażdżkę po Royal National Park. Przeszliśmy się po buszu, zobaczyliśmy naprawdę wzburzone morze, bo pogoda była bardzo niespokojna, a na koniec nie dotarliśmy do Figure Eight Pools, bo fale były zbyt wysokie. Szkoda, bo na zdjęciach wyglądają bardzo pięknie. Cała eskapada zajęła nam dobrych kilka godzin, i późnym popołudniem zajechaliśmy do rodzinnej chałupy Tony'ego, gdzie mieliśmy spędzić kolejne pięć dni. 

wp_20161218_15_00_29_pro
A tak cieszyły się dziewczyny, kiedy dowiedziały się, że zdjęcie trafi na blog.

Marek

2 myśli nt. „Sydneeeeeeeeeey, czyli spotkania po latach”

  1. Dotychczas jak patrzyłem na mapę Australii to wydawała mi się możliwa do przejechania przez jeden dzień (oczywiście nie autostopem;p)…max 1000km "wysokości"

    Jednak jak przeczytałem, że pokonywaliście ją 3 tygodnie to sprawdziłem na mapie, że to ponad 2600 km! szacun…

    1. Dzięki 🙂 A zrobiliśmy nawet więcej 😛 Teoretycznie możnaby to przejechać w dwa, trzy dni, zabierając się z tirowcami, ale po co tak gnać? 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.