Różne odcienie przyjaźni, czyli jak to w Urumczi wszyscy zgodnie żyją

Nie ma jak u mamy – Say no more – Kontrolowana przyjaźń międzykulturowa – Pobawimy się razem?

Kolej chińska jest punktualna i szybka. Taka prawda ogólna. Nawet najwolniejsze pociągi dojeżdżają do celu raz-dwa, biorąc pod uwagę jak wielkie odległości mają do pokonania. Te najszybsze i najbardziej komfortowe, na najlepszych trasach robią ponad tysiąc kilometrów w kilka godzin. My jednak więcej uwagi przykładamy do budżetu, a nie do czasu. Do Urumczi dojechaliśmy w związku z tym zmęczeni kilkunastogodzinną nocną jazdą. Kochana Nancy zabrała nas na szczęście do ciepłego i wygodnego mieszkania, gdzie jej wspaniała mama zrobiła pyszne śniadanie. W domu Nancy czuliśmy się bardzo swojsko i miło. Mama naszej koleżanki nie mówiła w prawdzie po angielsku, ale Nancy tłumaczyła. Po za tym bardzo łatwo było zrozumieć, że pani domu chce od nas tylko, żebyśmy jedli i jedli, i jedli, a potem coś przekąsili. Na prawdę wszystkie spotkane w tej podróży mamy uważają chyba, że w Polsce panuje głód ;).

wp_20161005_14_39_41_pro
"Skromny" obiad u mamy Nancy, czyli ujgurskie polu – ryż, warzywa, jagnięcina.
wechatimage636112585386894660
Zmęczeni i lekko przemarznięci z początku, tutaj już nakarmieni i radośni 🙂

Przedpołudnie spędziliśmy głównie na drzemce. Nancy ruszyła do Kaszgaru, a jej mama, obkarmiwszy nas po wręby (oprócz śniadania, kupiła nam również jagnięcinę na obiad) dopilnowała, byśmy zostali przejęci przez naszego gospodarza na dwa najbliższe dni – Justina. Ciekawostka – poznani przez couchsurfing Chińczycy przybierają na potrzeby gości spoza kraju łatwiejsze do zapamiętania i wymowy angielskie imiona. Justin okazał się wspaniałym gospodarzem: karmił nas, poił, woził, dawał wszelkie wskazówki, pomógł nam załatwić chińską kartę sim (wyzwanie nie lada). Wielkie są w każdym razie jego względem nas zasługi. Jednak nasze realcje mają być dokładne i prawdziwe, zatem…Na drzwiach Justina wisiała kartka z prośbami dla odwiedzających go z couchsurfingu gości. Większość oczywista – ot kwestie organizacyjne, które i my przekazywaliśmy czasem naszym surferom. Była jednak i taka, by nie podejmować dyskusji i nie wyrażać swoich negatywnych opinii na temat władz chińskich. Uszanowaliśmy. Raz, że to jego dom i jego zasady, a dwa, że pewnie się już w życiu nasłuchał, a samemu łatwiej narzekać, niż słyszeć to od obcokrajowca. Gospodarz może i u nas poprosić, i często tak bywa, by nie rozmawiać o polityce przy jego stole. Biorąc pod uwagę fakt, że byliśmy gośćmi w kraju, i w domu Justina, nie podejmowaliśmy tematu. Było z resztą tyle innych ciekawych kwestii, że nie kusiło nas jakoś bardzo…a jednak…wink, wink, nudge, nudge, say no more ;).

wp_20161005_21_52_13_pro
Restauracja, do której zabrał nas Justin (to ten pierwszy z prawej). 
wp_20161005_20_35_12_pro
A to jedno z dań, którym nas częstował. Wołowina w delikatnej panierce, delikatnie przyprawiona. Delikates 😉

Co do samego Urumczi – jest to wielka metropolia, stolica regionu Sinciang i największe miasto Chin zachodnich. Stężenie drapaczy chmur – olbrzymie, a nawet bloki mieszkalne mogą się do nich zaliczać, bo mają po kilkanaście, a nawet więcej pięter. Przykładowo, my mieszkaliśmy na "zaledwie" 17. W mieście wiele atrakcji, poza oczywistym faktem przebywania w chińskim mieście, nie ma. Ciekawe jest muzeum, które posiada w swoich zbiorach mumie ludzkie, zakonserwowane przez suchy klimat pustyni. Jedna z mumii kobiecych była ponoć niezłą laską w swoim czasie. Z resztą oceńcie sami ;).

