Śpiewanie na Tajwanie, czyli do tanga trzeba sześciorga

101 sposobów na herbatę – Strzelanie i węże – Takie Tango po chińsku – Ukłon w stronę Japonii

Kolejne dni zleciały nam bardzo towarzysko. Magda i Jason to bardzo gościnni ludzie, a oprócz nas, schronienie u nich znalazła kolejna para couchsurferów – Nina oraz Sam. Belgijka i Brytyjczyk. Wspólnie schodziliśmy kawał miasta, wjechaliśmy kolejką linową na pobliskie wzgórze, gdzie mieliśmy okazję napić się herbaty parzonej i podawanej w tradycyjny sposób. Później chcieliśmy wjechać do Starbuckska, znajdującego się na 38 piętrze Taipei 101, ale okazało się, że było już zamknięte. Drugi co do wysokości budynek na świecie zobaczyliśmy więc tylko z zewnątrz i trzeba przyznać, że stanowi ładny widok. Przy okazji zobaczyliśmy też pomnik Su Yan Tsena. Ojca założyciela ustroju republikańskiego w Chinach, który czczony jest na równi przez komunistów i narodowców. Farciarz.

wp_20161106_16_02_07_pro
Herbata piękna, widoki pyszne.

Potem udaliśmy się na jeden z nocnych targów. W Tajpej jest ich kilkanaście i każdy z nich to wielki bazar, gdzie można kupić, zjeść i pograć. Do wyboru: strzelanie do balonów, strzelanie do tarczy, stawianie butelki do pozycji pionowej za pomocą sznurka, rzucenie kulami do celu i wiele, wiele innych. Można wygrać misia. Grać, nie graliśmy, ale za to zjedliśmy zupę na wężu. Niestety nic szczególnego. Sam rosół niezły, ale mięso…aż za delikatne. Alkohol z dodatkiem żółci wężowej też bez smaku. Mieliśmy pecha albo za dużo się nasłuchaliśmy przed podróżą. Tak czy owak wyprawa była bardzo udana (za wyjątkiem wspomnianej zupy) i choć wróciliśmy zmęczeni, to bardzo zadowoleni, że dane nam było poznać trochę miejscowego folkloru turystycznego. Jak dziwnie by to nie brzmiało.

wp_20161106_19_44_05_rich
Taipei 101 w pełnej, nocnej krasie. 

Kolejny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek i organizowanie sobie noclegów w Japonii. Bardzo ciężka robota. Japończyków jest bardzo dużo, ale są bardzo zapracowani i mają niedużo przestrzeni życiowej, więc wyszukanie odpowiednich osób zajęło nam cały dzień. Zdążyliśmy zjeść śniadanie i lunch, składające się ze śmierdzącego tofu (oczywiście) oraz omletu ze smażonymi ostrygami, a potem pochłonęła nas praca. Na szczęście mieliśmy dobre towarzystwo w postaci dwóch kotów syjamskich, które głośnym miauczeniem motywowały nas przy robocie. Do wieczora wysłałem chyba z dwa miliony próśb do japońskich gospodarzy, ale na koniec dnia przyszedł czas na trochę rozrywki. Skorzystaliśmy mianowicie z tego, że jesteśmy na Tajwanie, a ceny nie są kosmiczne i wybraliśmy się całą szóstką do karaoke baru.

wp_20161106_20_50_13_rich
Takie niby nieskomplikowane, a takie trudne…

Karaoke jest tu bardzo popularne, ale zabawa wygląda zupełnie inaczej niż tradycyjne śpiewy w polskich pubach czy klubach. Grupa przyjaciół wynajmuje bowiem pokój z odpowiednim sprzętem grającym i oprogramowaniem, bawiąc się tylko we własnym gronie, bez ryzyka publicznej kompromitacji, które wielu osobom potrafi odebrać odwagę. Co prawda ledwo się znaliśmy, ale trochę piwa i ogólny klimat w grupie zrobiły swoje. Niestety nie było bardzo wielu hitów, które gdzie indziej bralibyśmy w ciemno, ale za to Jason rozpoczął swój występ od chińskiej wersji piosenki…"Takie Tango". Okazuje się, że cover utworu Budki Suflera był hitem na Tajwanie i mówi o czymś zupełnie innym niż oryginał. W ogóle nie o tangu. Dalej poszło już z górki i śpiewom nie było końca. To znaczy był po 4 godzinach, ale przez ten czas wyśpiewaliśmy wiele piosenek i ogólnie bawiliśmy się setnie. Nawet kiedy rachunek okazał się wyższy niż zapowiadano ;).

wp_20161107_22_04_43_pro
Celine Dion we wraku Titanica by się przewracała, gdyby usłyszała…Brawurowe wykonanie "My Heart Will Go On"

Była to nasza ostatnia noc w Tajpej, bo rano musieliśmy sprawnie zebrać się na samolot do Osaki. Pożegnaliśmy się z Jasonem i z Magdą, pożegnaliśmy skacowane i śpiące powłoki, znane nam jako Samuel i Nina, a potem ruszyliśmy na lotnisko. Droga była długa, odprawa też, więc chyba pierwszy raz dotarliśmy do bramki w trakcie trwania boardingu. Zwłaszcza, że chińska firma, od której kupiliśmy bilety nie dała mi okazji do wykupienia dodatkowego limitu na bagaż rejestrowany, a miesiąc przed wylotem chciała za to więcej kasy niż przewoźnik tuż przed startem. No nie ważne. 

wp_20161107_15_35_23_pro
Omlet z ostrygami, czyli klasyczne śniadanie po tajwańsku.

Po wylądowaniu powitały nas niezwykle uprzejme uśmiechy japońskiej służby celnej oraz emeryci-wolontariusze, którzy sprawdzając nasze odciski palców, wypytywali o to skąd jesteśmy. Jeden z nich był kiedyś w Warszawie, ale zna tylko niemiecką nazwę miasta. Podejrzana sprawa…

Niestety nie udało się znaleźć nikogo, kto by nas przenocował przez dwie noce, ale za to zarezerwowaliśmy bardzo tani hotel. Jak na japońskie standardy oczywiście. Dodatkowym plusem było to, że dało się tam pojechać bezpośrednio z lotniska i nie musieliśmy się nigdzie przesiadać. W godzinę dojechaliśmy do hotelu, który stoi tuż przy stacji metra (pewnie dlatego taki tani). Recepcjonista, kłaniając się średnio co trzydzieści osiem setnych sekundy, wyjaśnił nam co i gdzie, a potem wręczył klucz do pokoju. Lokum było w zasadzie jednoosobowe, ale co tam, nie jesteśmy tacy znowu wielgachni, więc się zmieściliśmy. Family Mart, znany nam z Chin i Tajwanu, był pod ręką, a w nim gotowy ZUT – zestaw ubogiego turysty – suhi, jakaś kiełbaska, jakiś omlet, jakieś takie kuleczki z jakiegoś takiego mięsa. W każdym razie zestaw bardzo smaczny, podlany łykiem Sapporo Gold sprawił, że spało nam się nieziemsko. Rano ruszyliśmy na zwiedzanie i zaczęliśmy liczyć niewymuszone ukłony od wszystkich mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni – takie zadanie matematyczne dla niewychowanych Europejczyków. Ciekawe wielce ile tego będzie na koniec. Po odkłonieniu się recepcjoniście wyszliśmy zatem na jesienne, ale słoneczne ulice Osaki…

wp_20161108_21_45_06_pro
Całkiem niezłe jak na kupione w ichniej Żabce 😉

Marek i trochę Ania