Autostop w Japonii, czyli jak Yuki Ota pomógł nam dojechać do Tokio

W którym szaleństwie jest metoda? – Zorganizowana akcja – Lost in translation – Kaka demona

Autostop w Japonii to bardzo nieprzewidywalna sprawa i niezwykłe doświadczenie. Trudno znaleźć optymalny sposób łapania okazji, bo za tym co Japończyk za kierownicą pomyśli, gdy cię zobaczy, po prostu nie trafisz. Jedno jest pewne – trzeba dotrzeć na serbisu eria nad ranem, bo na to aż się ktoś zatrzyma, można czekać pięć minut albo dwie godziny. Gdy wyruszaliśmy z Osaki, dotarliśmy na SA około godziny 8. Zaopatrzyliśmy się w wysokokaloryczny prowiant na drogę, a potem zdobyliśmy dwie mapy okolicznych autostrad. Jedną po japońsku dla kierowców, a drugą po angielsku dla nas. Strzeżonego…i tak dalej. Zlustrowaliśmy nasze pole bitwy i znaleźliśmy najlepszy punkt do łapania okazji. Chcieliśmy, żeby kierowcy ze wszystkich pasów ruchu widzieli nas z daleka, w miarę możliwości nawet przez szyby sklepu czy restauracji. Mogą się wtedy dłużej namyślić, zobaczyć jak się zachowujemy i czy można nas zaprosić do samochodu. Nie zawsze można spełnić wszystkie te wymagania, ale trzeba się postarać, bo to ma tutaj większe znaczenie niż w Gruzji czy Kirgistanie. 

wp_20161110_08_33_40_pro
Serbisu Eria. To akurat niezbyt duże, ale bywają najprawdę ogromne. Rozpoczynamy autostop Osaka-Tokio!

Autostopowicz w Japonii nie jest bardzo częstym widokiem, chociaż ludzie są zaznajomieni z tym zjawiskiem. Hitchihaiku (serio) to coś co robią zwykle studenci albo przyjezdni z Europy, Stanów czy Australii. Dlatego od początku witały nas głównie uśmiechy i pokłony ze strony kierowców i pasażerów. Oznaczało to tyle, że rozumieją naszą sytuację i przepraszają, że nie mogą nas zabrać. Nawet jeśli po prostu nie chcą. Po jakimś czasie zatrzymał się starszy pan, biznesmen w garniturze, który po angielsku zapytał dokąd jedziemy, ale okazało się, że nie tam gdzie on. Minęło ledwie 10 minut, więc byliśmy dobrej myśli – nie powinno być problemu. Po kolejnej godzinie podszedł do nas pracownik ze stacji benzynowej, wyposażony w karton i flamaster. Gdy dowiedział się, że jedziemy do Tokyo, powiedział, że to bardzo daleko i wysmarował nam wielki napis "Nagoja", a na drugiej stronie "Tokio". Po japońsku i angielsku. Do dzisiaj nie możemy rozgryźć czy taki znak pomaga, czy przeszkadza.

Bardzo uprzejmy, japoński kierowca pomyśli być może: "Jadą do Nagoi, a ja skręcam 60 km wcześniej. Niegrzecznie byłoby ich zabrać i zostawić na drodze. Nie mogę ich wziąć. Uśmiech. Ukłon. Pomacham jeszcze."

Oczywiście nas uradowałaby podwózka do dowolnego SA przy trasie do Nagoi, a później Tokio, ale w czasie naszych podróży po Honsiu, korzystaliśmy z napisów tylko, gdy dostaliśmy takie od kierowców. Po niecałej godzinie podeszła do nas starsza pani i wytłumaczyła nam na migi, i za pomocą mapy, że jedzie ze swoim mężem tylko do Kyoto, ale mogą nas podrzucić do następnego serbisu eria, czyli nieco ponad dwadzieścia kilometrów. Dobrze było ruszyć się z miejsca. Państwo nie mówili po angielsku ani słowa, a nasz japoński był ograniczony tylko do: "dziękuję", "dzień dobry", "do widzenia", "zielony", "kot" oraz "panie Funaki jest pan ulubionym skoczkiem narciarskim mojego syna". Kapitał niewielki, ale momentami procentował.

