Jedwabny szlak na opak, czyli z Kaszgaru do Urumczi

Z ziemi chińskiej do Polski – Bezgłośni bandyci jezdni – Bileciki do kontroli! – Bileciki do kontroli! – Bileciki do kontroli!

Nadszedł następny raz, więc wypada napisać o tym, jak wdzięcznym miastem jest Kaszgar. Niestety relacja nie będzie tak obszerna, jak mogłaby być. Przekraczanie granic, duże wahania wysokości i być może ostatnie samsy, które zjedliśmy w Kirgistanie, sprawiły, że po pierwszej nocy w Old Town Youth Hostel musieliśmy przenieść się do hotelu o wyższym standardzie, gdzie mogliśmy wszystko wyżej wymienione odchorować. Szkoda, bo hostel był niesamowicie klimatyczny i roiło się w nim od ciekawych podróżników. Tradycyjnie spotkaliśmy również rodaka. Michał pochodzi z Kielc, studiował sinologię w Warszawie, a teraz postanowił przejechać na rowerze trasę z Xian do Polski. Udzielił nam wielu cennych wskazówek, a także przedstawił nas polskiej społeczności internetowej w Chinach. Nawet jeśli czasem możemy ponarzekać na pecha, to niezbyt długo 🙂

wp_20160929_10_19_45_pro
Michał – dzielny cyklista z Kielc. Otoczony przez trochę mniej dzielnych, ale jednak dzielnych nas.

Wróćmy jednak do samego Kaszgaru, czy też, jak mówią Chińczycy Han, Kashi. Wjechaliśmy do miasta po zachodzie słońca, więc pierwsze, co rzuciło nam się w oczy to iluminacja. Budynki podświetlone, rozświetlone, prześwietlone, naświetlone, główne ulice usiane lampionami i latarniami. Ruch uliczny bardzo niepoukładany dla niewprawnego oka turysty, ale pomimo pozornego chaosu nikt nikomu krzywdy nie robi. Samochody co i rusz zmieniają pasy, zdawałoby się na chybił trafił, piesi przechodzą gdzie się da, a w środku całej zawieruchy przemykają przerażające skutery. Idziesz pan sobie spokojnie ulicą, spacerując niby, a tu wyjeżdża ci taki jeden z drugim. Bezgłośnie, zza pleców, z boku, spod ziemi, z przestworzy. Przed tymi elektrycznymi mordulcami nie ma ucieczki. Na szczęście kierowcy bardzo uważają na pieszych i nie rozjeżdżają ich bezlitośnie.

wp_20161002_10_43_50_pro
Jedna z urokliwych i opanowanych przez ciche skutery uliczek w starej części Kaszgaru.

Swoją drogą sami piesi, gdy widzą turystę, również przełączają się na tryb "Uwaga, osoba specjalnej troski" i już pięć metrów przed zwiedzającym zwalniają, na wypadek gdyby ten w amoku zwiedzania miał stratować wszystkich na swojej drodze. Zamiaru takiego nie mieliśmy, bo, jako się rzekło, miasto wielce wdzięczne. Zwłaszcza stara, ujgurska jego część. Chińska jest nowoczesna na wskroś i nie ma w niej nic, czego już nie widzieliśmy lub nie zobaczymy w każdym innym mieście. Starówka natomiast, z wąskimi uliczkami, sklepikami, kuźniami i innymi zakładami rzemieślniczymi, straganami pełnymi owoców oraz aromatycznych przypraw zdecydowanie lepiej oddaje ducha szlaku jedwabnego.

wp_20161002_14_25_39_pro
Przyprawy, orzechy i wszelkie dobrości. Aż w nosie kręci.

Ducha tego na pewno nie oddają za to wszechobecne posterunki policyjne, patrole wojskowe i kontrole we wszystkich większych/ważniejszych przybytkach handlowych. Jest to niestety pokłosie ostatniej dekady, w czasie której nasiliły się ataki ujgurskich separatystów na Chińczyków Han. Nie będziemy tu przeprowadzać analiz, wskazywać przyczyn, czy silić się na wyciąganie wniosków. Sam pobyt tutaj nie otworzy nam oczu, ani nie rozjaśni w głowach. Z różnych względów, o których napiszemy za jakiś czas.

