Jeśli nie byłeś w Sian, nie byłeś tak naprawdę w Chinach, czyli ludzie z kamienia i czarujące dziewczyny

Pociąg do starożytnego miasta – Wieże i łakocie – Tłum wojowników, tłum turystów – Relaks z polskim akcentem

Do Sian pojechaliśmy pociągiem klasy Z, co oznacza, że miał takie same, twarde siedzenia, ale spomiędzy przedziałów nie dolatywały kłęby dymu tytoniowego, bo w Z-tkach jest już absolutny zakaz palenia. No i jechaliśmy szybciej. Luksus nad luksusy. Podróż odbywaliśmy w dzień, co też było znacznym plusem – nocne przejazdy jednak nie należą do najprzyjemniejszych. Tym razem nie zostaliśmy wzięci z zaskoczenia – wiedzieliśmy co nas czeka, więc głośne rozmowy sąsiadów, oglądanie filmów na pełen regulator, przejeżdżające co 15 minut wózki z jedzeniem i wszelkimi dobrami, oraz pan entuzjastycznie sprzedający paski do spodni, nie zrobili na nas aż takiego wrażenia. Pan z paskami udowadniał ich wytrzymałość wskazując, że są tak mocne, że nawet dorosły chłop się na nich powiesi i się pasek nie urwie…No nie wiem czy to tak do końca dobra rzecz. 

wp_20161010_19_28_33_pro
Wychodzimy sobie z dworca, jak gdyby nigdy nic, a tutaj mury, mury, mury.

Sian to stolica prowincji Szaansi. Miasto wielce starożytne, założone ponad 3000 lat temu, a co za tym idzie najstarsza ex-stolica Chin, siedziba wielu chińskich dynastii cesarskich, a także początek i zarazem koniec Jedwabnego szlaku. Istnieje zatem powiedzenie: "Jeśli nie byłeś w Sian, tak na prawdę nie byłeś w Chinach". Centrum miasta otaczają spektakularnie wielkie mury miejskie – częściowo pamiętające dynastię Ming, częściowo zrekonstruowane. Są tak obszerne, że odbywają się po nich wyścigi kolarskie. Co kilkadziesiąt metrów stoją wieże strażnicze z charakterystycznymi dla chińskiego budownictwa dachami. Właściwie ciężko wymienić wszystkie wspaniałości, w które obfituje Sian, bo są i pagody, i muzea, i różnego rodzaju zabytki. Skupię się więc na tym niewielkim (z konieczności) wycinku, który my obejrzeliśmy.

wp_20161010_21_09_45_pro
Mają rozmach…

Pierwszego dnia zajechaliśmy wieczorem, więc jedyne co mogliśmy zobaczyć, to światła Sian. Trzeba przynać, że są one niezwykle spektakularne – miasto lśni i błyszczy nocą, i nocą jest je bardzo dobrze zwiedzać, bo wszystkie zabytki również są podświetlane. Mury także – wszędzie blask i neony. Zrobiliśmy kilka zdjęć (niestety aparat kiepsko działa w nocy) tego przepychu i ruszyliśmy na spotkanie z naszą gospodynią. Kamila jest Polką, którą poznaliśmy poprzez Michała, którego, jak może nasi czytelnicy pamiętają, poznaliśmy w Kaszgarze. Kamila zgodziła się nas gościć przez 3 noce. Sama mieszka w kulturowej stolicy Chin już od 5 lat! Muszę przyznać, że budzi to mój nieskończony podziw, bo dla mnie różnice kultorowo-ustrojowe byłyby jednak zbyt duże. Kamila po prostu nas oczarowała – wspaniała, szalenie dowcipna i urocza dziewczyna. Dzięki niej w Sian czuliśmy się jak w domu.

wp_20161011_15_20_11_pro
Wieża Dzwonu. Taka od dzwonienia.

Następny dzień poświęciliśmy miastu. Po pierwsze postanowiliśmy przejść się do sławetnych wież, symboli Sian – Wieży Dzwonu oraz Wierzy Bębna – nazwy mówią oczywiście same za siebie – w jednej dzwon odzywał się swego czasu o świcie, a w drugiej bębniono na zachód słońca. Po drodze jednak wchłonęła nas uliczka, która stanowi prawdziwą gratkę dla miłośników kaligrafii. Można na niej dostać nie tylko piękne zwoje, wypisane wprawną ręką, ale również wszelki sprzęt konieczny do kaligrafii, a więc kamienie do tuszu, odpowiedni papier, pędzle od maleńkich, do wielkich niczym ogon konia.

wp_20161011_14_18_00_pro
Ania u wlotu (a może wylotu) ulicy kaligrafów i innych chytrych rzemieślników.

Nie daliśmy się jednak tak łatwo wciągnąć, choć faktycznie w Sian wiele uliczek wydaje się ciekawych, bo nawet zwykłe dzielnice, do których pod koniec dnia zawędrowaliśmy są dla obcokrajowca wielce egzotyczne i zajmujące. Ruszyliśmy zatem dalej na poszukiwania wież. Okazały się faktycznie piękne. Wrażenie potęgował fakt, że okoliczne budynki, nawet te najnowsze, zostały architektonicznie dostosowane do wyglądu zabytkowych. Mury, wieże, hotele, banki, sklepy, tworzą zatem harmonijną całość.

wp_20161011_15_39_26_pro
To z kolei Wieża Bębna. Taka od bębnienia.

