Jak zostać zakładnikiem, czyli 6 punktów kontrolnych w Chinach

Pamir na śniadanie – Miłe złego początki – Europejski idealizm – Okup za paszport

Różnie różni w internecie o granicy kirgisko-chińskiej plotą, byliśmy więc mniej lub bardziej gotowi na ciekawe przeżycia. Przejścia graniczne są dwa, ale Turugard przeznaczono tylko dla obywateli Chin i Kirgistanu. Inni chętni potrzebują specjalnych zezwoleń – do tego płatnych. Wybraliśmy więc bardziej oczywiste, choć nadal mało popularne turystycznie Irkeshtam. Tu właśnie spotykają się góry Tien Szan z Pamirem. 

wp_20160928_10_32_48_pro
Pierwsza z górskich przełęczy na naszej drodze. Zaledwie jakieś 2400 m.n.p.m.

Pierwszą część trasy – ok 300 km między Osz, a granicą przejechaliśmy z Asadem. Można w prawdzie zdecydować się na bezpośredni autobus Osz-Kaszgar, ale po pierwsze kosztuje on 85$ od łebka, a po wtóre jedzie w nocy i nic byśmy nie zobaczyli. Poza tym byliśmy spragnieni nowych przygód po lenistwie w Osz. A przy okazji Asad opowiedział nam trochę o historii regionu. Jechaliśmy z Doliny Fergańskiej do Doliny Zmarźniętego Nosa, mijając wielkie pole bitwy, na którym starły się wojska rosyjskie i miejscowego ludu pod wodzą Kurmanjan-Datki, Królowej Południa, zwanej również Królową Gór. Rosjanie dostali ponoć takiego łupnia, że postanowili porzucić rozwiązania siłowe i przejść na ścieżkę dyplomacji.  Dumna przywódczyni zaś nakłoniła swoich poddanych do przyjęcia zwierzchnictwa rosyjskiego, póki wróg się nie rozmyśli i nie wyśle kolejnej ekspedycji. Ale o tym ostatnim Asad nam już nie powiedział, musieliśmy doczytać sami ;).

wp_20160928_12_51_00_pro
Wioska Sary Tash. Tutaj rozchodzą się drogi do Tadżykistanu i Chin. 

Mijaliśmy kolejne wzniesienia i przełęcze. Wjechaliśmy na prawie 3800 m, co poskutkowało lekkimi zawrotami głowy, bo Asad jechał dość szybko. Nagle jednak naszym oczom ukazały się ośnieżone szczyty – Pamir. Po raz kolejny w czasie tej podróży musiałam zbierać z podłogi opadniętą szczękę. Jak opisać piękno, majestat i potęgę tego widoku? Czy to w ogóle możliwe? Przed nami piętrzyły się 6 i 7-tysięczniki, skrzyły się w słońcu, masywne i wspaniałe.
– To najpiękniejszy widok, jaki widziałem w życiu – stwierdził Marek. Mogłam tylko przyznać mu rację.
– Teraz już wiecie dlaczego tak lubię tę trasę – powiedział z uśmiechem Asad. – Tu, w górach, ładuję baterie, nabieram energii. Te góry są za każdym razem inne. W słońcu, śniegu, deszczu, latem, zimą – zawsze inne. Zawsze piękne.

wp_20160928_13_16_19_pro
Może obraz jest wart tysiąc słów, ale nawet on nie odda całego piękna i majestatu tego, co tam zobaczyliśmy.

wp_20160928_13_16_45_pro
Ania zdecydowanie nie mogła udźwignąć całości, ale bardzo się starała. Postój na ponad 3700 m n.p.m.

Z prawdziwym żalem pożegnaliśmy widok Pamiru. Teraz czekało nas zmierzenie się z przejściem granicznym Irkeshtam. Asad miał zezwolenia umożliwiające mu podwiezienie  nas tuż pod samą chińską granicę. Przejechaliśmy zatem sprawnie przez dwie kontrole kirgiskie. Dostaliśmy pieczątki w paszportach, pomachaliśmy górom, pożegnaliśmy się z Asadem i ruszyliśmy do pierwszego punktu kontrolnego po stronie chińskiej. 

wp_20160928_14_18_04_pro
Ostatnie chwile z Asadem. Samo przejście na 2800 m n.p.m. , ale drałować tam z plecakami nadal było jakby ciężej 😉

Przeszliśmy przez sporych rozmiarów bramę i zobaczyliśmy grupę celników, którzy na spotkanie z nami wysłali chyba najmłodszego spośród nich. Młodzieniec rzucił okiem na paszporty i machnął ręką wskazując, że powinniśmy iść dalej drogą. Zdziwiła nas bardzo ta pobieżna kontrola w punkcie nr 1. Czyżby wszystkie opowieści o formalnościach na chińskiej granicy i upierdliwości celników mijały się z prawdą? A może tylko próbują uśpić naszą czujność? 😉 No nic, nie ma co marudzić jak jest dobrze – idziemy dalej. Po chwili dogonił nas busik. W środku celnik i kierowca. Byli całkiem mili, uśmiechali się, a celnik poprosił o paszporty. Zabrali nas do punktu kontrolnego nr 2. Wysiedliśmy przy budynku, w którym prześwietleniu poddano nasze bagaże. Jak na razie wszystko ok. Siadamy, czekamy na paszporty. Z nami czeka jeszcze jeden chłopak z Tadżykistanu. Mijają minuty.

