Bao i Mao, czyli w stolicy kluch na wołowinie

Pociąg do algebry – Kacza zupa – Żółta rzeka – Czerwona wystawa

– Jedziecie do Lanzhou? Ale przecież nic tam nie ma, a do tego miasto jest strasznie zatłoczone i niezbyt ładne. No, mają najlepszą zupę z kluskami na wołowinie w kraju, ale poza tym… 
Usłyszeliśmy to od trzech osób i za każdym razem odpowiadaliśmy tak samo – musimy się gdzieś zatrzymać, bo dwadzieścia godzin jazdy to jednak dużo. Gdybyśmy mieli jechać dłużej, odpadłyby nam…uszy. Poza tym to stolica prowincji Gansu, więc na pewno jest tam coś, co warto zobaczyć. Albo zjeść – po takiej ilości baraniny, jaką zjadaliśmy do tej pory, wołowina z kluskami zabrzmiała całkiem przyjemnie.

wp_20161007_13_14_05_pro
Poczekalnia dworcowa w Urumczi. Jeśli w pociągu chcesz mieć bagaż nad głową, musisz być Januszem boardingu.

Po tradycyjnych, niezliczonych kontrolach, klapnęliśmy w zapchanym pociągu. Był to ostatni dzień święta narodowego, więc wielu ludzi wracało do domów razem ze swoimi tobołkami, pudełkami po czajnikach, walizami, wieszakami, dzieciakami i furą jedzenia. Czasami ma się wrażenie, że Chińczyk zabiera w podróż ze sobą cały dobytek oraz 20-kilowy worek ryżu – tak na wszelki wypadek. Tym razem nie mieliśmy żadnego komunikatywnego towarzystwa, więc byliśmy skazani na siebie. No i na gościa, który chodził po wagonach i sprzedawał różne rzeczy. Był to pierwszy pracownik kolei, który nie traktował pasażerów z wyższością, ale to logiczne, w końcu chciał im coś opchnąć. A do tego pokazywał nam sztuczki matematyczne. Takie mnożenie przez dodawanie. Szalenie zajmujące, a do tego chłopak naprawdę miał charyzmę sceniczną. To znaczy wagonową. Obserwowanie, jak próbuje sprzedać cudowny krem marki Biały Tygrys, na wszelkie dolegliwości stanowił zatem pewną rozrywkę.

wp_20161007_18_09_13_pro
Po każdym udanym działaniu przez wagon przelewała się fala braw.

Dwadzieścia godzin zleciało nam dosyć szybko. Chyba więcej niż za pierwszym razem udało nam się pospać, bo nikt nie prowadził dyskursów o Temudżynie. Dojechaliśmy zatem w znakomitych nastrojach, zwłaszcza, że udało się rzutem na taśmę znaleźć na couchsurfingu gospodynię, która zgodziła się przygarnąć nas na dwie noce. Posiedzieliśmy trochę w kawiarni, a następnie ruszyliśmy na przystanek autobusowy. Ciekawa sprawa – autobusy nie chodzą tu według rozkładu. Podjeżdża taki na pierwszy przystanek dla wsiadających, zabiera pewną pulę i rusza. Następny, zabiera kolejnych pasażerów i choćby upłynęły tylko trzy minuty, również rusza w trasę. Jeśli nie ma wystarczającej liczby, czeka aż miejsca się zapełnią. Jednak tylko te siedzące. Trzeba przecież zostawić miejsce dla ludzi na kolejnych przystankach. Cena biletu, podobnie jak w Urumczi i Kaszgarze – 1 juan.

Przez szyby autobusu spoglądaliśmy na kolejną chińską metropolię i rzeczywiście nie zobaczyliśmy nic szczególnego poza otaczającymi ją wzgórzami, na których czasem zamajaczyła się jakaś pagoda. Przez miasto przepływa Rzeka Żółta (zgadnijcie jaki kolor ma w niej woda ), a nad jej brzegami jest ponoć całkiem przyjemnie. Kiedy jest ciepło rzecz jasna. Ciepło niestety nam nie było, ale tak jak w przypadku Urumczi, tak i teraz, wielką pracę nad poprawieniem naszej kondycji psychofizycznej wykonali ludzie. Bao, bo tak nazywa się malutka Chinka, która nas gościła, jest przeuroczą dziewczyną, zapaloną podróżniczką i osobą bardzo entuzjastycznie nastawioną do świata. W ciągu tych dwóch dni nie mieliśmy okazji porozmawiać bardzo dużo, ale każda minuta złożyła się na szalenie przyjemne i bardzo wartościowe doświadczenie. Jej ukochanym miejscem w Chinach jest Tybet, do którego jeździ w miarę regularnie.

img_5735
Kochana Bao 🙂

Bao odebrała nas z przystanku i zaprowadziła na swoje osiedle. Już tutaj zrobiło nam się nieco weselej. Kiedy Justin przejeżdżał przez bramę do blokowiska, zatrzymywali go policjanci, sprawdzali bagażnik, bardzo skupieni i przez to niezbyt sympatyczni. Teraz, powitało nas dwóch starszych panów ochroniarzy, uśmiechniętych od ucha do ucha. Od razu poczuliśmy, że już nie znajdujemy się w regionie zapalnym kraju. Bao zapoznała nas z ciekawą paczką młodych ludzi, a mianowicie ze swoją siostrą, jej małżonkiem i ich kolegami. W prawdzie angielski nie królował w tej wesołej kompanii, więc rozmowa musiała być tłumaczona przez Bao, ale za to bardzo entuzjastycznie zostaliśmy zaproszeni na kolację i piwo. Dwa razy nie trzeba było nam powtarzać. 

