Droga przez mękę, czyli męki w drodze

Ze stolicy bydła na wybrzeże – Król Queenslandu – Syzyfowa droga – Trzech wybawców – Królowa nocy

Jak się pewnie domyślacie, w związku z tym, że w Rockhampton spróbowaliśmy goon i spędzaliśmy czas w imprezowym gronie, nie zobaczyliśmy właściwie nic. Samo miasto nie jest zresztą ciekawe. Słynie przede wszystkim z tego, że jest stolicą bydła w Queensland. Chodzi oczywiście o krowy. Jako, że Ben musiał wyjechać do pracy wcześnie rano, wstaliśmy bladym świtem, co przy autostopowaniu zawsze popłaca. Zwłaszcza, że do przejechania mieliśmy tym razem dłuższy dystans. Do Maroochydore, mieliśmy ponad 400 km.  Niestety tego dnia musieliśmy przejść 9 km do miejsca, gdzie łapanie okazji miało większy sens, a potem przyszło nam trochę poczekać. Pierwsza podwózka podrzuciła nas tylko trochę dalej, a potem nastąpiły dwie godziny czekania. 

Na szczęście nauczeni jedną, niewielką wpadką z opalaniem, zaopatrzyliśmy się w krem z filtrem 50+, ale stanie w pełnym słońcu, tuż przed południem i tak do najzdrowszych ani najprzyjemniejszych nie należy. Co jednak było robić? Na szczęście zanim skończyła nam się woda zatrzymał się przy nas duży jeep, a w nim para australijskich "bogan", czyli ichnich "rednecks". Nie zrozumieliśmy wszystkiego, co mówili, ale byli bardzo przyjaźni (też mi nowość) i podrzucili nas na stację benzynową, gdzie mieliśmy dostęp do wody, cienia i kierowców. Odpoczęliśmy trochę, napiliśmy się i postanowiliśmy uderzyć na wprost, czyli nie łapać na kciuk, tylko pytać bezpośrednio. Już za drugim razem sztuka się udała. Kierowca jechał nawet do Maroochydore, ale niestety dopiero następnego dnia. Podwiózł nas 50 km i zostawił w całkiem korzystnym miejscu, gdzie mogliśmy nagabywać kierowców przy stacji benzynowej albo łapać bezpośrednio z drogi.

wp_20161206_11_14_29_pro
Krótki odpoczynek w zbawiennym cieniu

Tym razem poszło jak z płatka. Jeden z kierowców podsłuchał rozmowę Ani z pewną kobieciną i powiedział, że jedzie do Brisbane, więc może nas wyrzucić po drodze. Rzucił jeszcze, że musi poczekać 10 minut, bo regulaminowa przerwa, ale żebyśmy poczekali przy jego wozie. Oto wóz:

wp_20161206_12_04_29_pro
Nasz nowy Volvo, czyli 25 metrów, 70 ton i bardzo wygodna kabina 🙂

Spełniło się więc kolejne, wielkie marzenie Ani – miała podróżować wielgachną ciężarówą. Andy, nasz kierowca, dbał bardzo o to, by podróż zleciała nam w jak najlepszych humorach i przy jak najlepszej muzyce. Jeździ ciężarówkami już 35 lat, sporo w życiu widział, sporo przeżył, a że nigdy nie ruszał się poza Australię, wie wszystko najlepiej i nie sposób z nim dyskutować ;). Nie było to jednak konieczne. Andy rozśmieszał nas co chwila kawałami, anegdotami, opowieściami o Qeenslandzie, a to wszystko przy akompaniamencie Creedence Clearwater Revival. Bawiliśmy się naprawdę wspaniale i żal było wysiadać. Jeszcze na odchodnym Andy zostawił nam numer telefonu i powiedział, że gdybyśmy jadąc dalej za kilka dni utknęli w okolicach Brisbane, mamy śmiało dzwonić, bo on i tak nie będzie mieć nic do roboty. Przyjedzie po nas swoim zielonym porszakiem i podrzuci kawałek. Nawet gdyby miało to oznaczać, że przekroczy granicę między Queensland i Nową Południową Walią. 

wp_20161206_12_04_15_pro
Ania bardzo ucieszona takim potworem. Ciężarówką też.

