Wyspa uśmiechniętych ludzi, czyli Tajwan

Jadźka, pomóc Ci?! – No to ci pomogę! – Podróż z tysiącem uśmiechów – Gdyby Chiny… – Świątynie wielu wyznań

Wiedzieliśmy, że Tajwan obejrzymy jedynie przez 6 dni i jak się następnie okazło przez cały ten czas żałowaliśmy, że nie możemy zostać przez 6 tygodni. O wyspie wiedzieliśmy raczej niewiele, potraktowaliśmy ją jako odpoczynek i tani postój przed Japonią. Zdecydowaliśmy, że te 6 dni poświęcimy na stolicę. Wszelkie wypady wgłąb wyspy kosztowałyby nas sporo wysiłku, a Chiny trochę nasze siły nadszarpnęły. 

wp_20161103_12_13_14_pro
Ania nadal czuła się jak disneyowska księżniczka, więc zaczepiała zwierzęta w parku.

Pierwsze trzy dni gościć nas miało małżeństwo: Grace i Jimmi – pokoleniowo bliższe naszm rodzicom niż nam, co na chousurfingu jest raczej nietypowe. Wylądowaliśmy na lotnisku w Tajpei, stolicy Tajwanu i ruszyliśmy do autobusu, zgodnie ze wskazówkami naszej gospdyni, zdobywając po drodze plan miasta i metra. Musieliśmy w mieście zrobić przesiadkę, by dojechać do punktu docelowego. Tajwan posługuje się językiem chińskim tradycyjnym, który w odróżnieniu od kontynentalnego chińskiego uproszczonego jest dużo bardziej skomplikowany w piśmie. Liczba kreseczek, kropeczek i daszków w pierwszej chwili przytłacza. Staliśmy zatem przez chwilę przy planie autobusu, szukając właściwego przystanku w gąszczu znaków. Ten krótki, bo kilkunastosekundowy moment zawachania wystarczył, by podszedł do nas młody Tajwańczyk. Płynną i ładną angielszczyzną zagadnął czy może potrzebujemy pomocy. Nieco zaskoczeni tak nagłą chęcią wsparcia zaczęliśmy tłumaczyć, że szukamy przystanku. Miły pan rozpoczął poszukiwania wraz z nami. Następnie spytał o adres, pod który zdążamy i odnalzał najbliższy przystanek. Stwierdził, że trochę będziemy mieli do przejścia, więc ona nas zawiezie taksówką i zaraz dodał, że ona stawia. Dziękowaliśmy jak najęci, a młody człowiek zapakował nas sprawnie do taksówki. Okazło się, że jest lekarzem w pobliskim szpitalu. Nie tylko zawiózł nas pod drzwi, ale zadzwonił do Grace – naszej gospodyni, żeby nas przekazać "do rąk własnych". Nawet nie zdążyliśmy się dowiedzieć jak ma na imię, na nasze podziękowania uśmiechnął się jedynie, powiedział, że drobiazg, nie ma sprawy i zniknął. Łał! Godzina na Tajwanie i już honor lekarzy świata został przywrócony (kirgiski neurochirurg, jak może Czytelnicy pamiętają zbrukał go swymi podstępami). 

wp_20161103_14_46_30_pro
Spacer brzegiem rzeki umilały nam rozliczne parki i insze, miłe zakątki.

Grace i Jimmi przyjęli nas z równą serdecznością, posadzili przy stole, pogadali, nakrmili pyszną kolacją. Wygodne łóżko było wspaniłym dopełnieniem obrazu. Rano wstaliśmy wyspani, w doskonałych humorach, a Grace przygotowała omlety na śniadanie. Nic tylko ruszać i zwiedzać Tajpei!

wp_20161103_11_12_37_pro
Ściana najwyższej mądrości w świątyni konfucjańskiej. No i jakiś mur, z malowidłem w tle.

Może zanim przejdę do dalszych przygód – kilka wyjaśnień na temat Tajwanu, bo jest to państwo bardzo wyjątkowe. W skrócie rzecz ujmując – Tajwan uważa, że jest właściwą Republiką Chińską, czyli krótko mówiąc – to są zdaniem Tajwańczyków prawdziwe Chiny. Rząd Chiński po prostu czasowo przeniósł się na Tajwan w związku z rebelią komunistów na kontynencie. Jak wiemy, to "czasowo" trwa już od ładnych paru dekad, a właściwie od ponad półwiecza. Tymczasem Chiny Ludowe nie uznają Tajwanu – dla rządzącej krajem partii komunistycznej Tajwan należy do Chin, czyli do nich i koniec kropka, nie ma o czym gadać. Nie ma o czym gadać do tego stopnia, że Tajwanu nie uznaje większość społeczności międzynarodowej. Przykładowo w Europie – jedynie Watykan. Mało tego – Komunistyczna Partia Chin zagroziła, że jeśli Tajwan oficjalnie ogłosi, że jest oddzielnym krajem, to Chiny podejmą wszelkie środki, łącznie z siłowymi, by szybciutko zmienili zdanie. Tajwan zatem nie ogłasza, choć pomysły by ogłosić, co jakiś czas się pojawiają. Obecna partia rządząca bardzo by tego chciała.

wp_20161103_11_15_11_pro
Chińskie świątynie buddyjske i konfucjańskie akademie nie wiele się od siebie różnią pod względem architektonicznym.

