Nowy klimat, nowi ludzie, czyli południe po kirgisku

Człowiek ze złotym zębem – U Pana Boga w ogródku – Czempion prokreacji – Sztuka czekania

Bogiem, a prawdą zbyt wiele w Dżalalabadzie do zobaczenia nie ma, a zawitaliśmy tutaj z dwóch powodów. Primo, trzeba się w końcu gdzieś zatrzymać. Secundo, chcieliśmy zobaczyć miejsca pamięci o 5 dywizji piechoty formowanej tu w armii generała Andersa. Różnicę między południem, a północą kraju zauważyliśmy od razu. Taksówkarze i busiarze byli co prawda równie natarczywi, ale klimat cieplejszy,  a ludzie trochę mniej przyzwyczajeni do widoku objuczonego plecakami turysty. Oczywiście nie czuliśmy się zagrożeni, ale po jakimś czasie wszystkie te spojrzenia, których nie szczędzili nas miejscowi, dodały kilka deko do ciężaru, jaki musieliśmy dźwigać. Niby Dżalalabad jest trzecim co do wielkości miastem w Kirgistanie, ale ani tego nie czuć, ani nie widać. Rownież w internecie. Przyzwyczajeni do tego, że hostele idzie najłatwiej znaleźć w sieci, musieliśmy tym razem poszukać na żywca.

wp_20160922_11_20_12_pro-1
Ruszamy na Dżalalabad! Kolumnę prowadzi Ania.

Do centrum miasta dowiózł nas złotozęby jegomość, który angielskim władał dość biegle, gdyż pracował kilka lat w bazie armii amerykańskiej w Afganistanie. Jechał akurat na targ, kupić parę rzeczy potrzebnych do remontu domu i pomyślał, że przy okazji może podrzucić przyjezdnych. Zatrzymał się sam, nawet nie machaliśmy. Doszliśmy do wniosku, że najlepiej będzie udać się do kogoś kto okolicę zna, jest w stanie polecić jakieś sensowne miejsce do spania i może opowiedzieć parę okolicznych ciekawostek. Wybraliśmy więc katolicką parafię błogosławionej Matki Teresy z Kalkuty, prowadzoną przez jezuitów z Polski i Kazachstanu. Od wielu lat prowadzą działalność ewangelizacyjną w Kirgistanie, a przy okazji pomagają niepełnosprawnym dzieciom i młodzieży. Rano nikogo jednak w kościele nie było, postanowiliśmy więc posadzić gdzieś zadki i zjeść obiad. Tym razem nie po kirgisku, ale ile można jeść baraninę? 

wp_20160922_14_09_46_pro
W życiu każdego podróżnika nadchodzi dzień, w którym po prostu trzeba zjeść pizzę 😉

Posileni znaleźliśmy hostel, a wieczorem udałem się jeszcze raz do ojców jezuitów. Tym razem nie odbiłem się od drzwi, a ojciec Adam nie tylko poczęstował mnie herbatą, wyborną szynką (wieprzową!), ale również pochwalił się swoim obserwatorium astronomicznym. Zapewnił również, że jeśli zdecydujemy się zostać jeszcze jeden dzień w mieście, to możemy śmiało przenieść się do nich. Tak też uczyniliśmy. Ojcowie Adam i Józef oraz siostra Walentyna przyjęli nas bardzo ciepło, a oprócz dachu nad głową poczęstowali również obiadem i śniadaniem. Barszcz czerwony był naprawdę przepyszny 🙂 Ojciec Adam był jeszcze tak miły, że zawiózł nas do Kurortu, niegdyś ośrodka wypoczynkowego dla notabli komunistycznych, a obecnie popularnego uzdrowiska. Oczywiście pokazał też miejsca pamięci o armii Andersa, nad którymi po części sprawuje opiekę. 

wp_20160923_17_24_54_pro
Tablica na murach miejscowego uniwersytetu, gdzie podczas wojny mieścił się polski szpital polowy.

Po śniadaniu dnia następnego musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Ojciec Adam zawiózł nas na drogę wylotową w kierunku Osz, a my, pożegnawszy się serdecznie z naszym gospodarzem, ruszyliśmy pieszo przez jakąś wioskę, by znaleźć odpowiednie miejsce na złapanie okazji. Udało się niezawodnie, chociaż oczywiście kilku taksówkarzom musieliśmy tłumaczyć, że nie muszą się nami kłopotać. Naszym dobrodziejem okazał się tym razem brodaty Szakir. Lat 44, niegdyś żołnierz wojsk rakietowych, obecnie ojciec siedmiorga i dziadek czworga. Dumny ze swych mocy przerobowych (a jak sam, podkreślił, żona tylko jedna) powtarzał nam przez całą drogę, że dzieci czynić należy. Pogaworzyliśmy sobie trochę o Kirgistanie, ekonomii kraju, stosunkach międzynarodowych, o polityce. Oczywiście wnioski były takie jak zawsze. Ludzie są dobrzy, rządy złe, a największymi nieprzyjacielami obywateli są najczęściej rodzimi politycy. Oczywiście rzecz biorąc z grubsza, ogólnie i w dużym uproszczeniu.

wp_20160924_10_41_08_pro
Parafia katolicka w Dżalalabadzie. Najlepszy barszcz czerwony w mieście 😉