W Maroochydore nie zobaczyliśmy wiele, bo dopadła mnie mała niestrawność, ale mogliśmy bardzo wygodnie odpocząć w mieszkaniu Laury i Mirko, pary Niemców. Niestety przyjechaliśmy w tygodniu, więc zbyt wiele się nie pointegrowaliśmy, ale wieczorami mogliśmy miło pogadać, a Laura podwiozła nas na autostradę, jadąc do pracy. Niestety na stację benzynową miała za daleko, więc wylądowaliśmy przy bardzo szybkim odcinku Bruce Highway, która przestała być jednopasmową ścieżynką,a przedzieżgnęła się w motorway z prawdziwego zdarzenia. Samochodów od groma, ale wszystkie grzały naprawdę szybko, więc trudno było coś zatrzymać. Poszliśmy więc przed siebie, szukając trochę lepszego i bezpieczniejszego miejsca.

wp_20161207_19_18_31_pro
Laura, Ania i kolacja.

Niedługo potem ulitował się się nad nami gentleman z RPA – podwiózł na stację benzynową i postawił kawę. Pół godziny później podeszła do nas kobieta i sama zaproponowała podwiezienie w okolice Brisbane, dokąd podróżowała ze swoją siostrą. Bardzo sympatycznie się gawędziło, a panie wyrzuciły nas w bardzo wygodnym miejscu, ale znajdującym się nie przy tej drodze co trzeba, a do tego przy pasie, jadącym w przeciwnym niż my kierunku. Droga do Coffs Harbour, prawie 500 kilometrowa, miała się trochę skomplikować. Pogłowiliśmy się trochę nad wyjściem z sytuacji, a potem zdecydowaliśmy się skontaktować z Andym. Odpisał, że za godzinę powinien pojawić się na horyzoncie,  jadąc bokiem i zostawiając za sobą kłęby dymu. 

wp_20161208_06_53_56_pro
Kawa kupiona przez kierowcę smakuje dwa razy lepiej 🙂

Jak powiedział, tak zrobił. Może bez tych kłębów. Znowu było nam bardzo wesoło, Andy wyłożył nam kilka swoich niezaprzeczalnie prawdziwych teorii o życiu,  śmierci i życiu po śmierci, a następnie wydał z siebie przerażający wrzask, który niechybnie oznaczał, że wjechaliśmy do Nowej Południowej Walii. Na całe szczęście nie spłonęliśmy od tego na popiół, za to Andy podrzucił nas do naprawdę wielkiej stacji serwisowej. Parking jak się masz, restauracje całodobowe, prysznice, masa ludzi. Dziękowaliśmy mu długo i wylewnie.  W końcu znowu uratował nam zadki i wydawało się, że dalsza droga będzie tylko formalnością. 

wp_20161206_17_59_50_pro
Andy, czyli najlepszy kierowca ciężarówek na południe od bieguna północnego! Zdjęcie zrobione po pierwszej podwózce.

Niestety szło nam jak po grudzie. Po dwóch godzinach czekania, byliśmy trochę zniecierpliwieni, więc skorzystaliśmy z pierwszej okazji, by chociaż trochę posunąć się naprzód. Upewniliśmy się, że kierowca będzie mógł nas dowieźć do jakiejś stacji, podobnej do tej, na której akurat byliśmy i…okazało, się, że kierowca się pomylił. Miejsce było fatalne, nie przy samej autostradzie, ludzie jechali właściwie tylko do pobliskiego Byron Bay. W końcu machnęliśmy ręką i powiedzieliśmy sobie, że może przy wyjeździe z miasta będziemy mieli lepsze szanse. Ehhhh…

wp_20161206_13_37_32_pro
Niestety widok z kabiny Andy'ego był już tylko odległym wspomnieniem…

Nikt, po prostu nikt nie jechał dalej na południe. Wszyscy na zachód albo północ. Kolejne godziny bezowocnego autostopowania, słońce powoli zbliżało się do horyzontu, więc podjęliśmy decyzję, że jeśli będzie okazja, to cofniemy się do wielkiej stacji serwisowej, na którą podrzucił nas Andy. To raptem 40 kilometrów, szanse będziemy mieli większe, a w razie czego jedzenie i spanie na wyciągnięcie ręki. Niestety nikt nie jechał aż tak daleko na północ i kiedy już zaczęliśmy planować jak zorganizować sobie nocleg w Byron Bay, zatrzymała się Toyota z kolejnym naszym wybawcą. Bez był Izraelczykiem, który prawie całe życie spędził jeżdżąc po świecie, a ostatnie 16 lat mieszka w Brisbane. Jak twierdzi, wiele podróżował autostopem, więc teraz zawsze wypatruje ludzi przy drodze i pomaga. Aj waj!

