Fudżi to nie jama, czyli podróż do miasta Tsubasy

Milczący jegomość – Śpiewający strażak – Pomarańczowe małżeństwo – Gościnny konduktor

Dzień zaczęliśmy wcześnie i zaczęliśmy go dobrze. Na pierwszą okazję nie musieliśmy czekać długo. Co prawda nie pogadaliśmy sobie, bo angielski nie wchodził w tym przypadku w grę, ale za to sprawnie podwiózł nas dosyć spory kawałek, do stacji niedaleko Hamamatsu. To tam poprzednio odstawił nas niemy surfer Tatsuro, więc od razu zrobiło nam się błogo na duszach. Mieliśmy dużo czasu, nasz gospodarz w Szizuoce kończył pracę dopiero za parę godzin, więc postanowiliśmy trochę sobie posiedzieć w słońcu i spróbować lodów śmietankowych z posypką z zielonej herbaty. Japończycy dodają ją do wszelkich słodyczy i muszę przyznać, że całkiem mi to połączenie odpowiada. Matcha jest gorzka, ale ma trochę bardziej wyrazisty smak niż czarna herbata. Bardzo dobrze komponuje się ze słodyczą. 

wp_20161120_11_30_29_pro
Nasz pierwszy dobrodziej na drodze do Szizuoki 🙂

Pokrzepieni i w dobrych humorach,  rozpoczęliśmy kolejny etap. Postaliśmy trochę i poszczerzyliśmy zębiszcza, aż w końcu zgarnęło nas trzech, wielce wesołych chłopaków. Katsuhiro – strażak z talentami wokalnymi, Shoma – pracownik browaru i doskonały kierowca oraz…ten trzeci – bardzo cichy robotnik, pracujący na wysokościach. Radosne trio, z którym pogadaliśmy przyjemnie, zachwalaliśmy polskie piwo, śpiewaliśmy razem disneyowskie piosenki, a także "What does the fox say". Przejazd raczej z tych zabawnych. Chłopaki byli również bardzo zdeterminowani, żeby znaleźć nam dobre miejsce do podziwiania Góry Fudżi. Tak! W końcu! Pogoda była na tyle dobra, że rzeczywiście mogliśmy ją zobaczyć, bo poprzednie dwa przejazdy odbyły się w wielkiem zachmurzeniu. 

wp_20161120_14_00_07_pro
Wesoła kompanija. Szybkie chłopaki, piękne dziewczyny. Piękna dziewczyna. 

Tym razem nam nie uciekła. Jest absolutnie wspaniała. Na około piętrzą się wzgórza, niewysokie, porośnięte drzewami, a tu nagle…BACH! Fudżi-kurde-jama! Samotna królowa gór. Widok, który można podziwiać i podziwiać. Zresztą, co ja sobie będę tutaj strzępił paluchy. Sami zobaczcie.

wp_20161120_14_56_19_pro
No może nie najlepsze to miejsce, ale i tak góra robi wrażenie 😉

Wspaniała…No, w każdym razie, chłopaki odstawili nas na parking przy autostradzie i poradzili, żeby nie łapać stopa przy większej drodze, tylko by zejść na mniejszą, bo więcej osób będzie jechało do Szizuoki. Posłuchaliśmy i zrobiliśmy błąd. Dojście do drogi było żmudne, źle oznakowane i w pewnym momencie po prostu nie wiedzieliśmy dokąd iść. W związku z tym postanowiliśmy zawrócić na autostradę, ale zanim nam się udało, zatrzymało się obok nas auto, z którego wysiadł pan w średnim wieku i bardzo poprawną angielszczyzną zapytał gdzie zmierzamy. Powiedzieliśmy, że do Szizuoki, podaliśmy adres i okazało się, że to bardzo blisko miejsca gdzie mieszka, więc z chęcią nas podrzuci. Zapakowaliśmy plecaki, powiedzieliśmy "koniciła" jego żonie i ruszyliśmy drogą krajową numer 1, czyli najstarszą drogą w kraju. 

wp_20161120_14_57_15_pro
Trza było się pożegnać z Fudżi-Squadem.

Obrazki za oknem inne niż zwykle. Mijaliśmy małe miasteczka i sady pomarańczowe, z których słynie ten region kraju. Nasi dobrodzieje byli przesympatyczni i chociaż nie bardzo gadatliwy, to jednak starali się nas zabawić rozmową. Wjechaliśmy na przedmieścia, zobaczyliśmy pierwsze w życiu oznaczenia dla drogi ucieczki przed tsunami. Minęliśmy port, po czym państwo podjechali do ulubionego straganu, żeby kupić pomarańcze. Czyli wzięli dwie torby i zostawili pieniądze w słoiku, bo stoiska i tak nikt nie pilnował. Jedna torba natychmiast została wręczona nam, jako gościom 😃

15145130_731471007008295_377107861_o
A następnie przywitać się z Szizuoka-Squadem. Shohei z lewej, Wei z prawej.

