Pędzimy do Kioto, czyli co się stało, gdy się wcześnie wstać nie udało

Marzenia o szybkości – Uniform i wszystko wiesz – Surfing w cichym deszczu – Luksusy i luksusy

Spóźnieni ze względu na byczenie się w pierzynach dotarliśmy na SA, gdzie mieliśmy nadzieję na szybkie złapanie okazji. Najlepiej takiej, która będzie jechać daleko. Najlepiej takiej, która będzie jechać od razu do Kioto. Ale z dużym bagażnikiem, żeby plecaków na kolanach nie trzeba było taszczyć. A idealnie to by było, jakby jeszcze kierowca jechał tak ze 100 km/h cały czas…no czasem 110…120 najwyżej. Marzenia piękna sprawa, ale wcale nie było łatwo się na tego stopa ustawić. "Serbisu eria" była tak skonstruowana, że samochody rozjeżdżały się w różne strony, a przy głównym wyjeździe nie można, bo tam już ruch za szybki. Ehhh. Wyglądało na to, że trochę postoimy. Zrobiło się jednak bardzo miło, kiedy podszedł do nas młody robotnik i wręczył dwa pączki nadziewane curry, pokazując, że jak je zjemy, to będzie nam cieplej. Musieliśmy bardzo biednie wyglądać.

Skąd wiemy, że był robotnikiem? Po ubraniu oczywiście! I nie, że był brudny od smaru – nic z tych rzeczy. Poprostu w Japonii ludzie ubierają się często w odpowiednie uniformy. Zwłaszcza do pracy, co ułatwia rozróżnienie kto jest kim. Profesor? Sweter, kamizelka, sztruksy, szalik wokół szyi. Pracownik fizyczny? Specjalny kombinezon – spodnie połączone z bluzą. Pracownik korporacji, czyli tak zwany Sarariman? Czarny garnitur, czarny krawat, nieodłączna teczka. Nie pomylisz się. Wiesz kto jest kim, żadnej ściemy nie będzie. O japońskim zamiłowaniu do uniformów na świecie jest z resztą głośno. Potwierdzam jednak, to nie sterotyp.

Wracając do naszego miłego pana robotnika, pączka dał, ale nadzieję odebrał. – Hichichajku…uuu…- zdziwił się i łamaną angielszczyną dodał, że sobie ze 2 godziny postoimy pewnie. Mylił się jednak. Po pół godzinie stania wybraliśmy się na krótką przerwę toaletową, a w drodze powrotnej zagadał do nas sympatycznie wyglądający młodzieniec, który, jak sie okazało z radością do następnego SA nas zawiezie. Radował się bardzo, każde nasze zdanie powodowało u niego wybuchy śmiechu, wielce zaraźliwego z resztą. Bardzo się ucieszył kiedy Marek seriami zaczął wymieniać nazwiska japońskich skoczków narciarskich. Na koniec uraczył nas próbkami kremu do rąk, bo jak się okazało, handlem właśnie tym produktem się zajmował.

Kolejny przejazd –  dwóch panów, którzy skoczyli z nami o kilkadziesiąt km. Miejsce jednak nie było najlepsze – nie było to duże SA i niewielu kierowców się tu zatrzymywało, a zaczęło padać i robić się coraz ciemniej. Tak się kończy za późne wyjście na stopa, ale co było robić? Staliśmy i szczerzyliśmy zęby. Deszcz się wzmagał, więc przenieśliśmy się pod dach. Sytuacja wyglądała dość marnie. 

wp_20161114_13_10_58_pro
Takie obrazki na japońskich parkingach. Człowiek wyjdzie z Osi, ale Oś z człowieka nie zawsze…;)

Kiedy już rozważaliśmy którą toaletę trzeba wybrać na nocleg pojawił się wybawca. Zobaczył naszą karteczkę z napisem "Kioto", wyraził zainteresowanie, więc rzuciliśmy się do niego z mapą. Na migi wyjaśnił, że może podwieźć tylko do większego SA. Zaskoczyło nas trochę, że nie mówił ani po angielsku, ani nie zagadywał po japońsku. Większość kierowców nie zrażała się tym, że nie umiemy mówić w ich języku. Radośnie gadali do nas i do siebie samych. A tu cisza. Sprawa wyjaśniła się w samochodzie, gdzie nasz dobroczyńca napisał na karteczce: "Jestem głuchy". Wręczył nam wizytówkę i dowiedzieliśmy się, że ma na imię Tatsuro, a zajmuje się sprzedażą sprzętu surfingowego. Na koniec jazdy zarządził selfie i…wepchnął Markowi w ręce 2000 jenów. Próbowaliśmy jak mogliśmy odmówić – nie dało się. Pokazał nam żeby brać i zjeść jakiś ciepły posiłek przed łapaniem kolejnej okazji, bo tu dużo kierowców, więc na pewno coś złapiemy. 

wp_20161114_17_18_18_pro
Tatsuro – nasz wybawca i fundator kolacji. Surfer, znakomity kierowca. Filantrop.

Zgodnie z zaleceniem zjedliśmy pyszną zupę, wypiliśmy herbatę i czas był ruszyć w dalszą drogą. Zatrzymaliśmy się przy papierośnicy, gdzie właśnie nałogowi oddawał się młody jegomość. Tam wyszczerzyłam zęby i trzepocząc wdzięcznie rzęsami pomachałam mu przed nosem kartką z napisem Kioto. – Kioto – zawołał wesoło – Ja też Kioto – powiedział. A następnie zabrał nas do "porszaka" z napędem 4×4! Pierwszy raz w życiu mi się zdarzyło jechać taką marką i przyznać trzeba, że było wygodnie i szybko. Do hostelu zdążyliśmy w prawdzie na ostatnią chwilę (couchsurfing znaleźliśmy tylko na dwie noce), ale udało się. Plan wykonany, pokój z tatami, tradycyjne przesuwane drzwi, bardzo ładny, futon miękki, duża wanna. W końcu wanna! Wiedziałam, wiedziałam, że w Japonii prędzej czy później będą mogła się wykąpać :D. Pierwszy raz od ponad 3 miesięcy. I w końcu, na reszcie jestem w Kioto – marzenia się spełniają.

Ania