Surfowanie po wybrzeżu, czyli powoli przez Queensland

Dziękczynienie australijskie – Pierzchła fauna – Wojskowy i hipiska – Witaminy i złe wino

Tak oto zaczęła się nasza wielka australijska przygoda. Marzenie zobaczenia tego miejsca zrodziło się po raz pierwszy w moim sercu, gdy dzieckiem będąc, przeczytałam książkę "Tomek w Krainie Kangurów" Alfreda Szklarskiego.

wp_20161128_13_15_59_pro
Ocean, Beau i my, czyli beaux 😉 Z tyłu widać instalację sieci przeciw płaszczkom. Nie sprawdza się przeciw meduzom.

Przez kolejne dwa tygodnie powoli podróżowaliśmy przez Queensland (jeden z sześciu stanów Związku Australijskiego), jadąc wybrzeżem w stronę Sydney. Najpierw jednak czekało nas przyjęcie u Beau i Gary'ego z okazji Święta Dziękczynienia. Poznaliśmy podczas imprezy bardzo sympatycznych znajomych naszych gospodarzy. Okazało się, że jeden z nich – Peter, były marynarz australijskiej marynarki wojennej, grywa na gitarze w pobliskiej knajpce. Następnego wieczora trochę się więc ukulturalniliśmy i poszliśmy na kameralny występ. Później wraz z Peterem i jego dziewczyną Nicky, siostrą Vicky i jej przyjaciółką Frances, skoczyliśmy obejrzeć Cairns nocą z bardzo ładnego punktu widokowego.

wp_20161127_17_02_03_pro
Peter vel Ino Reeves, to duży facet z wielkim sercem. Wykonał też najlepszy cover "I will survive" jaki w życiu słyszeliśmy 😉

Mieliśmy sporo szczęścia, bo w tym samym dniu, w którym zmierzaliśmy do kolejnego miejsca – Townsville, w interasach jechał tam również Beau. Zawiózł nas, a po drodze starał się pokazać trochę fauny australijskiej, a mianowicie walabie (mylone często z kangurami), kazuary oraz emu. Jako expracownik zoo wiedział gdzie szukać. Niestety zwierzaki chyba usłyszały, że zbliżają się dwaj groźni, jadowici Polacy i dały nogę. Nie wychyliły zza krzaków nawet pazura i niestety taki właśnie pech towarzyszył nam przez dłuższy czas. Na szczęście Beau raczył nas różnego rodzaju opowieściami o zwierzakach, co trochę złagodziło cios. Obejrzeliśmy też sporo pól uprawnych, gdzie rosła gęsto trzcina cukrowa, oraz sadów pełnych drzew mango. Co jakiś czas z oddali wyłaniał się komin fabryki cukru. Gęsty dym wydobywający się z niego to jednak tylko para wodna i nie szkodzi środowisku.

wp_20161128_14_11_34_pro
Pola trzciny cukrowej ciągną się w Queenslandzie po horyzont, co jakiś czas ubarwiane pióropuszem z fabrycznych kominów.

Nie mieliśmy szczęścia jeśli chodzi o obserwowanie zwierzyny, ale kolejni gospodarze trafiali się znakomici. W Townsville zaopiekował się nami kapitalny kapitan Lachlan – pilot helikoptera w armii australijskiej, służący w pobliskiej bazie wojskowej. Wraz z dwoma kolegami, również pilotami, wynajmują w mieście wielgachną dwupiętrową willę z basenem.

wp_20161129_18_26_09_pro
Taras w "Villa Lachlania". Ania relaksowała się cały dzień, więc teraz musi się zrelaksować przed wieczornym relaksem.

Samo Townsville nie jest zbytnio ciekawe turystycznie. Oczywiście, jak każde miasto na wybrzeżu ma plaże, a dodatkowo bardzo malownicze wzgórze, które stanowi także punkt widokowy, ale to wszystko. Przynam jednak szczerze, że dom Lachlana był tak nieprzyzwoicie wygodny i miły, że nawet nam do głowy nie przyszło opuszczać teren posesji przez następny dzień. Pisaliśmy, pojadaliśmy mango i słchładzaliśmy się w basenie, a wieczorem gadaliśmy z Lachlanem przy pysznym, australijskim winie.

wp_20161130_07_00_06_pro
A oto i kapitan Lachlan O'Kane we własnej osobie. Podrzucił nas na autostradę. Niestety nie helikopterem.

Następny przystanek – Bowen. Autostop nie przedstawiał żadnych większych trudności. Lachlan podwiózł nas do Bruce Highway, głównej drogi na południe, a oczekiwanie na złapanie okazji nie przekraczało 15 minut. Do tego już pierwszy kierowca jechał dokładnie tam, gdzie my.  Bowen to maleńka mieścina, która chwali się tym, że ma najpiękniejsze plaże w Australii. Jak się następnie okazało jest to wspólna cecha wszystkich miasteczek nabrzeżnych w tym kraju – mieszkańcy każdego z nich twierdzą, że to właśnie oni mają najpiękniejsze plaże. Faktem jest jednak, że Bowem jest stolicą mango. Tutejsze owoce uchodzą za najlepsze w całym kraju.

wp_20161202_09_41_52_pro
Anji przygarnęła nas na dwie noce i trochę rozruszała nasze mózgownice egzystencjalnymi rozmowami 🙂