Zatem wszyscy wiedzą jak jest – Tajwan to odzielne państwo, ma odzielny rząd, podejmuje decyzej sam, w większości krajów ma placówki dyplomatyczne, choć nieoficjalne. Na Tajwanie jest demokracja, wolność słowa, wolność wyznania, nie ma blokad internetu, wojska na ulicach, prześwietlania bagażu w metrze. Wszyscy to wiedzą, ale by nie drażnić Chńskiego Smoka nikt tego nie przynaje. 

wp_20161103_12_05_29_pro
Smoki. Smoki wszędzie!

Tymaczasem wystarczy wyjść z lotniska w Tajpei, żeby wiedzieć, że już nie jesteśmy w Chinach Ludowych. Nagle wszyscy się do Ciebie uśmiechają. Nagle jeśli pierwsza zapytana osoba nie zna angielskiego, to druga, już tak. Nagle nikt nie pluje i nie smarka na ulicę, nie rzuca pestkami słonecznika gdzie popadnie. Nagle samochody nie chcą Cię przejechać, skutery potrącić, a sygnalizacja świetlna ma faktyczne znaczenie. Nagle w metrze czekają wszyscy grzecznie w ogonku aż wysiądą ludzie z wagonika, a potem wsiadają – nikt nikogo nie przepycha, nikt nikogo nie zgniata. Nagle miejsca dla osób uprzywilejowanych są puste, nikt na nich nie siada, a nawet jeśli, to starszej osobie ustąpi. Nagle widzisz czym byłyby Chiny gdybi nie rewolucja, nie komnunizm, nie Mao…

Może kraj by nie był tak wielki. To centralne sterowanie w końcu utrzymuje go w całości. Jednak wielkość nie zawsze mierzy się kilometrami kwadratowymi i z tego też nagle zdajesz sobie sprawę. Nie twierdzę, że Chiny Ludowe, które przecież gościły nas przez ponad miesiąc, nie są ciekawe, że jest brud, syf i bieda z nędzą – nic z tych rzeczy, wcale nie! Wystarczy jednak polecieć na Tajwan by poczuć różnicę, by dojrzeć co ponad pół wieku pod rządami komunistów może zrobić. Jakie są zmiany nawet nie w budynkach, miediach, zabytkach, czy w gospodarce, ale w ludziach. Bardzo pouczające doświadczenie, polecane zwłaszcza młodym.

wp_20161103_15_17_04_pro
Świątynia Longsheng w Tajpei.

Wracając jednak do naszych przygód – ruszyliśmy przez Tajpei zadowoleni, na każdym kroku stykając się z uśmiechami, życzliwością i pomocą, jeśli była nam takowa potrzebna. Postanowiliśmy w pierszym dniu zwiedzić świątynie w mieście. Zaszliśmy zatem do buddyjskiej, taoistycznej oraz konfucjańskiej, gdzie Marek postanowił spróbować jednej z sześciu konfucjiańskich sztuk – powożenia. W prawdzie w wersji elektronicznej – na ekranie komputera, ale i tak zaraz władował konia do wody ;). 

wp_20161103_11_41_24_pro
To była trudna jazda. Strasznie tępe bydlę. No i jest jeszcze koń.

Następnie świątynia boga miasta. Spacer wybrzeżem rzeki był ostatnim punktem dnia – na więcej już sił nie starczyło, ruszyliśmy zatem do Grace i Jimmiego, by spędzić z nimi miły, spokojny wieczór i spróbować przyrządzonych przez Grace przysmaków. Na kolację czekała nas ryba, wieprzowina w jakimś sosie, ostre pikle, gotowane pataty i oczywiście ryż. Pyszne, wspaniałe, nie mam słów. Odwidzięczyliśmy się deserem – znaleźliśmy bowiem w supermarkecie lody Grycana! Na serduszku jakby cieplej (a to przecież lody – buahahahaha..hahaha..haha…ha – M.) 

wp_20161103_18_08_19_pro
Rybcia palce lizać.

Ania