Czas przekroczyć równik, czyli hajda na antypody!

Pożegnanie z Azją – Żar tropików – Zwierzyniec u Beau – Kraina ludzi radosnych

Ostatni dzień w Japonii zaczął się od…śniegu. Co za złośliwość. Wylot mieliśmy dopiero pod wieczór, więc mogliśmy zbierać się powoli. Śniadanie, kawa, potem lunch na słodko, czyli nasz ostatni wspólny posiłek z Emmą, a potem pożegnania czas. Trudno nam było opuszczać tak gościnne progi, bo czuliśmy się tam jak w naszym japońskim domu, a Emma obdarzyła nas siostrzaną troską. Trzeba było jednak wyjść na ten przeklęty śnieg, żeby polecieć tam, gdzie żaden śnieg nam nie groził.

wp_20161124_12_56_27_pro
Przed podróżą trzeba się wzmocnić!

Jedna linia metra, druga linia metra, trzecia linia metra i w końcu dojechaliśmy na lotnisko w Naricie. Odprawa, trochę opóźnienia (pewnie z powodu śniegu) i w końcu start. Nie przepadam za nocnymi lotami, bo niewiele widac z góry, a poza tym choćbym spał cały czas, to i tak się nie wyśpię. W efekcie traci się trochę z następnego dnia, ale przynajmniej nocleg wliczony jest w cenę biletu.

wp_20161124_15_04_36_pro
Pomimo nienajlepszej aury i porzucenia Emmy, nastroje mieliśmy całkiem niezłe.

Sześć i pół godziny lotu nie należało do najlepszych, zwłaszcza, że na fotelu przed nami leciało zestresowane dzieciątko, ale i ono, i my daliśmy radę. Australijskie służby celne powitały nas tyleż przyjaźnie co skrupulatnie. Prawa dotyczące przewożenia żywności, nasion, zwierząt, muszli etc. są w Australii bardzo restrykcyjne, więc zostaliśmy porządnie przemaglowani przynajmniej trzy razy. Widzieliśmy jak niektórzy podróżni musieli zjadać śniadanie w trybie przyśpieszonym, bo tofu, które kupili w Japonii, nie miało prawa znaleźć się na australijskiej ziemi.

wp_20161124_09_31_34_pro
Taka pogoda żegnała nas w Japonii…

Celnicy oczywiście szalenie sympatyczni, uśmiechnięci, ale bardzo uważnie przyglądają się, gdy wysłuchują odpowiedzi na zadane pytania. Delikatna presja, ale jednak presja. Przy czym nie bawią się w durne gierki uskuteczniane w Chinach, Japonii czy Tajwanie, gdzie trzeba wpisać adres hotelu lub domu w którym się zatrzymujesz. Wcześniej zmuszeni byliśmy podawać trefne adresy, pierwszych lepszych hosteli. Tutaj w odpowiedzi na nasze tłumaczenia, że nie będziemy mieć stałego adresu, pani w okienku wpisała w naszą kartę imigracyjną "Friend's house in Cairns". Proste? Proste.

wp_20161125_05_38_24_pro
A takie widoki powitały nas w Australii. I nie chodzi koniecznie o szlaban.

Po przejściu przez wszystkie kontrole, wyszliśmy do hali przylotów i daliśmy znać naszemu gospodarzowi z couchsurfingu, że przybyliśmy. Jeżeli chodzi o organizowanie sobie noclegów w Australii, to nie mieliśmy z tym najmniejszych problemów. Zaczęliśmy rozsyłać wiadomości jeszcze w Japonii i zanim wylecieliśmy, połowę trasy do Sydney mieliśmy zaklepaną. W kolejnych kilka dni uzgodniliśmy resztę i nie musieliśmy się o nic martwić. Australia! Beau, nasz gospodarz w Cairns już wcześniej napisał, że nie ma najmniejszego probemu, wyjedzie po nas na lotnisko o piątej rano, bo transport publiczny w zasadzie tam nie istnieje.

Zrzuciliśmy z siebie ciepłe ubrania, powiedzieliśmy "papa" butom górskim oraz nogawkom, a potem wyszliśmy z hali, by zobaczyć jak ta cała Australia wygląda. Ciepło, słońce leniwie wstaje i przebija się przez nieliczne chmury, powietrze pachnące lasem deszczowym, ptactwo tropikalne nadaje aż miło. W oddali wzgórza, zielone do zakochania, a przecież to "tylko" australijskie lato. Już pierwsze minuty w Queensland mowią nam, a raczej krzyczą do nas, że będzie nam tutaj wspaniale. Niedługo potem podjechał pod nas Beau. Potężnie zbudowany, eks pracownik zoo, obecnie pracujący z dziećmi, które przeszły różnego rodzaju traumy. Uśmiechnięty, wyluzowany, wita się z nami jakbyśmy się znali od dawna.

wp_20161128_11_05_10_pro
Nasze pierwsze, australijskie lokum 🙂

Ładujemy się do auta, a Beau opisuje nam okoliczną okolicę, niektóre gatunki zwierząt żyjące w buszu i w mieście. Kluczy trochę po samym Cairns, żeby pokazać nam co i gdzie. Jeszcze kontaktujemy, chociaż rozmowa nie idzie tak płynnie jak byśmy chcieli. Zaczyna dopadać nas senność. W końcu dojeżdżamy do domu. Przestronny, jeszcze w pełni nie urządzony, ale za to bardzo zamieszkany. Jest husky, jest buldog amerykański, jest kociątko, rybki, żółw wodny, smok (o imieniu Daenerys). Na koniec poznajemy też partnera Beau, Gary'ego – Amerykanina z Kolorado. Po krótkim zapoznaniu z całym towarzystwem, padamy na twarz i odsypiamy lot. Cairns może na nas poczekać.