Po paru dniach rekonwalescencji i zwiedzania, przyszedł w końcu czas na to, by rozpocząć naszą żelazną drogę do Makao. Ponad 8000 kilometrów w trzy tygodnie, w tym pierwszy odcinek na trasie Kaszgar – Urumczi (ponad 1500 km), którego pokonanie zajmuje 17 godzin. Rozpocznijmy jednak od samego wjazdu na dworzec. Dotarliśmy tam autobusem miejskim (1 juan , czyli ok 60 gr za jeden przejazd) i musieliśmy przejść przez trzy punkty kontrolne, by dotrzeć do kasy biletowej, a potem jeszcze jeden, by usiąść w poczekalni. Na chińskich dworcach kolejowych panuje bowiem ład podobny do tego, który znamy z lotnisk. Bilet trzeba okazać już na wejściu do hali głównej, a tam należy skierować się do odpowiedniego sektora, gdzie znajdują się bramki wejściowe dla konkretnych pociągów. Mniej lub bardziej od siebie odgrodzone. Na 15-20 minut przed odjazdem bramki otwierają się i można, po powtórnym okazaniu biletu, przejść na peron, odnaleźć swój wagon, pokazać ponownie bilet, by w końcu usiąść lub położyć się na swoich miejscach. Kategorie biletów są różnorakie i zależą od klasy pociągu, ale zasadniczo dzielą się na: twarde siedzenia, twarde łóżka, miękkie siedzenia i miękkie łóżka. No i bilety stojące. Oczywiście ludzie nie stoją przez 1500 kilometrów jazdy, a raczej polują na miejsca, które są zwalniane przez wysiadających albo choćby tych, którzy idą zapalić do łącznika między wagonami. Bilety, oprócz tego, że sprawdzane są trzy razy przed wejściem do wagonu, kontrolowane są również przez konduktorów, a także przy wyjściu z dworca docelowego. Suma sumarum, przynajmniej pięć razy. Zastanawialiśmy się jak u kaduka ktoś miałby jechać na gapę przy takiej kontroli na wejściu, ale nic nie wymyśliliśmy.

wp_20161001_09_28_09_pro
Ostatnie śniadanie przed podróżą. Tofu z przyprawami, pieczona marchewka, pieczone, ale dość dziwne ziemniaki. Pycha.

Trzeba nam przyznać, że 17 godzin podróży znieśliśmy lepiej, niż się po sobie spodziewaliśmy. Miejsca nie mieliśmy co prawda zbyt dużo, a siedzenia nie były szczególnie wygodne, ale udało nam się parę razy zdrzemnąć, a głośne rozmowy sąsiadów przestały po pewnym czasie przeszkadzać. Rozmawiali po ujgursku, ale jeden temat udało się wyłapać. Chodziło o przywódców narodowych. Od Dżyngis-Chana do Mao Zedonga. Rozmowa musiała być diablo ciekawa, bo ludzie z całego wagonu (a może i z innych) zleźli się, żeby posłuchać. Nam udało się nawiązać kontakt z jakimś młodzieniaszkiem, który próbował zagadać po angielsku, ale w końcu przeszedł na translator internetowy. Jakoś to działało i okazało się, że młody ma piętnaście lat, lubi piłkę nożną (Messi, Ronaldo good!), koszykówkę i wyścigi samochodowe. Lubił również, kiedy jego młodszy brat strzelał do mnie i Ani z plastikowego pistoletu. Nawet po tym jak się poddaliśmy. Drań jeden.

wp_20161004_18_52_56_pro
Zdjęcie zrobione już z pociągu. Taki krajobraz towarzyszył nam przez setki kilometrów.

Czas leciał jakoś, odmierzany kolejnymi kursami wózka wypełnionego zupkami chińskimi, przemarszami gościa, który sprzedawał chusteczki higieniczne oraz 10-minutowymi komunikatami, płynącymi z głośników naprzemiennie z muzyką. Na około krajobraz pustynny, z początku zupełnie niesamowity, ale później monotonny. Nie płakaliśmy, kiedy zrobiło się ciemno. Po wagonie przeszedł wtedy policjant, który przypomniał każdemu, że przed zaśnięciem należy schować telefony do kieszeni lub plecaka. Powiedział to tonem tak nie znoszącym sprzeciwu, że na początku myśleliśmy, że rozkazuje nam wyłączyć wszystką elektronikę.

Pospaliśmy, podjedliśmy i dojechaliśmy. 7.30 czasu pekińskiego, czyli tak naprawdę 5.30. Zimno jak w psiarni, obsługa pogania, żeby szybko wysiadać i w ogóle wynosić się ze stacji. Przejechaliśmy pociągiem? Była zabawa? No to teraz spierniczać do wyjścia, w końcu jesteśmy zaledwie pasażerami. Wyszliśmy pośpiesznie za bramkę wyjściową, ubraliśmy się w cieplejsze ubrania i momentalnie zostaliśmy wyłowieni z tłumu przez Nancy. Nancy to nasza gospodyni, która będzie nas gościć w Changsha, a która w drodze do Kaszgaru przejeżdżała akurat przez rodzinne Urumczi. Parę dni wcześniej okazało się, że może nas odebrać i przechować do wieczora u swojej mamy, w oczekiwaniu aż nasz gospodarz z Urumczi – Justin – będzie nas mógł przechwycić. Tym sposobem uratowała nasze zmarznięte du… dusze. Pobyt w stolicy Xinjiang rozpoczął się od zimna i porcji deszczu, ale bardzo szybko przerodził się w doświadczenie pełne ciepła i wesołości. O tym jednak w następnym wpisie :).

Marek

3 myśli nt. „Jedwabny szlak na opak, czyli z Kaszgaru do Urumczi”

Możliwość komentowania jest wyłączona.