Pierwszy japoński świt, czyli Osaka na przystawkę

Osaczeni w Osace – Wyludnione ulice – Kolorowe liście – Sekretny tunel

Włóczęga po Osace zajęła nam cały dzień. Nie zobaczyliśmy wiele atrakcji turystycznych, ale nie od dzisiaj wiadomo, że dla nas atrakcją jest miasto samo w sobie. Zamiast więc jeździć drogim jak cholera metrem, pogalopowaliśmy na piechotę. Najpierw przez dzielnice południowe, które wydawały się kompletnie wyludnione. Ludzie w pracy, więc mijanych na ulicy osobników dało by się policzyć na palcach rąk i nóg. Ulice bardzo czyste, pomimo znikomej ilości koszów na śmieci, ale za to z dużą ilością restauracji, w których najtańsze dania wydały nam się zupełnie niedrogie, jak na Nippon. Pomyśleliśmy sobie, że to wspaniale i że wrócimy tutaj na kolację. Dlaczego o tym mówię? To trochę jak ta scena z kucharzem w "Polowaniu na Czerwony Październik".

wp_20161109_21_53_31_pro
Byliśmy wyjątkowo uważni, więc nie musieliśmy nabywać zatyczek.

Idziemy więc i idziemy, i idziemy i w końcu docieramy do pierwszego punktu, świątyni Shitennoji. Prawdopodobnie jest to najstarsza świątynia buddyjska w Japonii, wybudowana jeszcze "before it was cool", pod koniec szóstego wieku naszej ery. Oczywiście z pierwotnej struktury nie zachowało się nic, a obecny kształt nadano jej już po wojnie. Była to też pierwsza świątynia, w której mogliśmy wejść do pagody i zobaczyć jak wygląda w środku. Niestety przy zakazie robienia zdjęć. W środku na wszystkich kondygnacjach znajdowały się tysiące tabliczek, upamiętniających  przodków.  W trakcie zwiedzania przbytku, trochę się rozpadało, więc weszliśmy do pobliskiego pawilonu, w którym po prostu się siedzi. Można coś zamówić albo nie, ale przede wszystkim można odpocząć.

wp_20161109_12_32_55_pro
Kamienna brama do świątyni. Jest zimno, ale Ania rozradowania.

Posiedziliśmy trochę, studiując mapę i wytyczając dalszą drogę, do Zamku Osakańskiego…Osakskiego? Osaczonego? Tak czy inaczej, poszliśmy, wkraczając tym samym do centrum miasta. Centra miast japońskich są oczywiście bardzo rozległe, a czasem jest ich kilka. Osiedla są stare, ale były wielokrotne przebudowywane ze względu na liczne katastrofy naturalne i Drugą Wojnę Światową. Osaka została wtedy niemal zrównana z ziemią, a z zamku zostały jedynie fundamenty. Skąd my to znamy. Odbudowa udała się jednak znakomicie i mogliśmy podziwiać nie tylko piękną fortecę, ale również wspaniały park miejski. 

wp_20161109_15_43_46_pro
Zamczysko jak się patrzy. Jak się nie patrzy to też zamczysko.

Jesień w Japonii jest cudowna. Nic, że zimno, że pada. Liście zmieniają kolory i ze względu na specyficzną wegetację, nie spadają z drzew tak szybko. Trochę jak w Polsce, ale barwy jakieś takie bardziej nasycone. 

Czy sautte, czy w zestawieniu z krajobrazem miejskim, wygląda to wspaniale, a turyści tłumnie ściągają, by obejrzeć jak matka natura zmienia makijaż na jesienny.

wp_20161109_15_31_15_pro
Obrazek wielowarstwowy. Człowiek, przyroda, beton.

Nachodziliśmy się porządnie, więc po obejrzeniu zamku z zewnątrz, wymknęliśmy się z turystycznej sitwy i rozpoczęliśmy odwrót strategiczny. Zatrzymaliśmy się jeszcze w jednym centrum handlowym, aby zakupić japońską kartę sim, dzięki której mogliśmy korzystać z internetu. By zdobyć telefoniczną, trzeba się nakombinować, napopodpisywać, a i nie zawsze to to działa jak należy. Postawiliśmy więc na sieć internetową. Trochę nas kosztowała, ale mieliśmy zapewniony kontakt z ewentualnymi gospodarzami, a także nawigację przy naszych pieszych wyprawach.

wp_20161109_14_55_44_pro
Mógłbym robić tam zdjęcia godzinami, gdyby nie to, że było bliżej zera niż dalej.

W brzuchach burczało nam już porządnie, więc udaliśmy się do jednej z zaobserwowanych rano knajpek, gdzie wypatrzyliśmy tanią strawę. Ku naszemu zdziwieniu wszystkie okazały się zamknięte! Co u licha, nie jedzą po pracy? Czy pracują tak długo, że knajpy otwierają się dopiero po 20? W ostatniej chwili udało nam się jednak wypatrzeć jeden bar z japońskim fast foodem. Bardzo smacznym i na pewno zdrowszym, niż te, do których przyzwyczailiśmy się w Europie. Danie zamawia się w automacie, z którego pobierany jest paragon. Ten trzeba wręczyć kucharce i w 10minut wszystko jest podane do stolika. Ceny niższe niż w większości stołecznych lokali. Zupa miso gratis.

wp_20161109_18_08_05_pro
Ryż, kurczak, warzywo, zupa piwna i miso – bulion gotowany na mięsie bonito z wodorostami, z dodatkiem pasty ze sfermentowanej soi.

Następnego dnia mieliśmy ruszyć autostopem do Tokio, więc trzeba było wcześnie się położyć. Łapanie okazji na samych autostradach nie jest legalne, więc trzeba udać się do Punktu Obsługi Podróżnych, czy jak kto woli Service Area. Po japońsku "serbisu eria". Serio. Niestety dotarcie do takiego miejsca nie jest zawsze bardzo łatwe, więc postanowiliśmy wyruszyć z hotelu o 6 rano. Recepcja otwierała się dopiero o 7.30, więc klucz musieliśmy zostawić tam już wieczorem, a i prysznic (kilka kabin na parterze, na cały hotel), trzeba było uskutecznić o odpowiedniej porze. Pobudka przed świtem, śniadanie z Family Martu i ruszamy w drogę. Najpierw długi przejazd metrem do stacji, która znajduje się najbliżej SA, a potem kilka kilometrów na piechotę. Bagatela.

wp_20161109_13_37_59_pro
Kuszono nas różnymi przysmakami, ale chińskiej kuchni mieliśmy dosyć 😉

Szło się bardzo przyjemnie, przez dzielnicę domków szeregowych, posiadłości i innych lokali, które nie ograniczały się do jednego pokoju z aneksem kuchennym i łazienką. Dzięki precyzyjnej nawigacji, nie mieliśmy problemu z dotarciem w pobliże SA, ale nie potrafiliśmy znaleźć wejścia dla pieszych. W końcu to stacja dla podróżnych, a podróżny porusza się samochodem. Poprosiliśmy o pomoc jednego z przechodniów, a ten zapytał się następnego i następnego, aż w końcu wspólnym wysiłkiem udało się odnaleźć sekretny tunel (naprawdę porządnie ukryty), przez który trafiliśmy do świątyni autostopowicza. Nie jest to popularna religia w Japonii, więc musieliśmy najpierw trochę się przygotować. Materialnie i mentalnie.

wp_20161109_09_52_13_pro
W hotelu czuliśmy się dobrze, ale czasem trochę wyalienowani 😉

Marek