Nie zawsze jest wesoło, czyli pierwsza odsłona Kunming

Pociągi pozornie są takie cudowne – Zgrzybiała poduszka – Wojna chińsko-rosyjska – Nowa nadzieja

Do Kunming, stolicy prowincji Junnan, jechaliśmy pociągiem kategorii "K", czyli z regularnie kursujących, tym o najniższym standardzie. Nie jesteśmy do końca pewni dlaczego, ale różnica była zauważalna. Zarówno in plus, jak i in minus. Pociąg zatrzymywał się na większości mijanych stacji, musiał ustępować tym nominalnie lepszym, a do tego jechał przez bardzo deszczową okolicę, więc podróż potrwała ponad 20 godzin. Kiedy wsiedliśmy do wagonu w Czengdu od razu zauważyliśmy, że w środku jest…czyściej. Trochę jakby więcej miejsca, toaleta o wyższym standardzie i nie tak usyfiona jak zazwyczaj. Ludzi też nie było zbyt wielu, więc w pewnym momencie mogliśmy się w miarę wygodnie wyciągnąć na siedzeniach i solidnie przespać.

wp_20161016_13_44_49_pro
Wsiąść do pociągu, ale nie byle jakiego, bo Cię nie wpuszczą.

Z drugiej strony byliśmy jeszcze większą atrakcją dla współpasażerów niż zwykle. Niektórzy przychodzili z innych wagonów, stawali obok nas, patrzyli się, zaczynali się śmiać i wracali do siebie. Ludzie gapili się na dosłownie wszystko co robimy. Wiązanie butów jeszcze nigdy nie było tak fascynujące. Nie mówiąc o tym z jakim napięciem wpatrywali się w nas, gdy otwieraliśmy nasze zupki, a potem zalewaliśmy wrzątkiem, a potem, o zgrozo, zaczęliśmy je jeść. Mam wrażenie, że nie chodzi tylko o to, że nasza skóra jest jaśniejsza, oczy inne, ubrania dziwne. Wydaje mi się, że ta inność kontrastuje z tym, że jedziemy akurat tym pociągiem, że nie lecimy samolotem, że jemy dokładnie takie samo jedzenie jak oni, a przecież jesteśmy inni. Może o to chodzi.

wp_20161017_07_31_09_pro
Hit poranka, czyli Marek wcinający coś na kształt kapuśniaka. 

Minusem był też fakt, że nikt nie przejmował się zakazem palenia. Początkowo wychodzili do łącznika, ale potem ktoś zapalił, siedząc na swoim miejscu i zaczęło się. Całopalenie. Solidny sen i przepiękne widoki za oknem wynagrodziły nam jednak stan uwędzenia. Jechaliśmy przez góry, więc często gościliśmy w tunelach wszelkiej maści, ale kiedy już mogliśmy pooglądać sobie widoki, oglądaliśmy z zapartym tchem. Wzgórza całe pokryte intensywną zielenią. Tak szczelnie, że skrawka ziemi spod niej nie było widać. Roślinność z wolna zmieniała się na naszych oczach. Pojawiły się palmy bananowe, uprawy herbaty, kilka mniejszych, tarasowych upraw ryżowych. Pola i poletka uprawne pouciskane wszędzie gdzie tylko się da, po obydwu stronach rzeki …, która wije się malowniczo wśród zielonych gór. Niestety tym razem okno było konkretnie ufajdane, więc pomimo najlepszych chęci zdjęć się za bardzo robić nie dało. 

wp_20161017_07_33_05_pro
Krajobraz za oknem przebija się przez błoto na szybie.

Nasza gospodyni, Heather (nie wiemy jak się naprawdę nazywa), miała być w domu o 11, więc poradziła nam jechać do siebie bezpośrednio z dworca. Pociąg spóźnił się prawie dwie godziny, więc nie martwiliśmy się, że przyjedziemy za wcześnie, ale mimo wszystko przyjechaliśmy za wcześnie. Dotarliśmy po 13, a jej nadal nie było w domu. Na szczęście drzwi otworzył nam inny couchsurfer, który akurat się u niej zatrzymał. Nic na ten temat nie wspominała (zwykle powinno się to zrobić), ale też nie bardzo nam to przeszkadzało. Igor jest Rosjaninem, ale bardzo dobrze mówi po polsku i zjechał kawał naszego kraju, a także studiował rok na UW. Pogawędziliśmy więc bardzo przyjemnie, czekając na Heather.