Zamieszkaliśmy na dwa dni u Anji – sympatycznej, umiarkowanej hipiski. Wyskoczyliśmy razem na plażę, pozbieraliśmy muszelki, pojedliśmy owoców, pogadaliśmy o życiu, ponuciliśmy piosenki. Brzmi może jak lenistwo, ale to lenistwo zaplanowane. Obiecaliśmy sobie, że po Australii będziemy surfować powoli. Z resztą człowiek tu ma takie poczucie, że nie trzeba się spieszyć. Po co? Jest ciepło. Co ja mówię – gorąco! Tak gorąco, że można robić dwie rzeczy – leżeć w cieniu i kąpać się w morzu. Nawet jeść sie za bardzo nie chce. Aczkolwiek stek na pół zawsze brzmi jak dobry wybór na kolację. 

wp_20161201_11_27_40_pro
Plaże w Bowen są rzeczywiście przepiękne i bardzo nastrojowe 🙂

Mackay – kolejny przystanek i kolejny łatwy autostop. Anji wywiozła nas za miasto i nim zdążyła zniknąć nam za horyzntem, pojawiło się dwóch uśmiechniętych koleżków, prosto z siłki. Zawieźli nas prosto do Mackay. Dojechaliśmy tak wcześnie, że na naszego gospodarza musieliśmy czekać sześć godzin. Na szczęście niedaleko jego mieszkania znajduje się Blue Water Lagoon – darmowy basen miejski. Walnęliśmy się w cieniu i poczytaliśmy trochę.

15311040_10157763756375237_1858183316_o
Razem z Gregiem upichciliśmy tradycyjne polsko-australijskie spaghetti z meksykańskim sosem.

Kolejny gospodarz to kolejny uśmiechnięty Australijczyk – Greg. Zostaliśmy mile zaskoczeni faktem, że posiadał, oprócz przestronnego mieszkania, grę planszową "Świat Dysku", w którą grywaliśmy w Polsce. Greg od razu zarządził partię i mimo, że skopał nam tyłki, graliśmy z prawdziwą przyjemnością. Dawno już nie było okazji spędzić wieczoru przy winie i grach.

wp_20161202_21_42_15_pro
Walka o dominację w Ankh Morpork rozpoczęta. Kto zwycięży? Już napisaliśmy, że Greg, ale mimo wszystko…kto? No dobrze, dobrze, Greg.

Greg dał nam również spróbować australijskiego specjału, vegemite. Ciekawa sprawa – jest to zasadniczo produkt uboczny produkcji piwa, wzbogacona doatkami warzywnymi, ciemnobrązowa, lśniąca pasta. Nie zawiera jednak alkoholu,  za to sporo witamin i minerałów. Jest zatem bardzo, bardzo zdrowy. Każda porządna australijska mama serwuje go na kanapkach dzieciom, zalecany jest także kobietom w ciąży, jako bogate źródło kwasu foliowego. Jedni go uwielbiają, inni nie znoszą, a my uplasowaliśmy się gdzieś po środku. Vegemite smakuje trochę jak magi, więc jakieś strasznie niedobre nie jest, ale też nie powala. Wszyscy, którzy je jadają, tłumaczą, że to "cienką warstwą na chlebku trzeba" i wtedy będzie pycha. Ok, ok, se smarujta te Vegete jak musicie – ogórasa kiszonego i tak nic nie przebije!

wp_20161203_10_18_09_pro
Ludzie jedzący vegemite, zwani są również Vegemitami. Przez niektórych. Przeze mnie.

Z Mackay musieliśmy wyruszyć na piechotę, bo Greg ze swoją dziewczyną ruszyli w góry poprzedniego wieczoru, ale był tak miły, że zostawił nam klucze. Wymaszerowaliśmy za miasto i szybko złapaliśmy okazję. Tristan, wielki podróżnik i wielki gaduła – podwiózł nas w swoim białym furgonie pod drzwi kolejnego gospodarza, Bena, studenta politechniki z Rockhampton.

wp_20161204_13_18_54_pro
Podczas jazdy z Tristanem musieliśmy wypić cały nasz zapas wody, bo gadaliśmy bez ustanku.

Młodzieniec ten wraz ze swoimi kolegami przedstawił nas tradycyjnemu napitkowi australijskich studentów. Goon to teoretycznie wino, a właściwie zlewki z produkcji wina. Sprzedaje się je w 4 litrowych kartonach. Już od Cairns słyszeliśmy jakie to jest blee i fuj, i w związku z tym musieliśmy oczywiście spróbować. Chcieliśmy przekonać się na własnej skórze, a chyba nie było lepszej okazji do takiego wybryku, jak w grupie studenckiej. Eksperyment podsumować można w jeden sposób – goon jest faktycznie wyjątkowo kiepskim napitkiem, a jego wypicie może powodować przykre konsekwencje o poranku. Może to i dobrze, że Vegimite zjedliśmy wcześniej.

wp_20161204_20_03_38_pro
Chryste….

Kolejne dni obfitowały w ważkie wydarzenia i mrożące krew w żyłach…no dobrze, może nie mrożące, ale na pewno ważkie. Zwierzęta przestały nas w końcu unikać, spotkałam się z prawdziwą siłą oceanu i spełniłam marzenie, które powstało już na początku naszej podróży, a Marek rozegrał dramatyczny mecz w siatkówkę plażową…ale o tym już następnym razem.

Ania