Na południe marsz, czyli przez góry do Dżalalabadu

Bułgarski łącznik – Tygiel narodów – Człowiek, który gapił się na owce – Nocny Łagman

Tak więc Biszkek po raz drugi. Taki BiBiszkek (hłehłehłe). Jedną noc spędziliśmy w hostelu "Friends" i trzeba przyznać, że absolutnie zasłużył on na swoją nazwę. Prowadzi go przesympatyczna rodzina, z przesympatycznym dzieciakiem, przesympatycznym wilczurem i w ogóle jest tam przesympatycznie. Nie zdążyliśmy jednak w pełni zaprzyjaźnić się z właścicielami, bo trzeba nam było odpocząć trochę przed długą podróżą na południe, a że społeczne z nas zwierzaki, postanowiliśmy zrobić komuś wjazd na chatę 😉

Tym kimś okazał się Matthew – postać niezwykle kolorowa i ciekawa. Kiedy odbierał nas spod kawiarni od razu przypadł nam do serca. Zażywny (Stachu, oceń proszę na zdjęciu), jowialny, śmiejący się często, głośno i bardzo zaraźliwie. Urodził się w Harare, stolicy Zimbabwe. Jego mama to Zimbabwianka brytyjskiego pochodzenia, a tata to bułgarski dyplomata. Sam Matthew większość życia spędził w Belgii i jest również obywatelem tego kraju. Do Biszkeku przyjechał jako pracownik firmy, która ma dopomóc Kirgizom w rozbudzeniu wielkiego potencjału kulturowo-turystycznego, który drzemie w ich ojczyźnie. Wydaje się być odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu.

Dwa dni spędzone w jego mieszkaniu były wielkim ładowaniem baterii. Po pierwsze – nigdzie nie chodziliśmy; tyle co do sklepu. Po drugie – gadaliśmy o rzeczach, o których dawno nie mieliśmy okazji porozmawiać. Filmy, seriale (z naszym ukochanym Battlestar Galactica włącznie), gry komputerowe, gry planszowe (Matthew miał ich w Brukseli około 150!) i wiele innych tematów. Brakowało tylko momentu, w którym okazałoby się, że nasz gospodarz studiował historię i trenował szermierkę, a uznałbym że…MATTHEW STUDIOWAŁ HISTORIĘ I TRENOWAŁ SZERMIERKĘ!!! Sami przyznajcie, że to wspaniały człowiek ;).

Po długich godzinach rozmów o wszystkim, nadszedł czas na kolację w gronie jego znajomych z Biszkeku. Jeszcze więcej ludzi, czyli coś czego bardzo potrzebowaliśmy. Przybyła urocza Czołpon – Kirgizka, która studiowała w Belgii. Amit – Nepalczyk, który sprzedaje telefony i jest znany w każdym stołecznym klubie i każdej dyskotece. W końcu David z Karoliny Północnej (Ashville), urodzony na Florydzie, a obecnie uczący w Biszkeku angielskiego. Też historyk. Naprawdę świetnie się bawiliśmy, a wdzięczność nasza nie znała granic, ale próbowaliśmy ją wyrazić za pomocą litrów piwa i kaczych piersi z pomarańczą, które Ania przyrządziła dnia następnego. Pożarliśmy je ze smakiem, że aż prąd w mieszkaniu wysiadł, co niestety doprowadziło do ciągu nieszczęśliwych wydarzeń.

wp_20160919_21_40_25_pro
Amit, Ania, Matthew, Czołpon i David. I piwo. Nieśmiało w kadr wkradł się też Sowieckoje Szampanskoje.

Jako, że w Dżalalabadzie mieliśmy umówioną gospodynię z couchsurfingu, chcieliśmy za wszelką cenę zostawić sobie chociaż trochę baterii w telefonie, by móc złapać z nią kontakt w trakcie dnia. Prądu nie było, więc nad ranem musieliśmy się wspomóc gniazdkiem pobliskiej kawiarni. To z kolei opóźniło nasz wymarsz i zdecydowaliśmy się na marszrutkę, domniemując, że może niekoniecznie dotrzemy wcześniej, ale nieco pewniej. Trasa była długa na ponad 500km i nie chcieliśmy być nieprecyzyjni w ustalaniu godziny naszego przyjazdu. Niestety droga była trudna i nasz bus nie najlepiej zniósł podjazd na 3000 m.n.p.m. Na miejsce dojechaliśmy z trzygodzinnym opóźnieniem. Oczywiście naszą gospodynię o planowanym opóźnieniu poinformowaliśmy wcześniej, ale pora była zbyt późna by ją kłopotać. Nocleg przepadł nam na dobre.

wp_20160921_17_02_05_pro
Droga na Dżalalabad

Cała podróż była jednak bardzo ciekawym i uciesznym doświadczeniem. Droga, niezwykle malownicza, ciągnęła się przez przełęcze górskie i doliny, brzegiem jeziora Naryn, nad którym zachodziło słońce. Przede wszystkim jednak – ludzie. Kilkanaście osób na miejscach leżących i siedzących. Obok nas usiadły Eleonora i Kamila, które dzielnie zabawiały nas rozmową. Zwłaszcza ta pierwsza bardzo chciała poćwiczyć angielski i prosiła nawet, żeby poprawiać jej błędy. Nauczycielka szkolna i mistrzyni spartakiady kirgiskiej w szachach. Mordercza kombinacja ;). Rozmawialiśmy o kwestiach kulturowych, kulinarnych, opowiadaliśmy sobie jak jest u nas i u nich na weselach (obiecała nas zaprosić). Swoją drogą potwierdziła coś, co powiedział nam Matthew. Wiele małżeństw (25-30%) nadal poprzedzonych jest porwaniem dziewczyny z domu. Nomadyczna tradycja, a obecnie wielki problem.

wp_20160921_17_02_49_pro
Dla odmiany – góry.

Po jakimś czasie i wielu poruszonych tematach znaleźliśmy się w centrum zainteresowania większości pasażerów, a Eleonora musiała wystąpić w roli tłumacza. Jak nam się podoba kraj? Czy góry ładne? Czy mamy takie u siebie? A jeziora mamy? A czy owce widzieliśmy? Serio. Zapytali nas czy widzieliśmy te miliony owiec. To pytanie znajduje się chyba na przeciwnym biegunie niż amerykańskie "Czy macie u siebie telewizję?". Odpowiedziałem, że owszem i poklepałem się po brzuchu, mówiąc, że bardzo smaczne. Bardzo ich to wszystkich rozśmieszyło. W nagrodę dostaliśmy dwie garści ciastek maślanych od starszej pani, która miała na głowie chustę z napisem "Polen". Poczułem się prawie jak u Babci 😉

Droga z przerwami na modlitwę potrwała 13 godzin, ale na szczęście Eleonora i Kamila skutecznie nam ją umiliły. Dojechawszy do celu, zjedliśmy w ich towarzystwie późną wieczerzę i pożegnaliśmy dziewczyny, a wraz z nimi całą załogę busa, który jechał dalej na południe. Kolejne dziesięć godzin drogi przed nimi. Żal było się rozstawać, ale zostawiliśmy sobie adresy mailowe i takie tam. Po zjedzeniu łagmanu (niestety przyprawionego kolendrą, brrrr) zostaliśmy zaprowadzeni do hotelu i szybko zapadliśmy w sen. Karaluchy też. Dżalalabad musiał na nas poczekać do rana.

wp_20160922_00_50_09_pro
Kamila udokumentowała naszą wieczerzę. Obydwa zdjęcia, na których widoczna była Eleonora tajemniczo wyparowały :/

Marek