Jednak zwykle jest wesoło, czyli Kunmingu odsłona druga

Austin i Alian na ratunek – Cztery sery – Zjedliśmy wszystko – Wywieźliśmy się na leżący

W Salvadorze spędziliśmy sporo czasu, korzystając z potężnego wi-fi, a także z kibelka.W nim jednak możliwości były ograniczone:

wp_20161018_12_59_51_pro

wp_20161018_13_00_46_pro

Z Austinem umówiliśmy się w piekarni, w której szefuje jego dziewczyna, Alian. Dotarcie tam zajęło nam sporo czasu, bo przybytek znajduje się w ciemnej, wąskiej, krętej uliczce, której nie są w stanie umiejscowić nawet umiejscowieni miejscowi. Po kilku próbach poprosiliśmy Austina o pisemne instrukcje dla przygłupów i po dwóch kolejnych próbach trafiliśmy bez pudła ;). Austina jeszcze nie było, ale za to przywitała nas Alian, która pochodzi ze wschodniego wybrzeża Chin, rzut beretem od Tajwanu. Pogadaliśmy sobie trochę o naszej podróży, o dziwnej sytuacji z Heather, o piekarni, o ogórkach kiszonych. Pełen przekrój. Sama piekarnia nazywa się "As you like" i serwuje doprawdy przepyszne sałatki, pizze i ciasta. Kuchnia nie za bardzo chińska, ale kogo to obchodzi, kiedy wcina quattro formaggi? To najpopularniejsza pizza wśród obcokrajowców, bo Chińczycy generalnie nie lubią żółtego sera. Ma dla nich bardzo nietypowy zapach i smak, a pleśniowy to już w ogóle fuuu i ochyda. Mamy remis, bo niektóre odmiany cuchnącego tofu też pewnie by mi przez gardło nie przeszły. 

Austin dołączył do nas po jakimś czasie. Chudy, brodaty, szeroko uśmiechnięty Kalifornijczyk, którego nie sposób było nie polubić. Podpasowaliśmy sobie poczuciem humoru, więc cała nasza czwórka w najlepszych nastrojach powędrowała z piekarni, przez kampus uniwersytecki, do przytulnego mieszkania naszych gospodarzy, mieszcącego się na 27 piętrze. Powitali nas wietnamskim piwem, a rozmowa toczyła się dalej. Od paraliżu przysennego (trzeba było wytłumaczyć Alian kilka demonicznych koncepcji) do władzy w Chinach. No właśnie – w końcu. Trafiliśmy do domu, gdzie można było absolutnie szczerze porozmawiać i nie bać się zadawania pytań. I nie dotyczyło to tylko Austina, ale również Alian. Powiedzieli o kontrolach w internecie, o wielkim stopniu inwigilacji prywatnej korespondencji, o ludziach znikających w dziwnych okolicznościach, o tym, że pod płaszczykiem tolerancji, większość religii jest gnębiona. Ot na przykład w czasie ramadanu stałą zagrywką szefów jest zapraszanie pracowników na rozmowę i częstowanie herbatą. Jeżeli pracownik wzbrania się przed wypiciem, ciach, i jest ekspracownikiem. Zwłaszcza w Junnan jest to spory problem, bo mieszka tu pół miliona muzułmanów, którzy nie należą do innej grupy etnicznej. Pomimo kilku poważniejszych tematów cała rozmowa była dla nas wielkim odpoczynkiem psychicznym. Konwersacja niewymuszona, na naszym poziomie abstrakcji – miodzio 🙂

wp_20161018_23_57_05_pro
Nawet jeśli  rozmowa schodziła czasem na cięższe tematy, humory i tak dopisywały 🙂