Wyszliśmy niedaleko poza osiedle, gdzie znajomy Bao, prowadził restaurację, która serwowała przysmaki kuchni ujgurskiej, zwłaszcza różnego rodzaju szaszłyki; baranie, z kurczakiem, z pieczonym rdzeniem kręgowym, nerkami, grzybami, ciastem, ziemniakami. Chłopaki chyba próbowali nas zszokować tymi różnościami, bo przecież Europejczycy delikatni, zaraz się przestraszą i będzie się z czego pośmiać, ale jak się dowiedzieli o flakach, kaszance i czerninie, spasowali. Spróbowaliśmy też łazanek z wołowiną i papryką. Całkiem, całkiem. Chińskie piwo, choć słabe, bardzo do tego wszystkiego pasowało, a i rozmowa układała się zupełnie udanie.

Oczywiście rozmawialiśmy o jedzeniu, piciu, weselach, ślubach, zwyczajach, podobieństwach i różnicach między naszymi narodami. Wniosek generalny: bywamy bardzo podobni, ale również bardzo różni. Aaaaaa! Czacha rozsadzona. Szwagrowi Bao bardzo spodobała się koncepcja, że w polskiej tradycji to dziewoja ma wnieść posag w mężowy dom. Oni, biedaki, muszą za żonkę zapłacić. Na to Bao zwróciła mu żartem uwagę, że on to tam nic nie płacił i w ogóle to hańba i wstydzić się powinien. Swoją drogą okazało się, że siostra Bao, to nie siostra rodzona, ale cioteczna. Bardzo się wszyscy ucieszyli, że u nas na ciotecznych też mówi się per siostra/brat. Gawędziło się zatem bardzo sympatycznie, ale zmęczenie dało znać o sobie. Pożegnaliśmy zatem sympatyczną knajpkę z szaszłykami. O płaceniu za siebie nie mogło być mowy – znów nas nakarmili. Zaczynamy podejrzewać, że nas tu tuczą. Czyżby przy granicy z Hong Kongiem czekał na nas celnik z wagą?

wp_20161008_19_15_49_pro
Kluchy, krowa i papryczka chili. Nie dałem rady zjeść całego. Chcieliśmy zapakować na później, ale Bao zaprotestowała.

Bao wstała do pracy bardzo wcześnie, ale zostawiła nam klucz, także staliśmy się państwem na obejściu. Nie zamarudziliśmy zbyt długo. Pogoda była nie najlepsza, a my czuliśmy się tak sobie, więc zdecydowaliśmy się na wyprawę do muzeum. Wyczytaliśmy gdzieś, że jest warte odwiedzenia i rzeczywiście bardzo się nam spodobało. Oprócz ekspozycji na temat szlaku jedwabnego i historii samej prowincji, można było zobaczyć szczątki dinozaurów, mamutów, a także obejrzeć "Park Jurajski 3". Serio. Następnie wystawa ceramiki, kaligrafii, a także sztuki buddyjskiej, która zrobiła na nas na prawdę wielkie wrażenie.

wp_20161009_14_07_51_pro
Słodki Buddo!

wp_20161009_13_30_06_pro
Szlak by to trafił…

Na deser całe skrzydło poświęcone "Czerwonemu Gansu". Prowincja jest bowiem ważnym miejscem dla chińskich komunistów. Na jej wschodnich krańcach miało dojść do połączenia kilku armii rewolucjonistów, co zakończyło tzw. Długi Marsz i rozpoczęło nowy etap wojny z Kuomintangiem. Jak się pewnie domyślacie, zderzyliśmy się na tej wystawie, z cięższą i bardziej natchnioną propagandą niż dotychczas. To już nie tysiącletnie imperium, antyczny szlak handlowy, ale wydarzenia z XX wieku, które uformowały obecne państwo chińskie. Nie chodzi więc tylko o przekręcanie faktów, ukazywanie tylko jednego punktu widzenia, tylko o używanie mocnych, nacechowanych emocjonalnie słów i frazesów. Indoktrynacja pełną gębą i ciekawe doświadczenie historyczno-kulturowe. Ogólnie muzeum oceniamy na 4+ i zdecydowanie polecamy każdemu, kto przypadkiem lub rozmyślnie zabłądzi do Lanzhou.

wp_20161009_13_21_18_pro
Czeeeeeeerwoooono miiiii….

Kiedy myśleliśmy co by tu sobie sprawić na obiad, napisała do nas Bao i powiedziała, że jej mama zrobiła przypadkiem strasznie dużo pierogów, które ktoś musi zjeść. No trudno, mus to mus. Wtranżalaliśmy więc pierogi nadziane wołowiną, imbirem i czymś zielonym, a zagryzaliśmy grubymi kluskami o kwadratowym przekroju, podlanymi pikantnym sosem. Chcieliśmy kupić deser, ale Bao powiedziała, że mamy długą podróż przed sobą i musimy oszczędzać. I tak kupiliśmy. Nie zjadła. No, żesz kurka wodna…

wp_20161009_18_28_02_pro-1
Wcinaj pierożki, wcinaj…

Marek

 

Jedna myśl nt. „Bao i Mao, czyli w stolicy kluch na wołowinie”

Możliwość komentowania jest wyłączona.