Dwa ostatnie dni w Kioto, czyli jelenie i nocleg alternatywny

Grunt to znajomości – No to Nara! – Szarmanckie jelenie – Kabina ciasna, ale własna

Gościna u Tommy'ego dobiegła końca i rano musieliśmy się wyprowadzić. Prysznic, szybkie pakowanie, parę zdjęć z balkonu, z którego rozciągał się bardzo przyjemny widok i zjazd małą windą (cud, że się do niej wszyscy zmieściliśmy) na parter. Pożegnanie serdeczne, ale nie wylewne, takie jak cały nasz pobyt u tego miłego, ale niespecjalnie gadatliwego faceta. Plan na dzień mieliśmy sprecyzowany: zjeść śniadanie, zostawić plecaki w Kioto, rozejrzeć się za miejscem do spania, pojechać do Nary, wrócić do Kioto. Zaczęliśmy wcześnie, więc nie mieliśmy problemów z tym, żeby ze wszystkim zdążyć. Nasze plecaki zostawiliśmy u Airy. Kim jest Aira?

wp_20161118_07_52_50_pro
Kioto bezchmurne, Kioto o poranku.

Będąc jeszcze w Tokio poznaliśmy Katsurę, która lata temu studiowała w Warszawie, trenowała tam szermierkę i całkiem nieźle się zadomowiła. Okazało się, że jej córka studiuje w Kioto i może mogłaby nam jakoś pomóc. Otóż, córka owa to właśnie Aira, u której zostawiliśmy plecaki :). Odciążeni, poszliśmy sprawdzić jak rysuje się kwestia noclegów na dwie najbliższe noce. Do tego momentu wciąż mieliśmy nadzieję, że ktoś odpowie na nasze wołania o pomoc i przygarnie, ale na couchsurfingu cisza, więc postanowiliśmy skorzystać z taniej opcji, jaką są…kawiarenki internetowe. Zwane tutaj netto cafes lub manga kissas. Zaopatrzone w komiksy, książki i prywatne kabiny z komputerami, są naprawdę bardzo popularne nie tylko jako miejsca rozrywki, ale także jako tania alternatywa dla hotelu. Czasem nawet dla własnego mieszkania.

wp_20161118_12_23_46_pro
To nie rezydent netto cafe, tylko porządnie wygrzewający się w słońcu pieseł 🙂

Coraz więcej w Japonii ludzi, których nie stać na wynajem mieszkania lub kapsuły w hotelu, więc co taki ma zrobić? Idzie na noc do netto cafe. Prysznic jest, jedzenie można zamówić taniej niż w większości restauracji, a kawa, herbata, woda, soki i inne napoje bezalkoholowe można pić za darmo w nieograniczonych ilościach. Nie mówiąc już o super szybkim internecie. Trzeba się tylko przyzwyczaić do nieco ograniczonej prywatności i niewielkiej przestrzeni. Wstąpiliśmy do dwóch takich przybytków, sprawdziliśmy ceny, ustaliliśmy, gdzie się zameldujemy wieczorem (nie można rezerwować) i poszliśmy poszukać pociągu do Nary.

wp_20161118_16_42_13_pro
A Nara całkiem piękna również.

Nara to miejsce bardzo piękne i wyjątkowe. Stolica prefektury o tej samej nazwie słynie ze swoich świątyń. Tych jednak widzieliśmy od metra. Pojechaliśmy tam, żeby zobaczyć jeden z najstarszych parków miejskich, założony w XIV wieku, a przede wszystkim mieszkające w nim jelenie. Przez lata były to zwierzęta święte, gdyż jeden z bogów opiekujących się jedną ze świątyń, miał przybyć tutaj na jednym wielkim, białym jeleniu. Obecnie są one uznane za skarb narodowy. Poruszają się swobodnie nie tylko po parku, ale po całym mieście, choć oczywiście najczęściej można je spotkać tam, gdzie roi się od turystów. Oczywiście chodzi o jedzenie. Jelenie są bardzo łase na żołędzie i wafelki, wypiekane przez miejscowych specjalnie z myślą o czworonogach. 

wp_20161118_16_26_24_pro
Ania nadal w fazie księżniczki disneyowskiej 😉

Zwierzaki w ogóle się nie boją, a bywają czasem bezczelne w wykradaniu frykasów – skubanie plecaków i torebek mają we krwi. Niektóre jelonki potrafią za to być bardzo szarmanckie. Otóż jeśli gość ukłoni się przed podaniem wafelka, jeleń ukłoni się swojemu dobrodziejowi w podzięce. Spędziliśmy w Narze kilka godzin, chodząc po parku, karmiąc jelenie i nie gnając za tłumami turystów. Owszem, nie zobaczyliśmy największego w Japonii posągu Buddy, ale nie było nam szkoda. No, może trochę. Wróciliśmy do Kioto bardzo zadowoleni, odebraliśmy swoje plecaki od Airy i poszliśmy do kawiarenki internetowej. 

wp_20161118_16_12_38_pro
Grzecznie zapytaliśmy czy można zrobić zdjęcie. Łaskawie się zgodził.

Z wielu opcji, jakie mieliśmy do wyboru wybraliśmy pobyt długoterminowy, dwa dni zamiast dwóch nocek. Wyszło trochę drożej, ale za to nie musieliśmy się martwić o to, co zrobić z plecakami, ani gdzie się podziać w ciągu deszczowego dzionka. Wybraliśmy, zapłaciliśmy i zostaliśmy skierowani do swoich kabin. Wygodna mata, regulowany fotel, lampka, no i komputer. Miejsca dosyć, żeby wyciągnąć nogi i swobodnie się ułożyć. Nie trzeba mówić, że kolejne trzydzieści parę godzin spędziliśmy dosyć leniwie. Nadrabialiśmy zaległości w The Walking Dead i South Parku, jedliśmy nasze ulubione trójkąty ryżowe z tuńczykiem, udało nam się nawet znaleźć dosyć tanie wino chilijskie w sklepie pod kawiarenką. Kulturalnie czas spędzaliśmy.

wp_20161118_20_36_42_pro
Pokój nieduży, ale dobrze zaopatrzony.

Jeżeli chodzi o warunki do spania to, cóż, nie są idealne. Chrapanie z kabiny obok, kroki na korytarzu, komuś ześlizgną się słuchawki i cały świat dowie się co ogląda. Wentylacja też nie pomaga, ale jak już się zaśnie, to spać można całkiem smacznie. Toaleta nowoczesna ze wszystkimi przyciskami, pod prysznicem dają nawet maszynki do golenia, a darmowe napoje to istne zbawienie. Soki w Japonii nie należą do najtańszych, więc radośnie uzupełnialiśmy witaminy. Ogólnie nasz pobyt w netto cafe można uznać za bardzo ciekawy eksperyment cywilizacyjny i dobre rozwiązanie awaryjne w razie braku noclegu. W dzień wyjazdu zebraliśmy się wcześnie. Mimo, że tym razem mieliśmy trochę mniej drogi do pokonania, postanowiliśmy nie ryzykować. Dotarliśmy metrem, a potem na piechotę do SA, który znaliśmy już z przejazdu do Tokio. Kolejny autostop czas zacząć! 🙂

Marek