Zmęczeni w Tokio, czyli miasto totalne

Pies i złota kupa – Turytyczna atrakcja z tłumu – Świątynia i nie świątynia – Ostatnia pieśń

Tokio…kolejne miasto, które bardzo chciałam zobaczyć, ale jednocześnie wiedziałam, że najprawdopodobniej mogę mieć problemy z jego polubieniem. Japonia sprawdziła się we wszystkich moich przewidywanich, więc i to ostatnie nie mogło odbiegać od normy. Przyznam szczerze, że żadne miasto mnie do tej pory tak nie zmęczyło jak Tokio. Co nie oznacza, że nie warto tego wszystkiego przeżyć. Bo warto.

wp_20161123_15_06_46_pro
Jest kebab, jest KEN. Czasem można poczuć się w Tokio jak w domu 😉

Dlaczego Tokio tak męczy kogoś z zewnątrz? Z wielu powodów. Po pierwsze ciężko się w tym mieście zorientować. Jest olbrzymie i nie wiadomo do końca gdzie się zaczyna, a gdzie kończy. Nie ma centralnego punktu czy starówki (punkt odniesienia w mieście dla każdego Europejczyka). Są oczywiście mniej i bardziej uczęszczane miejsca, znane ulice i świątynie. Tu jednak pojawia się problem numer dwa – mrowie ludzi. Populacja Tokio wynosi ponad 13,5 miliona, a sytem podziału aglomeracji tokijskiej jest szalenie skomplikowany.

wp_20161123_14_53_17_pro
Czasem zdarzały się chwile wytchnienia i mieliśmy trochę miejsca dla siebie.

Do Tokio miałam jednak inne podejście niż do Kioto. Tu chciałam zobaczyć osobliwości miasta, które znałam z przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Świątynie? Ok, ale po drodze. Najpierw wybraliśmy się więc do sławetnego w całej Japonii pomnika psa Hachiko, którego historia jest bardzo wzruszająca. Otóż Hachiko, psina rasy akita mieszkał w Tokio ze swoim panem, profesorem uniwersytetu. Hachiko codziennie odprowadzał właściciela na stację metra, gdy ten podążał do pracy i czekał do wieczora na jego powrót. Profesor Hidesaburo Ueno zmarł w czasie pracy, jednak piesek nie zaprzestał swoich wycieczek na stację. Codziennie przez 10 lat nadal czekał aż jego pan powróci. Hachiko stał się bohaterem narodowym, symbolem oddania i przywiązania. Przyczynił się także do rozpowszechnienia rasy akita.

wp_20161123_14_34_12_pro
Symbol wierności i przywiązania. No i ten japoński pies w tle.

Pomnik Hachiko stoi tuż obok stacji Shibuya. Jeśli istnieje jekieś widoczne w europejskim rozumieniu centrum Tokio, to właśnie przy tej stacji. To taka warszawska "patelnia", miejsce spotkań, punkt turystyczny, przy którym znajduje się chyba najsławniejsze skrzyżowanie świata. Nietypowa zmiana świateł i kierowanie ruchu ulicznego powodują, że najpierw przejeżdżają w odpowiedniej kolejności wszystkie smochody, a następnie przechodzą piesi. Wszyscy na raz. Wygląda to, muszę przyznać, niezwykle spektakularnie. Podczas jednej zmiany świateł jednocześnie ze wszystkich stron rusza kilka tysięcy osób. Warto wspiąć się do pobliskiej kafejki Starbucksa i zobaczyć zmianę świateł z góry. 

wp_20161123_14_50_29_pro
Gotoooowiiii….

wp_20161123_14_51_21_pro
Start! I poszliiiiiiii….

Psa zobaczyliśy, skrzyżowanie Shibuya także, jedziemy dalej. Chciałam rzucić okem na budynek browaru Asahi. Philippe Strack, sławny architekt, zaplanował siedzibę firmy tak, że miała wyglądać jak kufel piwa ze złotą pianką na szczycie.Hmmm. Z pewnością udało mu się zaprojektować znany budynek, ale to co miało być pianką piwa kojarzy się tylko z jednym – ze złotą kupą. Tak z resztą nazywają ją bez skrępowania Tokijczycy. Tuż obok złotej kupy piętrzy się dumnie Tokyo Skytree – najwyższa na świecie wieża widokowa. Te dwa budynki znakomicie pokazują jak dziwne, jak spektakularne, i jak niezrozumiełe jest dla przyjezdnego Tokio. Patrzysz na to i myślisz sobie: "Co do jasnej ciasnej tu się dzieje?! Tu strzelista wieża, tam złota kupa! Co, jak, dlaczego?!".

wp_20161123_13_42_58_pro
Kupa czy nie kupa, sztuce należy się chwila zadumy. Nawet jeśli gówno z tego wyjdzie.