Mieszkanie było spore, mieściły się w nim trzy sale lekcyjne (wiedzieliśmy, że jest nauczycielką, ale nie przypuszczaliśmy, że będziemy mieszkać w szkole 😉 ), jej pokój, kuchnia i dwa pokoje dla gości. Heather przybyła sporo spóźniona, no ale fryzjer – sami wiecie. Weszła do mieszkania, przywitała się z nami i praktycznie od razu poszła do swojego pokoju. Wyszła kilkanaście minut później, oświadczyła, że wychodzi, no i wyszła. Hm. Oczywiście na couchsurfingu jest tak, że gospodarz i gość nie muszą się jakoś straszliwie integrować, gadać godzinami i zajmować sobą nawzajem, ale tutaj mieliśmy do czynienia z czymś zupełnie nowym. Żadnych pytań, zagajenia, small talku, nawet zwyczajowego "how are you?". Poza tym otaczała ją jakaś dziwna aura. Inaczej tego nie ujmę. Przynajmniej na razie.

Po chwili dołączyła do nas jeszcze jedna couchsurferka, przeeeeeeurocza Rygina z Irkucka. Z miejsca zaoferowała nam makaron z jajkiem i warzywami, który właśnie kupiła dla siebie i Igora. Jedzenia było bardzo dużo, więc starczyło dla wszystkich. Rozmawialiśmy dalej o podróżach, o Chinach, o tym jak je postrzegamy jako obcokrajowcy, a w tym samym czasie rozglądaliśmy się nieco po mieszkaniu. Obok tablicy szkolnej wisiała rozpiska dni tygodnia po chińsku, a obok tłumaczenie na angielski. Kolejno: "Fucking day", "drugging day", "drinking day". Wybaczcie francuzczyznę. Interesujące podejście dydaktyczne i kolejny sygnał, że może jednak nie trafiliśmy najlepiej. Trzeci taki znak otrzymalismy bardzo wyraźnie, kiedy próbowaliśmy pościelić swoje łóżka. I znowu – gospodarz nie ma obowiązku zapewniać gościom pościeli, ale jeśli już decyduje się na to, lepiej żeby była wyprana i nie pokrywała jej pleśń. Tę zauważyliśmy również na ścianach. No zdarza się wiemy, ale poduszka z grzybem na poszewce, to już drobna przesada.

wp_20161017_18_18_36_pro
Makaron i małe piwo pozwoliły nam na chwilę zapomnieć o wątpliwościach dotyczących gospodyni. Do czasu.

Heather wróciła do domu po paru godzinach. Przyszły też dzieci, które odrabiały pracę domową, a w tym czasie ona miała czas trochę się z nami zapoznać. Z okazji owej nie skorzystała. Siedziała sobie w fotelu, zatopiona w komórkowym świecie, a na nasze próby zawiązania dialogu, odpowiadała bardzo lakonicznie, nie wykazując chęci do dalszej rozmowy. Czuliśmy narastający w nas dyskomfort, wyszliśmy więc, pospacerować po okolicy i wrzucić coś na ząb. Kiedy wróciliśmy, Heather nadal pogrążona była w przeglądaniu internetu i jakoś nie mieliśmy ochoty jej od tego odrywać. Siedliśmy na swoich łóżkach, otworzyliśmy piwo, a po jakimś czasie dołączyli do nas Igor i Rygina. Oboje mieli następnego dnia wyruszyć w dalszą drogę i oboje podróżować mieli autostopem. Nic dziwnego – znają język i łatwiej jest im się porozumieć z kierowcami. Pożartowaliśmy sobie, napiliśmy, podzieliliśmy się ciastkami, było dosyć błogo, do momentu, w którym do pokoju zapukała gospodyni.