Mimo, że jechał do Brisbane, zgodził się na chwilę zawrócić do znajomej nam już stacji. Sytuacja była kiepska, ale ostatni epizod podniósł nas na duchu i z lżejszym sercem próbowaliśmy wykorzystać ostatnie promienie słoneczne, by złapać okazję. Nie udało się, a do tego zaczęło padać. Wzięliśmy plecaki na bary i wycofaliśmy się do wnętrza, żeby zjeść coś ciepłego. Usadowiliśmy się wygodnie, karton z napisem "Coffs Harbour" ustawiliśmy tak, by jak najwięcej ludzi go widziało i czekaliśmy. Zaznajomiliśmy się w tym czasie z polskim Amerykaninem, który dorabiał sprzątając na stacji. Pogadaliśmy raz, drugi, postawił nam kawę, pozwolił uzupełnić wodę w pokoju dla personelu. Wyglądało na to, że noc spędzimy w średnich warunkach, ale wśród życzliwych ludzi. 

wp_20161208_18_50_49_pro
Fotografia zawiera lokowanie produktu.

Oczywiście już wcześniej nawiązałem kontakt z gospodarzem w Coffs Harbour, przepraszając za sytuację i pytając czy możemy do niego dołączyć nazajutrz. Odpowiedział, że nie ma problemu, a gdybyśmy dojechali w nocy, to mamy po prostu głośno zapukać. Ania na dobrą sprawę już spała, a moje oczy też zaczynały się kleić, kiedy usłyszałem głos, jakby z zaświatów: "Going to Coffs?". Uniosłem głowę i zobaczyłem uśmiechniętą blondynkę, która oznajmiła, że nie ma za dużo miejsca w samochodzie, ale jedzie do Coffs Harbour i chętnie nas zabierze. Ależ się ucieszyliśmy! Pożegnaliśmy się szybko z Amerykaninem i zapakowaliśmy do samochodu naszego trzeciego wybawcy. 

Katie należy do tych kierowców, którzy kochają podróżować nocą, trasę do Coffs robi regularnie i zawsze zatrzymuje się na "naszej" stacji, żeby zatankować i coś przekąsić. Ależ się ucieszyliśmy! Aż zapomnieliśmy, że chce się spać. Oczywiście nie wypadało też nie dotrzymywać towarzystwia kierowcy. Gadaliśmy więc o filmach (Katie to prawdziwa kinomanka) i muzyce, a skoro rozmawialiśmy o muzyce, Katie puściła swoją playlistę, która równie dobrze mogła być moją playlistą. Czyli kapitalny gust muzyczny posiada ;).

Rozmawialiśmy i śpiewaliśmy na przemian, w szampańskich humorach mknąc do Coffs Harbour. Poznaliśmy się trochę lepiej i przy okazji standardowych pytań o pracę, usłyszeliśmy od Katie, że jest prostytutką. Żartowała tego wieczoru wiele razy, a po ciszy jaka zapadła w samochodzie, roześmiała się bardzo głośno, ale okazało się, że owszem, to właśnie jest jej zawód. 

Pierwszy raz przyszło nam rozmawiać z osobą pracującą, jak to ona ujęła, w seks biznesie, więc nie bardzo w pierwszej chwili wiedzieliśmy jak ugryźć temat. Katie była jednak tak pozytywna i tak otwarta, że nie czuliśmy się nieswojo. Skupiliśmy się głównie na prawnych i społecznych aspektach zawodu, a rozmowa była naprawdę bardzo interesująca. Katie lubi swoją pracę i mogła nam opowiedzieć jak cały ten sektor jest regulowany, jak działa w poszczególnych stanach, jak odbierany przez ludzi en masse, a jak przez rodzinę. 

O 2.30 w nocy, po 16 godzinach autostopowania, dojechaliśmy w końcu do celu. Pożegnaliśmy się z roześmianą Katie i zostaliśmy przywitani przez rozespanego Karla, który pokazał nam tylko nasz pokój, a potem wszyscy zasnęliśmy snem zbawiennym, sprawiedliwym i zasłużonym.

Marek

4 myśli nt. „Droga przez mękę, czyli męki w drodze”

    1. Jeśli tak doświadczony podróżnik chłonie nasze doświadczenia, to wypada się tylko cieszyć 😉 W razie czego Oli, przyjmiemy każde dodatkowe pytania – wal na priv 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.