Polowanie na gejsze, czyli druga odsłona Kioto

Kobieta do towarzystwa – Po polsku w Japonii – Wzruszony Tommy Lee Jones – Piękno zen

Wieczorny spacer po chyba najsławniejszej dzielnicy Kioto – Gion odbyliśmy dwa razy w nadziei, choć niewielkiej, że zobaczymy gejszę, a najlepiej młodą gejszę-praktykantkę – maiko. Szansa bardzo mała na takie przeżycia, ale może najpierw w bardzo wielkim skrócie – o co z tymi gejszami chodzi.

wp_20161116_16_13_22_pro
Polowanie na gejsze na ulicach Gion – trudna sprawa.

Gejsza to kobieta, która przez lata szkoli się w tradycyjnym śpiewie i tańcu japońskim, w ceremonii parzenia herbaty i ogólnie zabawianiu gości podczas przyjęć i bankietów. Słowo gejsza można przetłumaczyć na człowiek-sztuka, czyli krótko mówiąc – artystka. Gejsze to jeden z najbardziej rozpoznawalnych i niezwykłych symboli Japonii – żywy zabytek. Obecnie zawód gejszy wykonuje niewiele pań. Dawniej było ich nie tylko więcej, ale miały one wielki wpływ na kulturę japońską, podtrzymywanie tradycji, a nawet, jako żony, czy kochanki ważnych osobistości, na politykę kraju. Często mylono je na świecie z prostytutkami. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że podczas okupacji amerykańskiej wiele prostytutek stylizowało się na gejsze, a żołnierze nie specjalnie dostrzegali różnicę. Można dyskutować o tym jak cienka linia jest między "prostytutką", a "utrzymanką", ale tą drugą prawdziwa gejsza mogła jeszcze być – tą pierwszą być jej się po prostu nie opłacało. Również dziś panowie płacą olbrzymie sumy jedynie za spędzenie wieczoru w towarzystwie kilku gejsz, które umilą im te chwile tańcem, rozmową, nalaniem herbaty, alkoholu, czy zapaleniem papierosa. Osobiście szalenie ciekawił mnie zawsze ten element kultury japońskiej.

wp_20161116_16_19_16_pro
Gion to miejsce obfitujące w turystów. Trudno się dziwić.

Chodziliśmy i chodziliśmy, zaglądaliśmy do uliczek, gdzie nie było tłumu turystów. Spoglądałam to tu to tam z nadzieją, że może gdzieś z jakiejś restauracji, czy z któregoś z samochodów wyłoni się maiko. Niestety, nie udało się. Przez chwilę wydawało mi się, że w samochodzie, który przemknął obok nas, na tylnym siedzeniu mignęła mi biała buzia (tradycyjny makijaż maiko wykonuje jaskrawobiałym pudrem). Kierowca skręcił jednak na światłach i tyle go widziałam. Ehhh, szkoda. Tak czy siak Gion warto jest odwiedzić dla samego obejrzenia pięknych uliczek i malowniczych budynków. Trzeba się jednak uzbroić w cierpiliwość, bo tłumy na głównych ulicach tej dzielnicy, zwłaszcza w godzinach wieczornych, są zatrważające.

wp_20161116_18_36_26_pro
Ramen – bardzo pożywna zupka. Ponoć Japończycy najczęsciej wyjadają mięso i kluski, a zupę zostawiają niemal
nietkniętą. 

Pierwszy wieczór po spacerze w Gion spędziliśmy w towarzystwie Marcina, mojego kumpla z liceum, który jest na tyle szalony, że upodobał sobie mieszkanie w Kraju Kwitnącej Wiśni. Nasz gospodarz na kolejne dwa dni – Tommy – wracał późno do domu, więc wybraliśmy się na kolację i coś na rozgrzanie. Marcin zna Kioto bardzo dobrze, bo tworzy tu już od jakiegoś czasu swój doktorat. Mówi biegle po japońsku, magisterium również napisał o kulturze japońskiej, więc doradził nam gdzie się udać, żeby faktycznie zobaczyć coś, co koniecznie zobaczyć trzeba. No i oczywiście opowiedział nam wiele ciekawych rzeczy o historii i kulturze kraju. Poszliśmy zjeść ramen (pożywna zupa z kluskami), a potem udaliśmy się do pubu na piwko, gdzie jak Polak z Polakiem w końcu pogadaliśmy. Pośmialiśmy się z memów o Kwaśniewski, bo okazało się, że wszyscy mamy do nich podobną słabość. Zrobiło się zatem bardzo swojsko i wesoło. Zwłaszcza, że pub prowadził stary, japoński rock'n rollowiec, więc hit się ścielił gęsto ;). 

wp_20161116_22_05_54_pro
Marcin i Ania, czyli ekipa z "Kamyka" po latach. Marek, czyli ekipa z Hawajskiej po kilku piwach.