W ogóle bardzo ciekawe było skonfrontować własne spostrzeżenia z obserwacjami Austina. Studiuje tutaj już kilka lat, dobrze zna język, zwyczaje, a myśli o pracy w konsulacie amerykańskim w Kantonie. Spośród kilku kwestii, które nam wyjaśnił, była ta najbardziej nas paląca. Otóż Chińczycy co chwila używają słowa, które brzmi jak nigga. Okazało się, że dosłownie oznacza ono tyle co "tamten", a dodatkowo używane jest jako najpopularniejszy przerywnik. Wstawiają go między słowa, gdy muszą nad czymś pomyśleć, kiedy szukają odpowiedniego określenia, a czasem po prostu z przyzwyczajenia. Nigga. Austin opowiedział nam historię, kiedy jeszcze w Kalifornii stał w kolejce sklepowej ze swoim chińskim znajomym. Ten rozmawiał przez telefon ze swoją mamą i kilka razy wtrącił rzeczony przerywnik do zdania, co natychmiast zwróciło uwagę czarnego jegomościa, stojącego przed nimi. Kolega musiał się naprawdę gęsto tłumaczyć 😉 Dowiedzielismy się też dlaczego Chińczycy, wpatrując się w nas uporczywie, sporo uwagi poświęcają naszym butom trekingowym. Otóż w tym kraju rzadko kto wędruje po górach. Zwykle ludzie dojeżdżają na miejsce, po czym zamiast wspiąć się na nogach, wjeżdżają kolejką lub samochodem. 

W Kunming wiele nie zobaczyliśmy. Niestety Ania, niemocą złożona oraz katarem, zaniemogła na parę dni. Odwiedziliśmy więc pobliski park, w którym znajduje się prawdziwy skarb, polecony nam przez Austina – buddyjska restauracja "all you can eat". Płacisz 8 zł i możesz jeść, i jeść, i jeść, i jeść. Pyszne, wegetariańskie specjały – palce lizać! Bierzesz michę i po cichu (nie można głośno rozmawiać przy nakładaniu) dodajesz do niej co raz to nowe dania, a potem repeta. Wszystko w całkiem przyjemnych okolicznościach przyrody. Ogród, staw, kaczki, ludzie ćwiczący tai-chi. Na chwilę nawet słońce wyszło.

wp_20161019_17_24_18_pro
Nawet chora, Ania zawsze znajdzie czas, żeby nacieszyć się jedzeniem 😉

wp_20161019_12_13_44_pro
One with everything

wp_20161019_17_25_05_pro-1
 

Sielanka nie trwała jednak bardzo długo, bo trzeba było podjąć decyzję. Co zrobić z Anią? Żłopała napar z imbiru i cytryny, zażywała chińskie lekarstwo od Austina (całkiem nawet smaczne), inhalowała się, ale poprawa była znikoma. Podjęliśmy decyzję, że trzeba ruszać dalej, do Czangsza. Tam czeka na nas Nancy i jej pięć kotów, które na pewno uleczą nas z wszelkich dolegliwości. W takim stanie 20 godzinna podróż na siedząco i w dymie papierosowym nie wchodziła w grę. Szybko zmieniliśmy nasze bilety na miejsca leżące. Odrobina luksusu od czasu do czasu jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Nie bez żalu pożegnalismy się tedy z naszym dobrodziejem (Alian nie było już z nami, bo pojechała do Kantonu, zdobyć wizę amerykańską) i ruszyliśmy na dworzec. Tym razem nie musieliśmy się tłoczyć w ścisku, ponieważ wiedzieliśmy, że bagaż będziemy mieli przy sobie, w czteroosobowym przedziale. Miękkie łóżka, miarowy turkot pociągu i perspektywa długiego, niezakłócanego niczym snu sprawiły, że zasnęliśmy w ekspresowym tempie, a nad ranem Ania czuła się już zdecydowanie lepiej. Do Czangsza dojechaliśmy o 17, powitani przez chmury i deszcz, ale za to wypoczęci i w dobrych nastrojach. 

wp_20161021_16_36_03_rich
"Mówię ci kochana, jeśli podróżować, to tylko w taki sposób" 😉

Marek

Jedna myśl nt. „Jednak zwykle jest wesoło, czyli Kunmingu odsłona druga”

  1. Bardzo się zmartwiłam chorobą Ani. Czy ma wszystko, co trzeba, żeby stanąć na nogi? Dajcie znać jak się czuje!

     

Możliwość komentowania jest wyłączona.