Las deszczowy i zwierzyniec, czyli jak przyroda Australii​ w końcu się objawiła

Deszczowy las deszczowy – Zwierzaki z torbami – Siła oceanu – Gierki na piasku

Do tej pory mieliśmy sporo szczęścia, jeśli chodzi o gospodarzy, a stawka została jeszcze bardziej podbita przez kolejnych. Karl okazał się bardzo sympatycznym i zabawnym nerdem. Informatyk z zawodu, wiadomo. Pogadaliśmy o grach, kinie, serialach. Zrelaksowaliśmy się oglądając filmy z jego kolekcji. Karl był dodatkowo tak miły, że zabrał nas swoim samochodem na wycieczkę.

wp_20161210_11_39_11_pro
Mgły lasu deszczowego.

Samo Coffs Harbour znane jest przede wszystim z pięknych plaż (a to nowość) i rezydencji Russella Crowe'a (na couchsurfingu jednak go nie ma), ale wystarczy wskoczyć kilkanaście km za miasto i wjeżdża się do parku narodowego. Można pospacerować po lesie deszczowym. Niestety, pogoda nie była tego dnia po naszej stronie. Nad lasem rozpościerała się gęsta mgła, która zmieniała się co jakiś czas w drobny, nieco dokuczliwy deszcz. Co robić? Las deszczowy postanowił nam pokazać, że jest faktycznie deszczowy, więc w sumie nie ma co marudzić. Zwłaszcza, że zaraz potem skoczyliśmy na piękną plażę, gdzie mogliśmy podziwiać potężne fale Pacyfiku. Niestety tym razem zbyt wielkie, by można było się w nich kąpać. Wystarczyło wejść po kostki do wody, żeby wiedzieć, że wejście dalej może grozić śmiercią lub kalectwem. Jednakowoż widok był niesamowity. Białe pióropusze fal z hukiem rozbijające się na przybrzeżnych skałach – coś wspaniałego.

wp_20161210_12_56_27_pro
Straszne z nich bałwany.

Następny przystanek – Newcastle. Tym razem dostaliśmy nagrodę za dobre sprawowanie – podwózkę złapaliśmy w tempie ekspresowym. Karl był tak miły, że zawiózł nas na stację benzynową przy autostradzie, a po kilkudziesięciu minutach siedzieliśmy w samochodzie z parą przesympatycznych Francuzów z Montpellier. Jechali aż do Sydney, ale podrzucili nas po drodze do Newcastle. Kucharze z zawodu, przebywają w Australii na wizie typu "pracuj i zwiedzaj". Gadaliśmy zatem o jedzeniu, piciu i o wszystkim co nam do głowy wpadło. Wesoło dobrnęliśmy do domu naszej kolejnej gospodyni – Lary, która mieszka w Newcastle ze swoją dziewczyną i dwoma czarującymi psiakami.

wp_20161211_15_06_10_pro
Glawdys i Pierre jechali prosto do Sydney, ale my mieliśmy jeszcze zaplanowany pobyt w Newcastle.

Lara była na prawdę kochana. Zabrała nas najpierw na wycieczkę do miejsca, gdzie można spotkać dziko żyjące kangury. Opowiedzieliśmy jej bowiem, jak to fauna australijska omijała nas dotychczas szerokim łukiem. Zabraliśmy więc worek marchewek i ruszyliśmy na skraj lasu, gdzie, jak zapewniała Lara, mieszkają kangury szare. Rzeczywiście, tym razem nie zawiedliśmy się w naszych nadziejach. Całe stado dzikich, ale bardzo przyjaźnie nastawionych kangurów z wielkim zaangażowaniem zabrało się za jedzenie przyniesionych przez nas marchewek. W nagrodę za prowiant dawały się nawet głaskać. Moim szczególnym zainteresowaniem cieszyła się samiczka z młodym kangurem w torbie, który nonszalacko wystawiał na świat głowę oraz jedną z tylnich nóg. Wyglądało to po prostu przekomicznie.

wp_20161212_12_33_28_pro
What's up Doc?

wp_20161212_12_28_43_pro
Kangurzyca z kangurzątkiem. Ktoś tu pójdzie z torbami.