wp_20161125_10_42_26_pro
Domownicy byli niezwykle przyjaźni

Pospaliśmy sobie smacznie – dobry początek w zupełnie nowym kraju. Na nasze szczęście Beau nie musiał tego dnia pracować i tylko kursował między centrum, a przedmieściami, żeby przywieźć jedzenie i krzesła na zbliżającą się imprezę. W związku z tym, że Gary to Amerykanin, postanowiono, że trzeba urządzić przyjęcie na Święto Dziękczynienia. To niechybnie wypada w czwartek i w związku z brakiem wolnego dnia piątkowego, świętować mieliśmy w sobotę.

wp_20161128_08_51_13_pro
Chociaż niektórzy okazywali sympatię w specyficzny sposób.

Beau podrzucił nas do miasta i powiedział, że zależnie od pory naszego powrotu on lub Gary zgarną nas później z powrotem. Zaczęliśmy od zakupów. Musieliśmy zorientować się w ofertach firm telekomunikacyjnych, kupić po koszulce i spodenkach na osobę, a także ogólnie zorientować się w cenach. W Australii tanio nie jest i promocje w supermarketach, miały stać się potężnymi sojusznikami w trzymaniu naszego budżetu na wodzy. Postanowiliśmy sobie, że na antypodach będzie mniej zwiedzania, więcej leniuchowania, więc czasu na zakupy i gotowanie również przybyło.

wp_20161128_08_51_07_pro
A niektórzy zachowywali stoicki spokój.

Znaleźliśmy się więc w centrum handlowym, w zupełnie nowej rzeczywistości. Nagle zaczęliśmy rozumieć wszystko, co mówią ludzie na około…Hahahahaha, no dobrze. Zaczęliśmy się domyślać, co ludzie mówią na około, bo do oswojenia się z australijskim akcentem trzeba czasu. Fakt pozostaje jednak faktem – bariera językowa przestała istnieć. Ostał nam się ino płot językowy. Taki do przeskoczenia. Oprócz tego zmieniło się nastawienie ludzi. Uśmiechy od ucha do ucha, wysokie prawdopodobieństwo, że mijana przez ciebie osoba powie ci nagle "Hello, how ar ya, noaff  sdfos ijgdb". Zrozumiesz drugą część, czy nie, banan na twarzy pojawia się sam i nie potrafisz go powstrzymać. Doprawdy nieznośne! 

wp_20161125_15_34_00_pro
Oprócz błękitnego nieba…W drodze nad ocean 🙂

Po zakupach wyszliśmy na miasto i poszwędaliśmy się po głównych arteriach, chociaż z trudem można je tak nazwać. Cairns nie jest duże, chociaż, jak wiele australijskich osiedli, rozległe. Przestrzeni życiowej na kontynencie nie brakuje, więc ludzie nie muszą się szczególnie tłoczyć. W ogóle wydaje się, że mało muszą. Luz, przyjacielskie podejście do bliźniego i do przodu. Kraj prosperuje, ceny są w porywach 3-4 razy wyższe niż w Polsce, a pensje 8-10 razy większe. Tak to bywa jeśli do dyspozycji ma się cały kontynent, pełen surowców naturalnych, wielkich przestrzeni do hodowli zwierząt czy uprawy sadów owocowych, trzciny cukrowej i wina. Oczywiście nie jest to wszystko tak proste, jak się wydaje, ale porównując z resztą świata, okoliczności bywają tu wyjątkowo sprzyjające. A do tego McDonald's nie jest najtańszym fast foodem! Aaaaaaa! 

wp_20161125_15_34_49_pro
Wszędzie, kurka wodna, daleko!

Przeszliśmy się nad ocean, zobaczyliśmy pierwszą choinkę wśród palm, złapaliśmy trochę życiodajnego słońca, które tutaj bywa wyjątkowo zabójcze. Na billboardach, w radiu, w telewizji pełno jest kampanii mówiących o tym, żeby dokładnie smarować się, przed wyjściem na zewnątrz. Rak skóry to w Australii bardzo poważny problem.

wp_20161125_15_55_02_pro
Krok po kroczku, krok po kroczku, najpiękniejszy w całym roczku…

Myśleliśmy, że naszą bolączką będzie wysoka wilgotność, ale tak po prawdzie, to nie była ona większa niż w Kutaisi czy w Kantonie. Było gorąco, owszem, ale bardzo przyjemnie gorąco. Pocieszyliśmy się jeszcze trochę widokiem oceanu i wesołych ludzi, a potem razem z Garym, który wracał z pracy, pojechaliśmy do domu. Wieczór upłynął nam na leniwej rozmowie przy kolacji i obejrzeniu paru odcinków The Walking Dead. Zmęczenie jakie odczuwaliśmy pod koniec wizyty w Japonii, ulotniło się gdzieś nie wiadomo gdzie.

wp_20161125_16_25_12_pro
No bo jak tu być zmęczonym? 😉

Marek

2 myśli nt. „Czas przekroczyć równik, czyli hajda na antypody!”

  1. Do tej pory czytałem wasze przygody z dużym zaciekawieniem, ale teraz to wam zacząłem jeszcze zwyczajnie zazdrościć, tej Australii, tego ciepełka 🙂

    PS. Przydałaby się na tym blogu mapka, na której zaznaczalibyście kolejne miejsca odwiedzane i wtedy byłoby widać jaką trasę już przebyliście. Mogę wam pomóc coś takiego zrobić 🙂

Możliwość komentowania jest wyłączona.