W pierwszej chwili pomyślałem, że może nareszcie jakaś integracja, ale nie. Chodziło o to, że nazajutrz Heather potrzebuje pomocy. Zapytała  czy jedno z nas może, przed godziną 8, pójść w jakieś miejsce z jakimś nauczycielem, który miałby podpisać jakiś papier. My mielibyśmy tylko stać i wyglądać europejsko. Odpowiedziałem uprzejmie, że gdybyśmy nie mieli za sobą 20-godzinnej podróży, to pewnie bylibyśmy w stanie…Przerwała mi dosyć szybko i stwierdziła, że przecież nie musimy, ona nas gości z dobrej woli i nie musimy jej się niczym rewanżować. W rozmowę włączył się Igor, który chciał zażartować, odnosząc się do jakiejś sytuacji z przeszłości (znali się ponoć od dawna), ale to bardzo pogorszyło sprawę. Po kilkudziesięciu sekundach wywiązała się między nimi dyskusja, która następnie przerodziła się w zwykłą awanturę.

Siedzieliśmy we trójkę zażenowani, wysłuchując rzeczy, których naprawdę wolelibyśmy nie słyszeć, ale ostatecznie wyszło nam to na dobre. Kiedy Heather użyła kilku zwyczajnie rasistowskich argumentów, podjęliśmy decyzję, że rano ewakuujemy się do innej bazy. Napisałem (z bluzgającą Heather w tle) awaryjne prośby do innych couchsurferów w Kunming i na wszelki wypadek zarezerwowałem hostel, gdyby nikt nie odpowiedział. W tym czasie sytuacja uległa wyciszeniu. Rygina wkroczyła do akcji i zawodowo (jest psychologiem) rozdzieliła strony, a potem pogadała z obojgiem na tyle skutecznie, że już się do siebie nie odzywali. W końcu nad ranem i tak mieli się już nie zobaczyć. Niestety Igor i Rygina wyszli bardzo wcześnie rano, więc nie mieliśmy okazji pożegnać się z nimi, a przez nerwową sytuację zapomnieliśmy (jak to my) cyknąć wspólnej fotki. Czekała nas natomiast rozmowa z Heather, w której musiałem bardzo dyplomatycznie wyjaśnić dlaczego chcemy zmienić lokum. Udało mi się całkiem nieźle i pożegnaliśmy się z uśmiechem oraz pełnym zrozumieniem. 

wp_20161018_10_19_43_pro
Nie zrobiliśmy zdjęcia awantury, ale za to jest fotka z pierwszego śniadania po opuszczeniu nawiedzonego domostwa.

Wolni od dskomfortu, pleśni i innych trosk ruszyliśmy na śniadanie. Nie ma jak micha ciepłych kluch w rosole z kaczki. To chyba była kaczka. Za to na pewno pracowała tam bardzo miła kelnerka, która koniecznie chciała zrobić sobie z nami zdjęcie. Nie mogła co prawda wybrać gorszego momentu, bo wyglądaliśmy jak strachy na wróble, ale z drugiej strony może o to jej chodziło. Zapomniałem Wam wcześniej napisać, czytelnicy nasi drodzy, przyjaciele kochani, źrenice naszych serc, że udało nam się znaleźć gospodarza zastępczego na couchsurfingu. Kalifornijczyk Austin, studiujący na miejscowym uniwerku, instruktor yogi i, jak zapewnił, bez grzyba na poduszkach. Mieliśmy cały dzień, więc podjęliśmy karkołomną próbę dotarcia w okolice uniwersytetu, zamelinowania się w kafejce z dobrym internetem i uzupełnienia braków na blogu w oczekiwaniu na wyznaczoną godzinę spotkania. Wspaniały Austin i jego cudowna dziewczyna Alian muszą jednak poczekać na swoje sceniczne wejście do naszego kolejnego wpisu.

wp_20161018_12_59_51_pro
W Salvadorze mieli rury starego typu, więc…No właśnie.

Marek