Następnie wybraliśmy się do niewielkiego ogrodu zoologicznego, który znajduje się w pobliżu Newcastle, by zobaczyć niedźwiadki koala. Lara powiedziała nam, że zobaczenie misia w stanie dzikim jest dosyć trudne. Koale siedzą bowiem wysoko na drzewie i prawie cały czas śpią. Zoo było kameralne, ale bardzo sympatyczne. Oprócz osławionych misiów zobaczyliśmy też wombaty i wiele gatunków ptactwa.

wp_20161212_15_39_01_pro
Drzemiące koala w kameralnym zoo o bardzo niefortunnej nazwie "Blackbutt".

Zgodnie z przewidywaniami mogę przyznać, że misie koala są w prawdzie bardzo słodkie, ale nudne jak flaki z olejem. Jeden z niedźwiadków w czasie naszych odwiedzin postanowił wprawdzie wykonać szaleńczą ewolucję i przeniósł się z jednej gałęzi na drugą. Zaraz jednak znowu zapadł w sen, a Lara pogratulowała nam szczęścia, że w ogóle zobaczyliśmy jak miś się rusza.

wp_20161212_15_44_36_pro
Papuga jak papuga. Wszędzie tu pełno tego tałatajstwa , co spać nie daje.

Poznaliśmy też bardzo sympatyczną mamę Lary, która postanowił nas nakarmić. Mamy już tak mają. Zjedliśmy zatem pyszny lunch. Szczególnie wspaniałe były oliwki, faszerowane serem. Chyba najlepsze jakie jadłam w całym swoim życiu. Mam teraz taką traumę, że już mi żadne nie będą tak smakować. Ehhh. 

wp_20161212_13_32_03_pro
Nie me jak u Mamy…Lary.

Późnym popołudniem wybraliśmy się z Larą na plażę. Muszę przyznać, że plaża w Newcastle dostarczyła mi najwięcej radości ze wszystkich odwiedzonych do tej pory. Po pierwsze – były cudowne, wysoki fale, jednak nie tak wielkie, żeby nie można było wejść do wody. Pół godziny czystej frajdy. Uwielbiam niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju uczucie, gdy silna fala pozbawia mnie na chwilę kontroli nad ciałem, pcha z całej siły w stronę brzegu i nie mogę przed nią uciec. Mogę się tylko poddać, być w zgodzie z tą niezwykłą siłą. Wszyscy Australijczycy, którym opowiadam jaka to dla mnie radość, twierdzą, że powinnam spróbować surfingu. Kto wie…

wp_20161212_17_59_04_pro
Plaża bardzo przyjemna i nieszczególnie zaludniona, a do tego wspaniałe fale.

Marek, który do włażenia do wody podchodzi z, delikatnie mówiąc, dużym dystansem, na szczęście się nie nudził. Na plaży odbywał się bowiem traning siatkówki plażowej. Lara przychodzi tu co tydzień, żeby towarzysko sobie pograć. Kiedy więc wróciłam na plażę po kąpieli Marek właśnie rozgrywał zacięty mecz "chłopacy na dziewczyny!". Z wielkim zainteresowaniem śledziłam zmagania. Zwłaszcza, że spotkanie nie było jednostronne i w pewnym momencie obie drużyny szły łeb w łeb. Niestety chłopcy przegrali, ale tylko dwoma punktami, więc wstydu nie było 😉

Ania

2 myśli nt. „Las deszczowy i zwierzyniec, czyli jak przyroda Australii​ w końcu się objawiła”

  1. Chlopcy przegrali, bo dziewczyny są w sumie we wszystkim bardziej sumienne, więc sie do gry przykladaly.

     

  2. Aniu, czy się w końcu opaliłaś, bo zawsze mówiłaś, że słońce Cię nie bierze? Ze  skypem nadal są kłopoty, serwis nie pomógł. Musimy sobie radzić inaczej. Ucałowania pa pa

Możliwość komentowania jest wyłączona.