Hej dziewczyno, czyli jak Ania spojrzała na misie

Jedziemy zobaczyć pandy – Widzimy pandy – Jeszcze więcej pand – Mnisi badmintonisi

Sian pożegnaliśmy w radosnym nastroju, pomimo konieczności bardzo wczesnego wyjścia na pociąg. Za to znowu jechaliśmy w ciągu dnia. Ruszyliśmy do Czengdu, bo właśnie tam znajduje się jeden z ośrodków, w których można obejrzeć pandy wielkie. Do sprawy podchodziłam szczególnie entuzjastycznie z wielu powodów, ale jednym z kluczowych, przynam z lekkim wstydem, był ten, że pandy są słodziachne i straszliwie milutkie ;). Na mój entuzjazm z gatunku "dziewczynka w podstawówce" Marek wznosił wzrok ku niebiosom, za co ciężko było mi go winić, ale co tam (po prostu szukałem korzystnych znaków w przestworzach – M.). Czasem można sobie pozwolić na trochę szaleństwa, zwłaszcza jeśli ma się szansę zobaczyć tak rzadko spotykane zwierzę.

wp_20161013_05_41_05_pro
Wymarsz ze Sian, kurs – Syczuan.

W Czengdu pierwszy raz mieliśmy okazję pojechać chińskim metrem, które jest bardzo czyste, schludne i znakomicie oznaczone. Wszystkie instrukcje od kupna biletu, wsiadania i wysiadania na właściwej stacji, po przesiadanie się między liniami, a nawet ostrzeżenia, by nie potknąć się na śliskiej podłodze są idiotoodporne i do tego po angielsku. Bez problemu zatem dotarliśmy do mieszkania naszych gospodarzy – Lilly i Crisa – bardzo sympatycznego małżeństwa, z którym wymieniliśmy mnóstwo zabawnych uwag na temat trudności języków chińskiego i polskiego. Najpierw zatem ponarzekaliśmy, że znaki chińskie trudne, i dużo, i uczyć się ich wszystkich trzeba. Potem wytłumaczyliśmy mniej wiecej na czym polega odmina przez liczby, przypadki, rodzaje i czasy i obydwoje stwierdzili, że bardzo nam współczują i zasadniczo powinniśmy dostać medale za dzielność. Przy okazji integracji międzykulturowej odmienialiśmy dla naszej gospodni słowo kot, bo kolekcjonuje ona karteczki właśnie z tym wyrazem w różnych językach. Sama posiada aż trzy kotki, z których jedna ewidentanie uznała Marka za najlepsze miejsce na spoczynek i wogóle bardzo się z nim zaprzyjaźniła.

wp_20161014_19_02_17_pro
Kot, kot. Pani matko, kot, kot…

Następnego dnia ruszyliśmy, zgodnie z planem do Chengdu Research Base of Giand Panda Breeding. Przyznać trzeba, że centrum jest na prawdę warte odwiedzenia i to nie tylko ze względu na "słoooodkie pandy". Teren bazy rozrodu czarujących niedźwiadków (że niby pandy to magowie? – M. )jest przygotowany z zachowaniem na prawdę wysokich standardów, a co za tym idzie zarówno jego zwierzęcy mieszkańcy, jak i odwiedzający je goście odczuwają jedynie radość ze współprzebywania. Cały teren obejmuje na prawde piękny park, w którym dominują drzewa bambusowe – ulubione pożywienie pand. Miejsce jest też odpowiednio przystosowane dla turystów, nawet tych najmłodszych. Język angielski znajdziemy na wszystkich tablicach informacyjnych. 

wp_20161014_11_21_15_pro
Park piękny i całkiem smaczny.

Oprócz pandy wielkiej i pandy małej (a właściwie pandy rudej) można tu również spotkać w sezonie letnim wiele odmian motyli oraz różne gatunki ptactwa, w tym czarne łabędzie. Spotkanie z pandą było doprawdy wspaniałym przeżyciem. Zwłaszcza, że właśnie w listopadzie urodzone w okresie wiosennym młode są na tyle duże, że można je już oglądać na wybiegu. W prawdzie maluchy jeszcze intensywniej kultywują tradycję starszych osobników i zasadniczo cały czas śpią, ale słodkości nie można im odmówić. Awwwwwww ;). 

wp_20161014_11_22_01_pro
Ania udaje, że obchodzi ją coś poza pandami, więc zdjęcie z czarnymi łabędziami musi być 😉

Jednak gdy poczyta się jak żyje panda wielka, zaczyna się zachodzić w głowę jak to się stało, że nadal mamy ich jeszcze tyle na świecie. Otóż moi drodzy: zwierzak jest zasadniczo mięsożercą, ale żywi się głównie bambusem. Ponieważ ma żołądek mięsożercy musi tego bambusa wcinać olbrzymie ilości, a przyswaja raptem kilkanaście procent. Zatem ok. 16 godzin spędza na jedzeniu i faktycznie, pandy, które widzieliśmy i które akurat nie spały futrowały się bambusem z prawdziwym upodobaniem.

wp_20161014_11_50_28_pro
No sami powiedzcie – futrują czy nie futrują? Futruuuują.

