Miasto pięciu kóz, czyli jak smakują gołębie

Kozy czy barany? – Zośka czy badminton? – Nad rzekę czy wyżerkę? – Wolimy korniszony! 

Oczarowani Makao i gościnnością Andre, nieco ociężale ruszyliśmy do granicy, by w Zhuhai kupić bilety na pociąg do Kantonu. Wszystko udało się nam bardzo sprawnie i już po niedługim czasie pędziliśmy na północ. Momentami nawet 200 kilometrów na godzinę. Dojechawszy na dworzec południowy, przesiedliśmy się w metro i wróciliśmy do przytulnego mieszkania Lulu, której jeszcze nie było w domu, ale że dała nam klucze, to nie musieliśmy czekać pod bramą osiedlową. Swoją drogą, gdy za pierwszym razem odbierała nas z ulicy, nakazała ciszę, gdy przechodziliśmy obok ochroniarza. Każdy Chińczyk przyjmujący pod swój dach obcokrajowca, ma bowiem obowiązek zameldować o tym fakcie na policji. Z naszych doświadczeń jasno wynika, że nikt tego nie robi, niemniej na strzeżonych osiedach trzeba się mieć na baczności.

wp_20161028_16_39_04_pro
Słynna, Czerwona Wieża w Kantonie. Jest w Kantonie. Jest czerwona. Jest wieżą. 

Lulu to bardzo pracowita dziewczyna i codziennie późno wracała z pracy, więc wieczory, poza ostatnim, spędzaliśmy w sosie własnym. Jeden dzień poświęciliśmy na przepierkę absolutną, a drugiego i trzeciego ruszyliśmy na miasto. Musieliśmy zostać dzień dłużej, ponieważ nasza gospodyni w Hongkogu, wracała do domu dzień później niż planowaliśmy. No bezczelna 😉  Po Kantonie spodziewaliśmy się bardzo dużo i być może dlatego trochę się zawiedliśmy. Nie było oczywiście źle. Piękny parki, piękne świątynie, a nawet jedna katedra. Niestety zamknięta na cztery spusty, więc mogliśmy zobaczyć tylko z zewnątrz. Potem udaliśmy się do miejscowego muzeum, które jest polecane przez przewodniki i ma opinię najlepszego w Chinach południowych. Hmmm. Wydaje mi się, że czasy gdy oferuje się tylko eksponaty w gablotach już minęły, a wiele więcej tam nie zobaczyliśmy. Opisy nienajlepsze, historia zarysowana przeciętnie. Zarówno w Urumczi jak i w Lanzhou było pod tym względem zdecydowanie lepiej. 

wp_20161028_17_04_52_pro
Ot koza! No i ten pomnik sławetny.

Humory poprawiła nam wycieczka do parku, w którym oprócz pięknej natury, mogliśmy zobaczyć pozostałości murów miejskich, słynną, Czerwoną Wieżę oraz symbol miasta, czyli Posąg Pięciu Kóz, zwany, nie wiedzieć czemu, Posągiem Pięciu Baranów. Zadowoleni, ale zmęczeni rozpoczęliśmy odwrót strategiczny, urozmaicony porcją pysznego sushi. Z przyczyn oczywistych, dużo tańszego niż w Polsce. Powrót do domu, regeneracja, bo następnego dnia, wiele się miało dziać. Po pierwsze, mieliśmy spotkać się z Qian. Qian, czy też Cathy poznaliśmy jeszcze w Warszawie, gdy przyjechała na parę dni z Newcastle, gdzie studiowała. Została wtedy u nas cztery dni i bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Niestety nie była pewna czy wróci do domu na nasz przyjazd, więc nie mogła nas ugościć, ale na kilka godzin stała się naszym przewodnikiem. Miło było zobaczyć znajomą twarz i miło było zostać trochę oprowadzonym. 

wp_20161028_18_10_03_pro
Sushi po kantońsku. Tanie jak barszcz po ukraińsku.

Qian zaprowadziła nas do bardzo uroczego parku, gdzie ludzie ćwiczą tai-chi, kung-fu, grają w badmintona albo w coś na kształt naszej "Zośki". Sprzedawca lotek do tej gry rozegrał ze mną nawet mały sparing. Godzina dziennie przez miesiąc i kopałbym tyłki ;). Z parku wyszliśmy głodni, a Qian postanowiła zaprezentować nam klasyczną kuchnię kantońską. Najpierw spróbowaliśmy zupy z kluskami ryżowymi i grzybami, a potem innej, rybackiej. Przepis na nią jest prosty. Ryż, trochę chrupkiego pieczywa i to, co akurat wpadnie człowiekowi do sieci. Nie jestem pewien, co wpadło tego dnia, ale było bardzo dobre. To nie był jednak koniec naszych kulinarnych doświadczeń. Otóż zjedliśmy gołębia. Hodowlanego, młodego gołębia, który smakował jak coś pomiędzy kurczakiem, a kaczką, czy może gęsią. W każdym razie był naprawdę pyszny. 