Później postanowiliśmy zwiedzić ulicę muzułmańską. Nie wiem ilu na niej muzułmanów jest faktycznie, ale stoisk z jedzeniem – nieprzebrana ilość. Dla każdego smakosza to istny raj. Tanie i pyszne przysmaki, a do tego te zapachy, kolory, kucharze przygotowujący jedzenie na twoich oczach. Nie wiedzieliśmy gdzie się odwrócić, czego spróbować, bo ilość przysmaków jest tak wielka, że nie da się, pomimo najlepszych nawet chęci, chapsnąć wszystkiego. Smażone w różnych przyprawach tofu, wielkie sterty pokrojonych owoców, oliwki, sporej wielkości kalmary na patyku, ciasta, ciasteczka, szaszłyki…po prostu szaleństwo. Uliczka zatłoczona wszelkiej maści turystami. W końcu to trochę takie nasze Krupówki, tylko bardziej różnorodne kulinarnie.

wp_20161011_15_48_23_pro
Od razu zaznaczam – to nie są szczury, tylko kalmary pierwszej świeżości. Niemiec płakał jak wyławiał.

wp_20161011_15_44_04_pro
Owoce…Owoce, jak owoce.

wp_20161011_16_06_03_pro
Mięsa, desery, przekąski, zakąski, zdjęcia tego nie oddadzą. Kucharze oddadzą, jak im się zapłaci.

Następnego dnia trochę odespaliśmy i po południu ruszyliśmy do najbardziej znanej atrakcji, znajdującej się o godzinę drogi od Sian, czyli na spotkanie Armii Terakotowej. Składająca się z ok 7,5 tys. figur żołnierzy, na prawdę robi wrażenie. Wojownicy, według starodawnych wierzeń, mieli pomóc Pierwszemu Cesarzowi w życiu pozagrobowym. Musieli więc być solidnie przygotowani. Rzeźbiarze, trzeba przyznać, z zadania wywiązali się znakomicie. Każdy żołnierz jest unikalny, ma inną twarz, właściwą dla swojej jednostki zbroję i broń. 

wp_20161012_15_23_50_pro
Kamienne i przerażające ryje…No i armia z terakoty.

Muzeum składa się z 3 stanowisk archeologicznych. Armia została zakopana niedaleko grobowca cesarskiego, więc większość figur można oglądać jedynie z góry, zaglądając do olbrzymich dołów, w których cały czas trwają prace archeologiczne. Niektóre archeolodzy poskładali w całości i stoją w specjalnych gablotach. 

wp_20161012_15_27_29_pro
Rekonstrukcja. Chociaż wygląda trochę jak korporacyjny open space. Terakotowe pra-korposzczury?

Wiedzieliśmy, że Armia Terakotowa, to taki punkt, który trzeba w Sian zobaczyć – obowiązkowa sprawa. Niezwykły zabytek, wpisany na listę UNESCO, unikalny skarb, pomnik ludzkich możliwości, ważne wykopalisko archeologiczne. Nie zobaczyć go, to tak jak pojechać do Egiptu i bezczelnie pominąć piramidy czy Dolinę Królów. Jednak jego niezaprzeczalne walory wizualne, a co za tym idzie efekt i poczucie, że ogląda się coś wyjątkowego niszczy nieprzebrane mrowie ludzi. Tłumy są wielkie (choć przecież był to środek tygodnia, poza sezonem) i utrudniają oglądanie, zatem bardziej wiedziałam, niż czułam, że widzę coś wyjątkowego. Nie było dreszczyku emocji, który towarzyszy mi zawsze w takich chwilach. Armia Terakotowa zaspokoiła bardziej potrzebę umysłu, a nie serca.

wp_20161012_20_55_06_pro
Oooojojoooojjjj, jakie to dooobreeee. Normalnie pitoki z nieba lecieliiiii.

O potrzeby serca zadbaliśmy zatem sami. Po powrocie do mieszkania Kamili przygotowaliśmy dla niej i jej czarującej współlokatorki, Chinki Zoe, tradycyjny polski obiad. Na stół poszły kotlety a'la "schaboszczak" w panierce (zrezygnowaliśmy jedynie ze schabu na rzecz dietetycznego kurczaka), ziemniaki oraz surówka z marchwi. Kamila rzuciła się na jedzenie z radosnym okrzykiem: "schabowe!!!!". Zaserwowała pyszne, gruzińskie wino, którym podlaliśmy posiłek i w radosnych nastrojach siedzieliśmy, gadając przez cały wieczór. Może terakotowi wojownicy zaspokoili potrzebę umysłu, ale w kwestii pożywki dla duszy, Kamila i Zoe nie dały im szans :).

image2
Zdjęcie trochę pokręcone, podobnie jak chińsko-polska kompanija. Marek przez przypadek obraża Brytyjczyków.

Ania

Jedna myśl nt. „Jeśli nie byłeś w Sian, nie byłeś tak naprawdę w Chinach, czyli ludzie z kamienia i czarujące dziewczyny”

  1. No nareszcie widać, że jesteście w Chinach. Ta architektura, słynna Armia Terakotowa  i jedzonko na ulicach robią wrażenie. Brawo Aniu za polski obiad,  który musiał smakować, bo talerze wylizane do czysta.

Możliwość komentowania jest wyłączona.