Z wizytą u dyktatora i mała wspinaczka, czyli kolejne dni w Tajpej

Zmiaaaaanaaaa waaaaartyyyyyy – Uśmiech rzeźnika – Cuchnący przysmak – Zmiana lokum

Na drugi dzień zwiedzania Wicherek zapowiedział deszcz i postanowiliśmy poszlajać się po muzeach, spędzając większość czasu pod dachem. Same muzea nie były szczególnie ciekawe, a w Muzeum Sił Zbrojnych niewiele dało się zrozumieć z ekspozycji, ale za to działo się trochę w pierwszym punkcie naszej wędrówki po mieście. Odwiedziliśmy mianowicie memoriał Czang Kaj-Szeka i, siłą rzeczy, zobaczyliśmy znajdujące się tuż obok gmachy filharmonii i teatru narodowego.

wp_20161104_11_16_18_pro
Po prawej filharmonia, a po lewej teatr. Albo na odwrót.

Przy pomniku dyktatora odbywała się akurat uroczysta zmiana warty. Choreografia nie była może porywająca, ale nie ze względu na brak umiejętności żołnierzy, tylko na tempo jej przeprowadzania. U nas sprawa jest szybka i prosta. Krok marszowy nieskomplikowany, ale zadziorny, z przytupem. U Amerykanów na wzgórzu Arlington celebra jest większa. Żołnierze chodzą jakby się skradali i maszerowali jednocześnie, a inspekcja broni jest bardzo rzeczowa. Tutaj wartownicy ruszali się dynamicznie, ale przede wszystkim klatka po klatce, zamierając w kolejnych pozycjach. Wyjątkiem były oczywiście elementy musztry i inspekcja broni, która miała charakter mniej fachowy, a bardziej pokazowy. Całość dłużyła się w pewnym momencie niemiłosiernie i z ulgą przyjęliśmy ostateczną zmianę warty.

wp_20161104_11_04_55_pro
Chłopaki muszą trochę jeszcze poćwiczyć nad synchronizacją.

Mogliśmy po niej bliżej przyjrzeć się pomnikowi samego generalissimusa. Niestety nastąpi teraz mała wrzutka historyczna. Pan generał, czy też pan generalissimus, czy też pan prezydent, to postać wielce kontrowersyjna. Dla jednych bohater, dla innych krwawy tyran, dla trzecich pół na pół. Postać jakich w historii bardzo dużo. Brał udział w rewolucji, która doprowadziła do powstania Republiki Chińskiej, a potem, jako naczelnik Kuomintangu, starał się powstrzymać kontrrewolucję komunistyczną. Z małą przerwą na rozejm i wspólną walkę z Japończykami w czasie Drugiej Wojny Światowej. To ostatnie udało mu się bardzo dobrze, natomiast w wojnie domowej przegrał z kretesem (i komunistami). On i resztki jego zwolenników schronili się na Tajwanie, gdzie kontynuował chińską tradycję repub….znaczy chińską tradycję kultu jednostki. Rządził twardą ręką, przeciwników mordował lub więził i dopiero pod koniec jego rządów, a także na początku rządów jego syna, system zaczął zakręcać troszeczkę w stronę tego, który na Tajwanie panuje obecnie.

wp_20161104_11_18_34_pro
Pogoda nienajlepsza, ale pogoda ducha dopisuje 😉

Wracajmy jednak do teraźniejszości i pomnika prezydenckiego. Wielki posąg, generał w pozycji siedzącej. Patrzy na ludzi i…uśmiecha się dobrotliwie. Wygląda bardzo zażywnie (Stachu, potwierdź!) i aż chciałoby się podejść i przytulić. "Chodźcie dzieci!" – zdaje się mówić "Każdy Chińczyk to mój przyjaciel i wnusio, pod warunkiem, że myśli dokładnie tak samo jak ja, he heeee!". 

wp_20161104_11_14_52_pro
Tradycyjnie ubrany, skromny, uśmiechnięty, zapożyczony. Na zachodzie mówili o nim –  generał Cash My Check.