Co poradzić. Dla równowagi ducha mieliśmy w planie rzucić okiem na dwie świątynie. Pierwsza z nich – Senso-ji została po raz pierwszy wzniesiona w 628 roku. Oczywiście nie stoi na swoim miejscu od tego czasu, była zburzona w czasie bombardowania Tokio podczas II wojny światowej, tak jak niestety wiele zabytków stolicy. Przed świątynią znajduje się bardzo znany targ. Jego stoiska ciągną się kilkaset metrów od Bramy Kaminari. Senso-ji to niezwykle ważna świątynia buddyjska i warto tu zajrzeć, a na targu można kupić orginalne japońskie produkty.

wp_20161123_12_54_58_pro
Architektura sakralna wylewała się nam trochę przez uszy, ale i tak poszliśmy zobaczyć co nieco. 

Druga świątynia, którą pragneliśmy obejrzeć to chram szintoistyczny Meiji – zawierająca prochy cesarza, czczone jako narodowa relikwia. Świątynia stoi w pięknym parku, po którym spacer byłby prawdziwą przyjemnością, gdyby nie to, że już byliśmy wymęczeni chodzeniem, balansowaniem między jednym, a drugim strumieniem ludzi, przemykaniem się to tu, to tam w zawiłych podziemiach tokijskiego metra. No i gdyby nam nie zamknęli świątyni przed nosem…ehhhh. Spóźniliśmy się. Co robić?

wp_20161123_16_03_02_pro
Brama w gościnę zaprasza, ale niestety nie zdążyliśmy na czas i świątyni cesarskiej nie zobaczylismy.

Rzuciliśmy jedynie okiem na ofiarowane cesarskiej świątyni beczki sake i ruszyliśmy przez park w stronę dzielnicy Kabukicho. Ciekawa byłam jak wygląda sławna tokijska "dzielnica czerwonych latarni". Szczególnie, że system prawny w Japonii w pewnym stopniu zakazuje prostytucji, jak i pornografii. Prawo sformułowane jest jednak w taki sposób, że omijanie wszelkich zakazów nie stanowi problemu. Po prostu jak nie ma się na szyldzie napisane "Sklep z materiałami pornograficznymi", albo "Burdel – najpiękniejsze prostytutki w mieście", to raczej nie należy się spodziewać nalotu policji. Wszystko jest zawoalowane. Przy wejściu do wiadomego przybytku zobaczyć można zdjęcia półnagich dziewcząt, a obok ceny za godzinę. Za co? No za masaż! Drogi masaż. Bardzo, bardzo drogi masaż. Podobnie z pornografią. W co drugim kiosku biuściaste panie prężą się na okładkach pism wystawionych w takim miejscu, że każdy dzieciak sięgając po batonik zobaczy. Ale spokojnie, spokojnie, czarny kwadracik we właściwym miejscu i po problemie. Kotekst nie ma tu znaczenia. 

wp_20161123_16_13_18_pro
Sake. Sake wszędzie.

Tokio, miasto totalne, totalnie mnie wymęczyło. Na szczęście wracaliśmy do naszej kochanej Emmy, która tym razem gościła Jeremy'ego, sympatycznego Indonezyjczyka. Wybraliśmy się zatem we czwórkę najpierw na jedzenie, a następnie obowiązkowo na karaoke. Wybór piosenek był tym razem całkiem niezły. Wykonaliśmy kilka hitów solo, później ja z Emmą postawiłyśmy na duet z disneyowskiego "Alladyna", a następnie zgodnie zarżnęliśmy "I will always love you" i "Somebody too love". Piwo ukoiło rozpacz, a my powiedzieliśmy Tokio dobranoc.

wp_20161123_16_53_14_pro
Niestety telefon był już na wyczerpaniu, więc "salonów masażu" nie mogliśmy utrwalić na "kliszy".

Ania