Gościna u Asada, czyli ostatnie dni w Kirgistanie

Plov i Jelcyn – Pięć serc – Trzy imperia – "Pół godziny"

Okazało się, że Asad, w związku z problemami ze swoim automobilem, zmuszony był odbyć trzydniową trasę w dni sześć. Niemniej zanim padł na twarz w swojej sypialni, usadził nas na klasycznym, środkowoazjatyckim tapczanie, podał herbatę, chleb z dżemem malinowym, a na koniec plov własnej roboty. Ryż z przyprawami, baranim mięsem, baranim tłuszczem i baranią wątrobą. Chyba jeszcze nic mi tu tak bardzo nie smakowało. Ku pokrzepieniu serc, gospodarz nasz wyciągnął również opasłą butelkę wódki marki Borys Jelcyn. Powiedział, że on zasadniczo nie pije dużo, ale ta jakoś wyjątkowo mu posmakowała. Nam też, a do tego dobrze pasowała do dania głównego. Piliśmy więc za przyjaźń polsko-kirgiską, za gospodarza i za gości.

wp_20160925_18_39_17_pro
Oto plov. Plov, proszę państwa, smaczny jest wielce 🙂

Jako, że Asad jest miejscowym przewodnikiem, zna bardzo dobrze historię swojego kraju, kulturę nomadyczną i jest w stanie opowiadać o tym z jako takim dystansem, gawędziło nam się przednio. Spora część traktowała oczywiście okoniach, a Asad rozpoczął ją od przytoczenia zagadki swojego dziadka. Zapytał ile serc ma koń. Wiedzieliśmy, że to podstęp, ale musimy odpowiedzieć źle, żeby zostać naprostowani. Jedno? Nie. Koń rodzi się z pięcioma sercami. Jednym w piersi, czterema w kopytach. Jeżeli nie powstanie bowiem i nie zacznie chodzić wkrótce po urodzeniu, to krew nie zacznie krążyć poprawnie, a źrebię nie przeżyje. Konie są oczywiście wszechobecne w tym kraju, a absolutną, końską elitę tworzą Argamak. Otóż legenda głosi, że konie owe pochodzą z terenów obecnego Kirgistanu, choć obecnie największe i najlepsze hodowle prowadzą Turkmeni i Kazachowie. Zgrabne, niezbyt duże, ale też nie bardzo małe. Wytrzymałe niczym wielbłądy, mogące biegać po każdym rodzaju nawierzchni, bardzo szybko, bardzo długo. Jeżeli ktoś takiego konia posiada, traktuje prawie jak członka rodziny. Asad powiedział, że gdyby miał takiego w stajni to musiałby mu teraz sprezentować kawałek baraniego tłuszczu. Żaden tam suchy chleb. Sam pytał trochę o historię Polski, o naszą gospodarkę, o sport. Nie wiedział, że Robert Lewandowski jest Polakiem. O zgrozo… Tak czy inaczej, pogadaliśmy, wtryniliśmy na spółkę cały plov, a potem udaliśmy się na zasłużony spoczynek. 

wp_20160926_13_09_50_pro
Tapczan jaki jest, każdy widzi.

Kolejne dwa dni nie upłynęły nam niestety krajoznawczo. Musieliśmy zrobić pranie, złapać na mieście internet, zaplanować dalszą podróż, obskoczyć bankomaty, dworzec autobusowy, znaleźć jedzenie. Jakoś tak nam się to wszystko rozwlekło, że nie zdążyliśmy zbyt wiele zobaczyć. Wieczorem Asad przedstawił nam swoją narzeczoną, prześliczną Datkę i dowiedziawszy się ile kosztuje bezpośredni bilet autobusowy z Osz do Kaszgaru, powiedział, że do granicy zawiezie nas za tyle, że nawet licząc taksówki po stronie chińskiej (podobno są obowiązkowe, bo celnicy nie puszczają pieszych i nie można łapać stopa), wyjdzie nam dużo taniej, a po drodze będzie się zatrzymywał we wspaniałych miejscach, gdzie będziemy mogli zrobić piękne zdjęcia. Ucieszyliśmy się, bo lepiej zostawić pieniądze u znajomego, a nie w krwiożerczej korporacji autobusowej, która z pewnością winduje ceny, by przejąć władzę nad światem, czy coś. Asad powiedział, że tylko odwiezie Datkę do domu i wróci, by napić się z nami piwa, i obgadać sprawę. 

wp_20160926_13_09_32_pro
Ania i podrasowana frania, czyli festiwal prania.

Cztery godziny później nadal go nie było, a gdy w końcu się zjawił, powiedział, że zeszło mu troszkę dłużej. Niemożliwe. W każdym razie umówiliśmy się, że rano skoczymy z Anią do miasta, by zmienić rezerwację w kaszgarskim hostelu, a potem jedziemy po Datkę i ruszamy w malowniczą podróż ku granicy chińskiej. Niestety rezerwacji nie dało się już zmienić, nowej nie udało się zrobić, wróciliśmy więc do domu asadowego na tarczy, rozważając nasze opcje. Gospodarza w domu nie było, ale jego tato powiedział, że za chwileczkę będzie. Dwadzieścia minut później zadzwonił sam Asad, by zapowiedzieć swój przyjazd za pół godziny.

wp_20160926_16_38_24_pro-1
Bazar w Osz. Nie mylić z bazarem oszskim w Biszkeku. Nie nasze klimaty, więc podziwialiśmy z daleka. 

Półtorej godziny później w końcu się pojawił. To chyba kwestia tych ogromnych przestrzeni. Skoro tutaj godzina drogi na piechotę, to dwie-trzy godziny, "niedaleko" to pięc kilometrów, to czemu pół godziny, nie miało by się rozwlekać przez dłuższy czas? Tak czy siak, zreferowałem Asadowi w jakiej jesteśmy sytuacji, ale ten uspokoił nas i powiedział, żebyśmy zostali dzień dłużej, a wyruszymy z nim jutro z rana. Bardzo nam ta propozycja spodobała się, zwłaszcza, że Ania nie czuła się tego dnia najlepiej. Znowu nie wdrapaliśmy się na Górę Sulejmana, ale przynajmniej dalsza podróż szlakiem jedwabnym nie przysparzała już żadnych zmartwień.

Marek