Dzień zakończyliśmy pyszną kolacją u naszych kochanych gospodarzy, a potem spacerem z ich psem – Teddym. W czasie przechadzki rozmowy różne, w czasie których idzie (idzie – ha ha ha) poznać naszych gospodarzy lepiej. Oboje urodzili się już na Tajwanie, ale ich rodzice pochodzili z kontynentu. Mają podwójne obywatelstwo, bo kilkanaście lat mieszkali w Belize, gdzie Jimmy nadal prowadzi jakieś interesy. Zarówno on jak i Grace są już na emeryturze, bo zajmują sobie czas wolontariatem w różnej postaci. W przyszłym roku będą na przykład pomagać przy obsłudze uniwersjady, która odbędzie się w Tajpej. Łasy na to jest zwłaszcza Jimmy, pasjami ogląda koszykówkę. Oboje lubią baseball, który na Tajwanie jest sportem narodowym. Przede wszystkim jednak to zapaleni podróżnicy, którzy nie tak dawno jeszcze byli w Polsce. Oczywiście bardzo smakowały im pierogi i kiełbasa. O trunkach nic nie mówili, bo nie piją alkoholu. 

wp_20161104_17_52_26_pro
Dobrze nas karmili, nie ma co!

Ostatniego dnia gościny zabrali nas o poranku na wycieczkę po okolicznych wzgórzach, by pokazać swój ulubiony szlak oraz całkiem ładną panoramę Tajpej. Niestety widoczność nie była zbyt dobra, ale wspinaczka się przydała, bo na śniadanie kazali nam zjeść kluchy na parze, nadziewane mięsem, a potem bułeczki ryżowe z nadzieniem sezamowym. Nie protestowaliśmy szczególnie ostro.

wp_20161105_09_59_25_pro
Obelisk Twardziela. Jak tu dotarłeś znaczy, że jesteść gość. Czterech gościów, czyli Anna, Grace, Jimmy i ja.

Zresztą po wyprawie zaprowadzili nas do knajpki, gdzie podawano prawdziwie chiński przysmak. Cuchnące Tofu. Tak to się nazywa, serio. W ogóle chińskie jedzenie nazywa się zwykle tak, jak się je widzi. Żadne tam szatobriandy, bezy pawłowej. Po prostu kluchy z tym i tym albo ryż z owym. Wracając jednak do tofu – rzeczywiście cuchnie. Kiedy stoi się na zewnątrz knajpy, wyziewy cuchną najbardziej. W środku tylko śmierdzi, a jak już zaczyna się jeść, to zaledwie nieźle daje. W smaku jest bardzo dobre i szybko stało się ulubioną przekąską Ani. Jimmy i Grace byli bardzo zdziwieni, że nam smakuje. Nie próbowali kiszonych, kiedy byli w Polsce. 

wp_20161105_11_25_48_pro
Naprawdę bardzo dobre i pożywne. Smród da się wytrzymać. 

Po powrocie do domu jedzenia ciąg dalszy. Ania podjęła się przygotowania pożegnalnego obiadu. Tradycyjne zestawienie. Mięso w panierce, puree, marchewka. Nie ma czasu na kaczkę z jabłkami 😉 Dołączyły do nas dwie córki Jennifer i Jessica, więc całość zniknęła w sprawnym tempie. Dziewczyny bardzo sympatyczne, ale nie zdążyliśmy się lepiej poznać, bo musieliśmy wychodzić i zmienić lokum. Jimmy i Grace nie mogli nas dłużej gościć, więc przez CS zdobyliśmy nocleg na trzy noce u Magdy i Jasona, pary polsko-tajwańskiej. Mieliśmy im dać znać z autobusu miejskiego (wszystkie mają WiFi), że wysiadamy przy umówionej stacji metra i jedziemy do nich. Niestety pech chciał, że w tym jednym autobusie nastąpiła awaria sieci, a potem nigdzie nie mogłem złapać darmowego internetu (jak na złość, bo on naprawdę jest prawie wszędzie), więc pojechaliśmy dalej, nie informując nowych gospodarzy, o tym gdzie jesteśmy i licząc na to, że złapiemy internet na miejscu. wp_20161105_08_12_28_pro
Teddy był smutny, że już sobie idziemy…

Na stacji nie ma netu. Zostawiłem Anię i plecaki przy wejściu do metra i popędziłem szukać. W McDonalnd's nie ma. KFC nie ma. Knajpa sushi nie ma. Starbucks! Jest! Nie, nie ma…A jednak jest! Napisałem szybką wiadomość, gdzie czekamy i wróciłem do Ani dokładnie w momencie, gdy Magda i Jason (dla pewności z koszulką z orłem w koronie i napisem "Polska") przyszli po nas, bo, jak powiedzieli, "oszacowaliśmy, że akurat powinniście przyjeżdżać". Prorocy jacyś czy co? 

Marek

Jedna myśl nt. „Z wizytą u dyktatora i mała wspinaczka, czyli kolejne dni w Tajpej”

  1. Teddy bardzo milusi, szkoda, że mu było smutno, ale mu zdjęcia wyślijcie, to się poczuje lepiej.

     

Możliwość komentowania jest wyłączona.