wp_20161006_14_35_55_pro
Nieźle się trzyma jak na trzy tysiące lat

Muzeum przedstawia również analizę kultur i zwyczajów wielu grup etnicznych, które poprzez Jedwabny Szlak siłą rzeczy spotkały się ze sobą w tym regionie. Jak informuje muzeum, wszystkie te grupy współdziałały w pokoju i wzrastającej wzajemnej sympatii. Oczywiście dziś jest jeszcze lepiej i wspanialej, gdyby się kto pytał ;). Hmmmm…no ok, niech im będzie, że jest różowo, skoro tak być musi. Ciekawe jednak, że: do autobusów nie wolno wnosić żadnych płynów, nawet nasza niewinna herbata musiała zostać wylana, kontrole wszelkich bagaży i usuwanie z nich nawet zapalniczek z Hello Kitty odbywa się we wszelkich środkach transportu i budynkach publicznych (również w muzeach). A co najważniejsze, wszystkie te zabezpieczenia na prawdę mają swój sens. Nie obejmując szerokim rozważaniem sytuacji Ujgurów w tym regionie, bo po prostu się na tym nie znam, fakt pozostaje faktem – całkiem niedawno w Urumczi nastąpiły ataki na niewinnych cywilów, z których wielu poniosło śmierć. Bez względu na przekonania, których się broni, niezależność o którą chce się walczyć, jedno jest dla mnie jasne, takie ataki potępić należy. Zrozumiała jest też zatem wzmożona ostrożność miejscowych służb porządkowych. Przykra sprawa.

wp_20161006_16_56_49_pro-1
Miejska dżungla Urumczi

Wracając do weselszej nuty – całkiem ładnym miejscem w Urumczi jest także królujące nad miastem Czerwone Wzgórze, otoczone przez Park Hongshan. Wzgórze nie stanowi wyzwania alpinistycznego (nachylenie terenu mniej więcej jak w Łazienkach Królewskich), ale mieliśmy trochę trudności ze znalezieniem wejścia do parku. Zapytaliśmy parę młodych ludzi jak iść, a że dżentelmen znał kilka słów po angielsku i zasugerował byśmy poszli razem, wielce się ucieszyliśmy. Fakt, faktem, że swoją gotowość do towarzyszenia nam w czasie spaceru ujął w dość zabawny sposób: "We can play together!" połączone z wielce radosnym wyrazem twarzy :). W ogóle Chińczycy stosują angielskie słowa i zwroty dość frywolnie, często posiłkują się kalkami językowymi, co daje czasem komiczny efekt. Ot taka np tabliczka o tym, by nie niszczyć zieleni:

wp_20161006_16_52_41_pro
Poetycko dość

W każdym razie było to bardzo miłe nam towarzystwo, choć nie mogliśmy zbyt wiele uwag wymienić. Weszliśmy na szczyt wzgórza, gdzie znajduje się całkiem ładna pagoda. Największe wrażenie zrobiły na nas jednak góry. Urumczi leży bowiem u podnóża Tienszan. Trzeba przyznać, że ośnieżone szczyty górujące nad drapaczami chmur robią niesamowite wrażenie. Nasi przewodnicy byli tak mili, że zaprowadzili nas następnie na właściwy przystanek autobusowy i dopilnowali, byśmy wiedzieli czym i jak jechać. Znaki chińskie są bowiem tak skomplikowane, że znalezienie na tablicy z opisem trasy autobusu właściwego przystanku jest pewnym wyzwaniem. Obecnie chyba już nam lepiej idzie, choć do głowy by mi nie przyszło, żeby mówić, że cokolwiek z tego gąszczu linii i ogonków rozumiem. 

wp_20161006_16_57_08_pro
Urumczi jest jak ogr. Ma warstwy.

Ania

2 myśli nt. „Różne odcienie przyjaźni, czyli jak to w Urumczi wszyscy zgodnie żyją”

Możliwość komentowania jest wyłączona.