Następne dwie noce spędziliśmy u Tommiego, który był wielce zapracowany (a to zaskoczenie), ale udostępnił nam swoją podłogę do spania i poczęstował sake. Mieszkał niedaleko rzeki Kamo, która przepływa przez Kioto i jest bardzo malowanicza. Poranny spacer jej brzegami to jeden z najpiękniejszych momentów i najmilszych wspomnień ze "Starej Stolicy". Iść tak sobie, cieszyć się kolorami jesieni, słuchać szumu wody, gadać o niczym i o wszytkim, wcianjąc przy okazji orzeszki w czekoladzie. Było poprostu wspaniale.

wp_20161117_08_39_52_pro
Nadeszła jesień – Tak dobrze z ukochaną – Czerwień i złoto

Czekało na nas jednak jeszcze sporo świątyń do obejrzenia. Na szczęście z pomocą przyszła kawa. Zazwyczaj nie pijam kawy, ale tym razem było mało czasu, a dużo do zobaczenia. Trzeba było się wziąć w garść. Automaty z napojami stoją w japońskich miastach co kilkaset metrów, a czasem nawet częściej. Co ciekawe do wyboru są nie tylko zimne napoje, ale również gorące. Bardzo smaczne. Naszą ulubioną kawę reklamował Tommy Lee Jones. Na maszynach z kawą marki Suntory wisiał plakat, na którym Tommy Lee Jones patrzy w zadumie na wschód (lub zachód, co kto woli) słońca, słucha muzyki w słuchawkach, pije kawę, a łza wzruszenia ścieka mu po policzku. No jakże mieliśmy nie kupić tak zacnego produktu!? Jak się z resztą okazało Tommy wie co dobre. Ze wszystkich zapuszkowanych lur, ta była najmniej lurowata. Tylko do dziś kombinujemy czy ta łza to z powodu pięknych okoliczności przyrody, wspaniałej muzyki, czy rewelacyjnej kawki :P.

wp_20161116_11_39_58_pro-1
Broni nas przed kosmitami, wyprawia pogrzeby Melkiadesowi Estradzie, ściga Harrisona Forda, płacze przy kawie.

Naładowani kofeiną ruszyliśmy do Świątyni Ginkaku-ji i jej Srebrnego Pawilonu – letniej rezydencji jednego z szogunów. Pawilony – symbole Kioto, są tak na prawdę do obejrzenia dwa: Złoty i Srebrny, ale ten pierwszy, jak nam objaśnił Marcin, to nówka sztuka – odbudowany w XX wieku. Srebrny Pawilon otoczony bajecznymi ogrodami jest faktycznie z XV wieku. Ginkaku-ji to świątynia Zen. Spokoju tego niezwykłego miejsca nie są w stanie zagłuszyć nawet dzikie tłumy turystów. Z resztą większość pędzi do Złotego Pawilonu, który jest znacznie bardziej okazały i faktycznie złoty. Tymczasem Srebrny Pawilon jest srebrny tylko z nazwy. Otaczają go za to przepięne drzewa oraz unikalne kamienne i piaskowe ogrody.

wp_20161117_11_51_49_pro
Co tu pisać jak nic nie trzeba pisać.

Na koniec przespacerowaliśmy się (odwiedzając po drodze jeszcze kilka miejsc) do Świątyni Heian – jednej z ważniejszych świątyń szintoistycznych na terenie Japonii. Świątynia, jak na standardy Kioto jest względnie nowa, ale jej rozmiary i bramy torii są doprawdy imponujące. Modlitwa w szinto nie jest zbyt skomplikowanym procesem. Pokłon, klaśnięcie dłońmi, chwila zamyślenia na wypowiedzenie życzenia czy podziękowanie bogom za przychylność. Można również zakupić tabliczkę dziękczynną (albo całą bramę świątynną, jak już wspominaliśmy) lub wróżbę. Ważną kwestią jest też proces oczyszczenia. Przed wejściem do świątyń japońskich często spotykanym widokiem jest obmywanie rąk, czy nóg. Rytułały szinto często związane są z wodą i myciem, co może wyjaśniać sławną na cały świat japońską manię czystości.

wp_20161117_13_55_29_pro
Świątynia Heian

Po zwiedzaniu Kioto byliśmy bardzo zmęczeni, ale wiedzieliśmy, że zobaczyliśmy jedynie niewielki fragment. Z jednej strony na własne oczy obejrzałam miejsca o których od tak dawna marzyłam, o których czytałam w książkach, które z lubością oglądałam w filmach. Z drugiej wiedziałam, że muszę odpuścić, że wszystkiego w Kioto nie zobaczę. Że musiałabym tu zamieszkać na dłuższy czas, żeby na prawdę poznać to niezwykłe miasto. 

wp_20161117_12_21_48_pro
Brama do nirvany?

Mieliśmy zostać w Kioto jeszcze dwie noce, a musieliśmy pożegnać się z naszym zapracowanym i nieśmiałym gospodarzem, Tommym. Niestety nie mógł nas już dłużej trzymać na swojej podłodze. Znaleźliśmy więc bardzo nietypowe miejsce na nocleg…ale o tym napisze Wam już Marek w kolejnym artykule.

Ania