Nagle, jak spod ziemi wyrasta znany już skądinąd kierowca busika. Ona nas przewiezie przez kolejne punkty kontrolne aż do punktu Ulugquat – mówi. Za 50$! Przez chwilę patrzymy na niego jak na szaleńca, poczym odmawiamy. Przecież do Ulugquat  jest raptem 150 km, więc 50$ to gruba przesada – wiem dobrze jakie są ceny taksówek, odrobiliśmy pracę domową! Okazuje się jednak, że to nie żadna przesada, a jedyna opcja. Czekający razem z nami Tadżyk tłumaczy cierpliwie jełopom z Polski, że albo pojedziemy z tym kierowcą za 50$, albo nigdzie się stąd nie ruszymy. Jechał tędy nie raz, więc wie. Jedyna możliwość dojechania do Ulugquat jest bowiem następująca…Paszporty trafiają w ręce kierowcy, on nas wiezie te 150 km, a następnie płacimy i wtedy dostaniemy nasze paszporty! Krew się w żyłach gotuje. Idziemy do celników. Oni nie rozumieją o co nam chodzi i nie jest to wynik bariery językowej, bo sympatyczny Tadżyk wspomaga nasze tłumaczenia. Celnicy nic nie pojmują – u nich to przecież normalna procedura. Tłumaczymy, że paszportów nie może dostać kierowca, osoba prywatna, że to niezgodne z międzynarodowym prawem, że nie chcemy, że nie wolno. Ehhh, te nasze głupie "z prawem", i "nie wolno", i "nie chcę". Tadżyk rozbawiony kręci głową. Budzimy ogólną wesołość. Tylko kierowca się burmuszy. Jak chcemy, możemy tu sobie zostać do jutra, albo i dłużej – mówi. Jemu się nie spieszy. Ale jak jutro wróci, to już będzie nie 50$, a 100. Łapiemy się za głowy na bezczelną groźbę. Słyszeliśmy w prawdzie, że możemy zostać postawieni w takiej sytuacji, ale mimo wszystko ciśnienie skacze.

Cóż czynić? Zgadzamy się, choć krew się burzy, a przekleństwa cisną się na usta. Zostajemy wszak de facto zakładnikami tego cholernego kierowcy! On i celnicy po prostu mówią nam otwarcie, że jeśli nie zapłacimy to nie dostajemy naszych paszportów. Nigdzie się bez nich ruszyć nie możemy z tego budynku, bo jak? Do Chin nas nie wpuszczą, cofnięcie się do Kirgistanu nie jest już możliwe. Możemy w prawdzie postawić się i zostać gdzie stoimy, ale wokół przecież góry i pustynia. Sklepów nie ma, toaleta w krzakach. I co dalej? Dzwonić po ambasadach? Składać skargi? No można, ale chyba z zapasami żywności i wody na miesiąc oraz żelazną wolą. A efekt niepewny.

Z urażoną dumą wsiadamy i ruszamy z nadal naburmuszonym kierowcą. Ah ci szurnięci Europejczycy i ich durne idee. Punkt nr 3 – celnik przygląda się nam i paszportom, robi notatki w wielgachnej księdze. Punkt nr 4 – kolejne oględziny twarzy i paszportów – tak, to nadal my – poprzedni by nas nie puścili, jakbyśmy nie byli podobni do naszych zdjęć. W końcu docieramy do Ulugquat, punkt nr 5, gdzie płacimy okup 50$ za paszporty i przechodzimy kolejną kontrolę bagażu. Nadal nie mamy w plecaku narkotyków i broni palnej, więc nas puszczają. Dużo bardziej już zresztą uprzejmi i mówiący po angielsku. Wraz z Tadżykiem ruszamy do taksówki. We troje taniej, a jeszcze kierowca jest znajomym naszego towarzysza podróży, więc płacimy 160 juanów mniej niż za klasyczną taxi do Kaszgaru. Zawsze coś :). Po drodze jeszcze jedna kontrola paszportów i twarzy – nr 6 – wciąż te same zdjęcia, wciąż te same buzie, więc po co? Nie wiadomo, ale teraz już oficjalnie jesteśmy w Chinach. Humory jednak nie najlepsze.

Podsumowując – droga Osz-Kaszgar bez udziału przewoźnika, który wiezie cię z punktu do punktu, to z pewnością niezła przygoda. Czy warto? Na pewno widok Pamiru wiele wynagradza. Osoby, które nie chcą wpaść w pułapkę okupu 50$ powinny jednak zrezygnować z jechania na własną rękę. Kaszgar jest za to miastem wielce wdzięcznym. Ale o tym już następnym razem :).

Ania

Jedna myśl nt. „Jak zostać zakładnikiem, czyli 6 punktów kontrolnych w Chinach”

Możliwość komentowania jest wyłączona.