Jak się żre przez większość dnia, a i tak nic z tego za bardzo nie wychodzi, to nic dziwnego, że nie ma się ochoty na takie nadzwyczajne działania, jak rozmanżanie. Panda wielka kopuluje raczej niechętnie, a w dodatku przez swoje maskujące ubarwienie nie za bardzo ma jak wysyłać wabiące sygnały do partnera. Tak, tak, te cudne czarne plamy wokół oczu, nad którymi tak się wszyscy rozpływają, to dla pand swoisty i osobiście wyprodukowany "seksostop".

wp_20161014_11_43_48_pro
Zważywszy na talenta reprodukcyjne pandy, te maluchy to prawdziwe cudeńka natury 😉

Panda wielka jest też misiem-samotnikiem, lubi święty spokój i z rzadka wchodzi na teren innego misia, czy to samca, czy samicy. Jak już jednak nastąpi ten cud i pani panda zajdzie w ciążę, to zajmuje się tylko jednym potomkiem z miotu, a resztę zostawia na śmierć i nawet jej brewka nie tyknie. A jak już tego małego misia odchowa, to nieco zbyt wcześnie wyrzuca go z domu i większość młodzieży pada ofiarą drapieżników. No rany Julek! Ja na prawdę podziwiam naród chiński za to, że nie tylko uratował śliczne pandy od wyginięcia, ale zaczyna prowadzić ośrodki i rezerwaty przyrody, gdzie pandy żyją dziko. Czapki z głów!

wp_20161014_11_29_53_pro
Misie nie poruszają się może z wielką gracją, ale są za to słodkie i mechate. 

Panda mała, bardziej lubiana przez Marka, jest znacznie rozsądniejsza i trzeba przynać, również bardzo wdzięczna. Obserwowanie obydwu gatunków z bliska, czasem dosłownie na wyciągnięcie ręki, to na prawdę wielka przyjemność i szczerze polecam każdemu wizytę w bazie rozmnażania pandy wielkiej w Czengdu. Jak się okazało, można tam również spotkać starych znajomych ze szkoły. Marek nie został co prawda przez Weronikę rozpoznany, ale jak trafiliśmy na siebie drugi raz, to nie omieszkał się już przedstawić. Świat jest mały wśród pand wielkich.

wp_20161014_12_00_00_pro
Takie słodkie, czarujące i urocze…A, no i panda mała w tle 😉

Niestety następny dzień znowu powitał nas brakiem słońca – sytuacja od pewnego czasu dość męcząca. Lilly przytoczyła takie powiedzenie: "Kiedy w Czengdu zaświeci słońce, to psy zaczynają szczekać". Leżące w dolinie miasteczko jest prawie cały czas przesłonięte chmurami i mgłą, więc może faktycznie zaskoczone psy mogłyby zacząć na widok podejrzanego zjawiska przyrody ujadać. Pandom nie przeszkadza – one i tak albo jedzą, albo śpią. Nie przeszkadzało i nam, by zwiedzić piękną buddyjską Świątynię Wenshu z czasów dynastii Tang. Wspaniałe posągi, modlący sie ludzie, śpiewy i…mnisi grający w badmintona stanowiły ciekawą odmianę od wszystkich świątyń, jakie do tej pory widziałam. Do okoła przybytku pełno jest uliczek, gdzie można nabyć wiele pamiątek i skosztować lokalnych przysmaków łącznie ze skorpionami i szaszłykami z różnych innych robali. Nie chcieliśmy poddawać naszych żołądków pod taki test. Zostaliśmy przy pysznym daniu z indyka, na gorącym, syczuańskim półmisku. Znaleźliśmy też wielce czarującą piekarnię, tuż obok mieszkania naszych gospodarzy, gdzie można było zjeść bułkę z boczkiem! Wreszcie! Niech tam pandy wcinają swoje bambusy, ja ze wszystkich łakoci najbardziej lubię boczek! 😀

wp_20161015_13_05_54_pro
Interbuddyjski mecz badmintonowy? Poważna sprawa.

Ania

 

P.S. Pączka maczanego w świeżo roztopionej, białej czekoladzie Ania zjadła, nie bacząc na brak boczku 😛

 

Jedna myśl nt. „Hej dziewczyno, czyli jak Ania spojrzała na misie”

Możliwość komentowania jest wyłączona.