Szakir nie tylko starał się nam wiele opowiedzieć, ale także poczęstował słodką bułką nadziewaną karmelem i pecjalnie zjechał nieco z drogi by zaprezentować nam Uzgen – bardzo stare kirgiskie miasto z zabytkową wieżą. Mówiąc "nam" trochę jednak naciągam fakty. Zwracał się bowiem tylko do mnie, a nawet jak częstował jedzeniem, poprosił bym to ja przekazał Ani jej porcję. W czasie drugiej wizyty w Biszkeku ludzie mówili nam, że południowcy są bardziej ortodoksyjni i ostentacyjni jeśli chodzi o kwestie kulturowe i religijne. W miłym towarzystwie Szakira dojechaliśmy do Osz bardzo sprawnie, a na pożegnanie poprosiliśmy by pozdrowił całe swoje potomstwo, żonę i wnuki. As salam alejkum!

wp_20160927_10_53_40_pro-1
Wjazd do Osz i pomnik Alimbeka-Datki. Szakir określił go jako lokalnego Napoleona. 

Byliśmy więc w Osz, drugim mieście kirgiskim, od tysiącleci ważnym węzłem komunikacyjnym. Tędy bowiem wiódł szlak jedwabny z Chin na Bliski Wschód, a samo miasto to wrota do Doliny Fergańskiej. Poszukaliśmy jakiejś knajpki z Wi-Fi, rozsiedliśmy się wygodnie i spróbowaliśmy skontaktować się jakoś z naszym gospodarzem, Asadem. Z zawodu kierowca i przewodnik, miał tego dnia wrócić z nad granicy chińskiej i gościć nas przez trzy noce. Część czasu mieliśmy poświęcić na samo miasto, ale sporo również na organizację swojego przejazdu do Kaszgaru, a także pranie i lekką regenerację. Niestety przez długi czas telefon naszego gospodarza był poza zasięgiem, a my długie godziny sączyliśmy herbatę w wygodnym skąd innąd barze

wp_20160926_17_55_12_pro
Kurmanjan-Datka. Żona Alimbeka, jeszcze sławniejsza od męża. O obojgu trochę więcej napiszemy inną razą 😉

W końcu udało mi się dodzwonić. Asadowi zepsuł się samochód i spotkać się mógł z nami dopiero następnego ranka. Cóż robić, klepnęliśmy sprawnie miejsce w hostelu, wstaliśmy, ruszyliśmy, dotarliśmy, zamieściliśmy wpis i poszliśmy spać. Rano nie musieliśmy się zrywać, bo właścicielka zapewniła, że nie ma w zwyczaju wyrzucać gości skoro świt, a prosi nas tylko abyśmy zamknęli cały jej przybytek i niezbyt mocno wrzucili klucz przez bramę wjazdową. O mniej więcej rozsądnej godzinie zadzwoniłem do Asada. Kolejne problemy z samochodem sprawiły, że miał dotrzeć do Osz dopiero za dwie-trzy godziny. Zaproponował, żebyśmy umówili się w "Cafe Tomato". Powiedział, że przy ulicy Aravanskaja. Zacząłem tedy szukać w internecie.

wp_20160927_10_51_27_pro-1
Murale opisujące historię regionu.

Szukam i szukam, ulicy nie ma, kafejki nie ma. Po jakimś czasie okazało się, że to nie nazwa ulicy, ale dzielnicy. Czyli nazwą ulicy, było to co niewyraźnie i z kirgiskim akcentem powiedział wcześniej. Brzmiało jak Karadża-Datuk albo coś w ten deseń. Telefon znowu niedostępny. Kurka wodna. Kurumanjan-Datka – jest! Jedna z głównych ulic miasta. No dobrze, teraz powolutku po mapie google…Tomato, Tomato, Tomato. Nie ma. Ale czy Tomato, to nazwa, czy chodziło mu o pomidor, tylko przetłumaczył? Nie, to by było bez sensu. Wpiszę samą nazwę, dodam Osz. California, Kanada, raczej nie te okolice. Jest! Nie, to Turcja. Kurka wodna po raz drugi. Przechodzę na cyrylicę, szukam na mapie i nic. Wpisuję w wyszukiwarce iiiiiii jest. Ha! Numer 205. Brawo ja.

Miejsce znajdowało się raptem 35 minut drogi od nas, więc zasuwaliśmy raźno w palącym słońcu południa. Minęliśmy wielki bazar, podnóża góry Sulejmana i w końcu dotarliśmy – Tomato Cafe. Jak byk. Asada jeszcze nie ma, ale na szczęście jeszcze kwadrans do nieparzystej, więc zamawiamy herbatę i czekamy. I czekamy. A potem czekamy. Po godzinie dzwonię. Na początku nie ma sygnału, potem się pojawia, ale po kilku chwilach znowu "abonent poza zasięgiem". Po dwudziestu minutach podchodzi do nas właściciel baru i mówi, że jego przyjaciel Asad prosił, żeby przeprosić, bo samochód się zepsuł, i żeby przekazać, że będzie za najdalej o 17. Wyszliśmy z baru, żeby poczytać sobie na świeżym powietrzu. Wybiła godzina spotkania i nikogo nie ma. Troszkę nam się już uprzykrzyło czekanie, a poza tym naprawdę straciliśmy sporo czasu, który mogliśmy poświęcić na coś zupełnie innego, więc zdecydowaliśmy, że za kilkanaście minut zadzwonię. Jeśli nie będzie odzewu, wracamy do hostelu. Ustalony czas minął, wstałem, żeby wybrać numer i dosłownie w tym momencie, pod drzwi kafejki podjechał Asad we własnej osobie. Lepiej późno niż wcale 🙂

Marek