Wysadzili nas przy stacji kolejki miejskiej, z której mieliśmy rzut beretem do mieszkania Shohei, czyli naszego gospodarza. Kopnęliśmy się na piechotę i już po 15 minutach siedzieliśmy w bardzo przytulnym i, jak na japońskie realia, dużym salonie. Shohei jest konduktorem w Szinkansenie, a więc człowiekiem, który nawykł do interakcji z podróżnymi, również tymi obcojęzycznymi. Po angielsku mówił nieźle, aczkolwiek często się zacinał. Nie ukrywał, że couchsurfing wykorzystuje do poprawy swoich umiejętności językowych. Jest przy tym bardzo sympatycznym i wielce gościnnym człowiekiem.

Oprócz nas, przyjmował w tym czasie jeszcze jednego gościa, Malezyjczyka o imieniu Wei. Pogadaliśmy trochę, odświeżyliśmy się, po czym pojechaliśmy na małą przejażdżkę. W jej trakcie Shohei przypomniał nam, że to właśnie w Szizuoce rozpoczynał swoją karierę legendarny kapitan drużyny Nankatsu – Tsubasa Ozora. Główny bohater japońskiego anime, które za szczeniaka oglądało się na Polonii 1, uczęszczał do jednej z tutejszych szkół. Pomnika nie uświadczysz, ale od razu cieplej się na duszy zrobiło na wspomnienie tygrysich strzałów, bramkarzy odbijających się od słupków, by w ten sposób obronić karne, bramki wyłaniające się zza horyzontu…Ahhh, to były czasy!

Najpierw restauracja sushi. Model znany w Polsce, z talerzykami, które podjeżdżają człowiekowi pod nos. Można wybrać te, które są już na taśmie albo zamówić specjalnie dla siebie za pomocą ekranu dotykowego. Wtedy mamy gwarancję, że będzie najświeższe jak to tylko możliwe. Podjedliśmy sobie zdrowo, płacąc jakieś 3 razy taniej niż w Warszawie. O różnicy w jakości chyba nie muszę wspominać ;). Ulubione: pasta z wątroby rybnej – delicja!

15127376_731471010341628_1478594926_o
Jedzenie, jedzenie, kocham je szalenie! 

Najedzeni i szczęśliwy ruszyliśmy dalej, na punkt widokowy, znajdujący się na górze miłości. To nie nazwa własna, nadaliśmy ją wzniesieniu, gdyż jest ono powszechnie znane w okolicy z tego, że pary jeżdżą tam w celu konsupmcji swoich afektów odwzajemnionych. Ściany japońskich mieszkań są dość cienkie, więc często nawet pary mające swoje własne lokum korzystają z uroków miłości "pod chmurką" lub zaglądają do specjalnych hotelików, tzw. rabu hoteru (od ang. love hotel), aby konsumować bez skrępowania. Zgodnie z przewidywaniami naszego gospodarza minęliśmy po drodze cztery czy pięć zaparkowanych aut ;). Najważniejszy był jednak widok jaki rozpościerał się z góry. Całe miasto jak na dłoni. Cudnie. 

wp_20161120_20_01_11_pro
Szizuoka nocą się mieni.

Wróciliśmy do domu, wypiliśmy po jednym piwie i poszliśmy spać. Shohei, jako wzorcowy gospodarz odstąpił nam swoje łóżko, a sam spał na futonie. Wstaliśmy dosyć wcześnie rano, bo przed ruszeniem w dalszą drogę mieliśmy jeszcze jedno miejsce do zobaczenia. Shohei zabrał nas do świątyni Zen, którą opiekuje się jego mistrz. Sama świątynia owszem, ładna, ale najważniejsze, że poznaliśmy prawdziwego mnicha buddyjskiego. Przywitał nas, poczęstował przepyszną herbatą, którą sam hoduje, porozmawialiśmy o naszych krajach, o różnych wierzeniach. Mistrz zaproponował nam również spędzenie czasu na wspólnej medytacji. Trochę się śpieszyliśmy, ale, cholercia, jak często jesteś w stanie pomedytować pod okiem najprawdziwszego japońskiego mistrza Zen z Japonii i w Japonii? No właśnie.

15127582_731470997008296_1758333815_o
Herbatka była mistrzowska 😉

Ania miała wobec tego ambiwalentne uczucia, ale mi bardzo się owo doświadczenie podobało. Jednocześnie wyciszyło mnie i dodało energii, dlatego gdy Shohei odstawił nas na serbisu eria, byłem jak najlepszej myśli przed dalszą drogą. Musi pójść jak z płatka.

15182513_731470957008300_1744980246_o
Prawie fantastyczna czwórka. 

Marek

Jedna myśl nt. „Fudżi to nie jama, czyli podróż do miasta Tsubasy”

  1. Widzę, że siedzenie "po japońsku" macie opanowane.

    Co  znaczy "koniciła" – tak powiedzieliście do żony Waszego dobroczyńcy- kierowcy.

    A Fudżi przepiękna i majestatyczna!

Możliwość komentowania jest wyłączona.