Autostop na raty, czyli podróż do Kutaisi

Podróż na drugi zamiar – Niespodziewany koniec trasy – Polka i Gruzin – Tylko we Lwowie

Drogę do Kutaisi rozpoczęliśmy kursem w autobusie miejskim. Wysiedliśmy przy porcie handlowym i podreptaliśmy do dworca kolejowego. Głównie po to, żeby stracić trochę wody, ale przy okazji sprawdziliśmy ceny biletów kolejowych. Na trasie Batumi-Kutaisi bywają tańsze niż 20-minutowy przejazd w Warszawie. Oparliśmy się jednak pokusie i drałowaliśmy dalej aż do miejsca, w którym zakończyliśmy naszą pierwszą jazdę autostopem. Znowu nie minęło dziesięć minut i zatrzymał się uczynny kierowca. Niestety nie jechał do Kutaisi, ale podrzucił nas do Kobuleti – takiej przerośniętej Juraty.

WP_20160820_09_09_33_Pro
Pożegnaliśmy tedy Reggae Hostel…

Miejsce na złapanie kolejnej okazji było więc wyśmienite, bo sporo ludzi wracało z wywczasu, ale czekała nas przykra niespodzianka. Na kolejną podwózkę musieliśmy czekać aż dwadzieścia minut! Doprawdy niezrozumiałe opóźnienie. 😉 Samochód miał jednak klimatyzację i przeurocze małżeństwo na przednich siedzeniach (częsty zestaw standardowy), więc wybaczyliśmy tę fatalną zwłokę i daliśmy się powieźć. Pogadaliśmy o pogidzue, krajobraie, wypadkach na drodze, czyli typowa konwersacja samochodowa. Mijaliśmy kolejne stada krów, idących do Drzewa, gruzińskie hacjendy od frontu drewniane lub murowane, a z boków wykończone blachą. 

WP_20160819_12_33_13_Pro (1)
Pożegnaliśmy też Batumi, chmury drapiące

Koniec trasy przebiegł nam w wyjątkowo wesołej atmosferze. Nasz wspaniały kierowca (oby…sami wiecie co) postanowił nie wlec się za ciężarówką wyładowaną gruzem i zamiast jechać obok lotniska umknął drogą do Tbilisi, z której później miał zjechać do Kutaisi. Jakież było jego zaskoczenie, gdy okazało się, że zjazd nie jest jeszcze ukończony. Sunęliśmy więc po piachu, żwirze i wertepach podobnie jak kilka innych zagubionych samochodów, unikając kolizji z pojazdami do robót drogowych. Kurzyło się, wytrzęsło nas pieruńsko, ale zawieszenie wytrzymało. Zwłaszcza żona kierowcy była bardzo rozbawiona całą sytuacją. Odwróciła się do nas i spuentowała: "No to już wiecie jak u nas wyglądają autostrady". Kiedy wreszcie wróciliśmy na asfalt, zapytała gdzie mają nas wysadzić. Powiedziałem, że tak jak im będzie najwygodniej, bo nie chcemy robić problemu, a ona na to: "To nie żaden problem, jesteście naszymi gośćmi". Przed szczerym sercem nie obroni się żadna kurtuazja – podaliśmy adres naszego hostelu i po kilkunastu minutach żegnaliśmy dobrodziejów rzewnymi łzami.

Jako, że na couchsurfingu znowu nie dopisało nam szczęście, postanowiliśmy się zatrzymać w hostelu "Stary Lwów", który współprowadzi Sara – Polka z Bydgoszczy. No nie uciekniesz ;). Niestety w związku z nietypową numeracją ulic w mieście, mieliśmy drobne problemu z trafieniem na miejsce. Pytaliśmy miejscowych, ale najpierw każdy udzielił innej odpowiedzi, a później zebrało się niewielkiej wielkości konklawe, złożone z pięciu mężów i jednej babinki, krzyczącej coś z głębi swojego pokoiku na parterze. Ostatecznie udało nam się dodzwonić do Sary i ta, razem z twórcą hostelu – Davidem, odebrała nas z pobliskiej stacji benzynowej. 

WP_20160821_16_32_35_Pro
Sara i David. Anioły ze Starego Lwowa.

"Stary Lwów" to miejsce przyjazne ludziom, tak jak przyjaźni ludziom są jego prowadzący. Sara i David starają się jak najlepiej przyjąć i nie tylko przenocować, czy zapewnić trochę wody do mycia, ale również ugościć. Jak sami mówią, nie śpią zbyt dużo, ale energii mają za stu. Każdemu pomogą, z każdym pogadają, zjedzą, napiją się, czasem wyjdą na miasto. Zresztą Sara sama jest zapaloną podróżniczką (prowadzi blog Zawód: Włóczykij) i bardzo dobrze rozumie wszelkie dole, niedole i perypetie ludzi, którzy się u niej zatrzymują. David to Gruzin, ale jego przodkowie przyjechali ze Lwowa – stąd nazwa hostelu.

WP_20160820_19_52_52_Pro (1)
Przez dwie pierwsze noce spaliśmy na tej kanapie

Obsada łóżek iście międzynarodowa. Chiński Japończyk (czy japoński Chińczyk?), dwóch Anglików podróżujących do Australii na motocyklach, para Włochów (także motocykliści) dzięki którym nad ranem można napić się pysznej kawy. Litwini, Polacy, można wybierać 🙂 Skwar panujący w mieście (38 stopni w cieniu – bagatela) nie przeszkadza wszystkim utrzymywać się w dobrych humorach i wymieniać się podróżniczymi opowieściami. Kutaisi przywitało nas więc bardzo gorąco, przy akompaniamencie około dwóch milionów świerszczy (ależ one nadają!) i w domowo-podróżniczej atmosferze "Starego Lwowa".

WP_20160821_09_14_42_Pro
Balkon. Gruszkek nie jemy, ale późnym wieczorem łapiemy promile chłodu.

Marek