wp_20161029_15_37_05_pro
Mały powiew warszawskich wspomnień, czyli spotkanie po latach z Qian vel Cathy 🙂

Na koniec wycieczki z Qian odwiedziliśmy akademię konfucjańską, czyli świątynię ku czci pracowitości i wiedzy. Siedemnastowieczna budowla, a właściwie kompleks, prezentowała się naprawdę imponująco, a rzeźbienia przy bramach i na niektórych ścianach, były po prostu wspaniałe. Kupiliśmy jeszcze Ani farbę do włosów, a potem pożegnaliśmy się z Qian, by pojechać na dworzec wschodni i spotkać się z Hazel, czyli naszą gospodynią z Hongkongu. Okazało się, że akurat jest w Guangzhou i postanowiliśmy kupić wspólnie bilety na pociąg. Pierwszy raz nie musieliśmy przy tym okazywać dokumentów. Qian powiedziała nam przed rozstaniem, że powinniśmy wieczorem pójść nad rzekę, bo jest tam naprawdę pięknie, ale okazało się, że Lulu uda się wcześniej wyrwać z pracy i będziemy mogli się w końcu zintegrować. Zaproponowaliśmy, że zrobimy coś polskiego do wspólnej kolacji, ale nie mogliśmy znaleźć produktów w pobliskim sklepie, więc Ania skonstruowała sałatkę ziemniaczaną, bo jakimś cudem udało sie nam zdobyć korniszony.

wp_20161030_12_16_01_pro
Wieża w świątyni Banyan. Odnowiona, ale fundamenty mają prawie 1500 lat.

Wieczór upłynął nam przeto wesoło, a oprócz Lulu i nas, przyszły jeszcze: Emma i….Chyba nie zostaliśmy sobie przedstawieni. W każdym razie ma męża i dziecko we Włoszech, ale mąż i dziecko to też Chińczycy. Oprócz wspomnianej sałatki ziemniaczanej, na kolację spałaszowaliśmy sałatkę z małymi rybkami na ostro, ogórek w sosie sojowym na ostro, coś na kształt szpinaku i świeże krewetki. Do tego stopnia świeże, że żywe tuż przed wrzuceniem na patelnię. Wszystko było pyszne, sałatka Ani cieszyła się wielkim powodzeniem u chińskich dziewcząt, a wieczór upłynął nam bardzo miłych rozmowach o niczym i wszystkim. Dosyć wcześnie poszliśmy spać, bo Lulu należał się porządny sen po ciężkim tygodniu pracy, a my mieliśmy jeszcze plany przed wyjazdem z Kantonu.

wp_20161029_20_22_01_pro
Uśmiechy promienne, bo zaraz rozpocznie się uczta. I picie dobrego wina.

Z ciężkimi tobołami wyszliśmy z mieszkania dosyć wcześnie, by po drodze zobaczyć jeszcze świątynia Banyan, a potem z zapasem czasowym dotrzeć do dworca. Dobrze się stało, bo okazało się, że odprawa paszportowa po stronie chińskiej ma miejsce jeszcze przed wejściem do pociągu. Zdążyliśmy na pociąg w ostatniej chwili. Może przedostatniej, bo w ostatniej zdążyła Hazel. Pogadaliśmy sobie o życiu i śmierci, zdrzemnęliśmy się kapkę i nim się obejrzeliśmy, byliśmy w Hongkongu. No dobra i tak byśmy się nie oglądali, ale wiadomo o co chodzi. Hongkong powitał nas niezłą pogodą i pieruńsko drogą komunikacją miejską. Przynajmniej w skali dotychczasowych naszych doświadczeń. Szok cenowy nam się przydał, przygotował nas trochę do pobytu w Japonii, ale najważniejsze jest to, co czekało nas na miejscu. O czym napisze Ania w następnym odcinku 🙂

wp_20161029_20_20_04_pro
Pożegnalna kolacja u Lulu. Lu-lu-lubimy ją bardzo.

Marek

3 myśli nt. „Miasto pięciu kóz, czyli jak smakują gołębie”

  1. Ania, pamiętaj, że azjatyckie farby są sporo mocniejsze, bo dostosowaane do inej struktury włosa, nie wykonuj instrukcji z ulotki co do joty 😉 !!! 

  2. No nareszcie! Proszę się nie obijać z pisaniem, bo Wasi wierni fani czekają z utęsknieniem na kolejne wpisy. A robi się coraz ciekawiej.

Możliwość komentowania jest wyłączona.