Starsi państwo dowieźli nas do SA, z którego rozciągał się piękny widok na jezioro Biwa, największe w Japonii. Arigato gozaimassssssssss! (dziękuję bardzooooooo uprzejmieeeee!) Krótka przerwa, usadowienie się w strategicznym punkcie przed wyjazdem z parkingu i znowu dużo pokłonów, machania, uśmiechów. Trzeba przyznać, że nawet przy nienajlepszej pogodzie, lepiej się stało, gdy wszyscy się do nas uśmiechali. W pewnym momencie byliśmy tak uskrzydleni tą serdecznością, że lada chwila wyrosłyby nam skrzydła i tak wyposażeni, w huragan ludzkiej dobroci, polecielibyśmy aż do Tokio…Hiehiehie…No niestety aż tak dobrze się nie czuliśmy. Prawdę mówiąc, uśmiechy bardzo sympatyczne, ale po dłuższym czasie nie miały już większego znaczenia. Oczywiście nie zmieniliśmy się w cynicznych tetryków, a w naszej romantycznej skorupie nie powstało żadne pęknięcie, nic z tych rzeczy. Nadal czekaliśmy na księcia, na białym rumaku, ale wyobraźcie sobie, że pod Waszą zimną wieżą przejeżdża co chwilę jakiś baron czy inny hrabia, z hufcem zbrojnych, uśmiecha się do Was promiennie i krzyczy "Powodzeniaaaaa i nie przejmujcie się smokieeeem!". 

wp_20161110_10_37_02_pro
Jezioro Biwa. Dzięki częstym postojom, mogliśmy zobaczyć trochę Japonii 🙂

Postaliśmy trochę, poskakaliśmy, żeby się rozgrzać i w końcu zatrzymał się samochód, w którym dwóch gastronomów zasuwało w okolice Nagoi. Bariera językowa była w tym przypadku trochę mniejsza, ale raz, że pomogli trochę Hidetoshi Nakata i Shinji Kagawa (warto znać choćby dwóch piłkarzy z każdego kraju 😉 ), a dwa, że bardzo pomocny okazał się tłumacz google. Jakkolwiek tłumaczenie z japońskiego na polski nie wychodzi najlepiej, to zabawa jest przy tym przednia. Zostaliśmy na przykład zapytani, czy jesteśmy parą mężów, czy tylko dwoma facetami, podróżującymi razem. Ah te niuanse językowe.

wp_20161110_10_36_38_pro-1
Czasem trzeba przystanąć i zrobić romantyczne selfie 😉

Pogawędziliśy trochę w ten sposób o pracy, o jedzeniu o tym, co jedliśmy i dlaczego nie sashimi. Bardzo wszystkiemy się dziwili, entuzjastycznie reagowali na każdą udaną wymianę zdań i w ogóle super nam się jechało. Zapunktowaliśmy również tym, że wyznaliśmy iż jesteśmy fanami szermierki, a do Tokio jedziemy głównie po to, żeby w końcu zobaczyć na żywo japońskiego mistrza – Yukiego Otę. Ale się ucieszyli! Nie wiedzieli, że po igrzyskach Yuki skończył karierę, ale przecież mógłby wpaść do hali zupełnie przy okazji, prawda?

Dotarliśmy do kolejnego SA, na którym panowie wysadzili nas, a sami poszli na papierosa. W Japonii nie można palić na ulicach, w żadnym miejscu publicznym, więc nawet na wielkim parkingu, trzeba udać się do smoking-roomu. W takiejże to wędzarni nasi dobrodzieje zagadali do ludzi, czy ktoś nie jedzie w stronę Nagoi czy Tokio i nie ma ochoty podrzucić dwójki autostopowiczów, którzy są wielkimi fanami Yukiego Oty. Momentalnie znalazły się dwie koleżanki, Kyoko i Chika, które podjęły się wyzwania.

Po angielsku też nie mówiły zbyt dobrze, ale oznajmiły, że mogą nas zawieźć na SA, który znajduje się jakieś trzydzieści kilometrów za Nagoją. Miodzio. Dziewczyny były bardzo radosne, roześmiane i po krótkiej wymianie zdań między sobą, zagadały do nas. Na początku werbalnie, ale później również zdały się na translator. Okazało się, że szukają kogoś "przeprowadzającego się do Tokio, w książce z twarzami". Trochę zbaranieliśmy, ale zaproponowaliśmy, żeby tłumaczyły z japońskiego na angielski i od razu poskutkowało. Po prostu rozpowszechniły na facebooku informację, że jedziemy do Tokio (oglądać Yukiego Otę) i czy ktoś by nas nie przejął w drodze. Akcja zyskała więc wymiar krajowy.

wp_20161110_12_40_27_pro
Kyoko i Chika. Szalooone.  

Nikt chętny na nas się niestety w internecie nie znalazł, ale Kyoko i Chika nie poddawały się łatwo. Gdy dojechaliśmy na kolejny SA, najpierw zaczęły szukać rejestracji tokijskich, a potem łowić ludzi i wprost prosić o to, żeby podwieźli nas do Tokio albo w jego kierunku. Bo chcemy zobaczyć Yukiego Otę. Jedna para nawet im nie odpowiedziała, patrząc się tylko dziwnie, ale za to kolejny zapytany od razu się zgodził. Gościu ponad czterdziestoletni, w różowiutkim Subaru, w różowiutkich kroksach, z długimi blond włosami i złotym zębem. Po angielsku też ani w ząb (hłe hłe hłe). Powiózł nas jednak doskonale. Na japońskich autostradach, choć są na prawdę dobrej jakości, nie można przekraczać prędkości 100 km/h. Jednak nasz kierowca grzał dobrze ponad 130, dzięki czemu nadrobiliśmy trochę czasu.

wp_20161110_14_20_04_pro
Różowa torpeda

Ponieważ jechał sam i nie mogliśmy zajmować go rozmową przez translator, w ciszy podziwialiśmy piękne krajobrazy, a nawet zdrzemnęliśmy się zdziebko. Wysadził nas jakieś sto kilometrów od Tokio, więc byliśmy spokojni, że do mieszkania naszej gospodyni z couchsurfingu nie przyjedziemy o skandalicznej porze. W Tokio udało się bowiem załatwić noclegi na cztery noce – trzy u francuskiej studentki, Emmy, a jeden u Japończyka, Yonniego. Tym razem nie zostaliśmy przekazani kolejnemu kierowcy prosto do samochodu i musieliśmy, po zjedzeniu obiadu, znowu złowić coś sami. Tym razem odwróciliśmy tekturę na drugą stronę, gdzie dumnie prezentował się napis TOKYO. Byliśmy pewni, że w tak niewielkiej odległości od stolicy, ludzie będą się wprost zabijać w walce o to, żeby nas podwieźć. 

wp_20161110_14_51_26_pro-1
Kluchy, rosół, owoce morza – recepta na szczęście

Godzinę później musieliśmy zweryfikować nasze poglądy i chociaż widok na ocean mieliśmy całkiem niezły, zaczynało się już ściemniać, a to nigdy nie jest dobra wiadomość dla autostopowiczów. Nadzieja nie zaczęła nas może opuszczać, ale niecierpliwie przestępowała już z nogi na nogę. W tej właśnie chwili zatrzymał się rodzinny samochód, z bardzo rodzinną rodziną japońskich Japończyków.

wp_20161110_15_33_19_pro
Przed nami ostatni etap drogi do Tokio. 

Okazało się, że jadą do Tokio, do tej samej dzielnicy co my, a nawet tej samej stacji metra. Wspaniali ludzie! Dzieciątko nie było co prawda zachwycone naszym pojawieniem się, ale rodzice byli bardzo przyjacielscy. Zagadywał nas głównie on, czyli Osamu, bo ona prowadziła samochód. Sam powiedział, że jest DJem radiowym i dziennikarzem, który niegdyś grał na gitarze w zespole metalowym, a Polskę owszem kojarzy, bo jest fanem Behemota. Nie zdziwiliśmy się. Zdradziło go to, że był ubrany na czarno, miał długie włosy, brodę, niski, dudniący głos i różowe podkolanówki. Zaraz, co? Ah ten japoński eklektyzm!

Do Tokio dojechaliśmy bardzo sprawnie – niestety na obwodnicy i w samym mieście zaczęły się korki. Nie narzekaliśmy jednak. Siedzieliśmy wygodnie, rozmawialiśmy z Samem, który bardzo się ucieszył, że chcemy zobaczyć Yukiego Otę, ale "wydaje mu się, że ten już skończył karierę". Och nieee!  Wkrótce podjechaliśmy pod ich dom, pożegnaliśmy się serdecznie i zostaliśmy skierowani do najbliższej stacji metra. Stamtąd ruszyliśmy w stronę naszego lokum. Niestety używanie translatora w trakcie jazdy zużyło moją baterię, nawigacja ledwo zipiała i musieliśmy bardzo szybko znaleźć budynek, w którym mieszkała Emma. Wyszliśmy na powierzchnię i wystarczyła chwila zawahania, by pomocna Japonka zapytała się czego szukamy. Pokazaliśmy adres i chociaż nie wiedziała gdzie to jest, zaprowadziła nas do najbliższej budki dzielnicowego, który wyjął super-dokładną policyjną mapę i pokazał, gdzie mamy się kierować. Z małą pomocą miejscowego i kilku Holedrów, trafiliśmy za trzecim razem. Niech żyją miejscowi i Holendrzy!

Marek

3 myśli nt. „Autostop w Japonii, czyli jak Yuki Ota pomógł nam dojechać do Tokio”

  1. Jesteście zaradni i dzielni. Brawo. A jak widać z relacji z podróży najbardziej życzliwe są kobitki.

     

    1. Bez życzliwości pań swiat stanąłby w miejscu i ni hu hu (to chyba po japońsku – w dialekcie).

       

      1. Zgadza się, to chyba jakiś żargon z Hokkaido 😉

        A co do tego kto jest najbardziej życzliwy, to się jeszcze okaże 😉

Możliwość komentowania jest wyłączona.