Mówi się trudno i idzie się dalej, czyli wyprawa w Dolinę Kwiatów

Bizooony – W górę i w górę – Wstańcie pasterze – Tam i z powrotem

W samym Karakoł wiele do zobaczenia nie ma, a najciekawszym budynkiem jest bez wątpienia drewniana katedra.

wp_20160913_15_57_45_pro
Katedra w Karakoł

Dlatego szybko postanowiliśmy ruszyć trochę wyżej. Niecałe 30 kilometrów od miasta znajduje się słynna formacja skalna – Jeti-Oguz, czyli siedem byków. Rzeczywiście czerwone skały przypominają nieco byki (a bardziej bizony), ale czytaliśmy, że u ich podnóży zaczyna się malownicza i stosunkowo łatwa trasa w Dolinę Kwiatów. Kostka Ani większych obciążeń by nie zniosła, ale wyglądało na to, że droga jest do capnięcia. Podjechaliśmy tym razem pół na pół – trochę marszrutką,a trochę autostopem. Grunt, że przed 14 byliśmy na miejscu. Niestety ani w Karakoł (centrum informacji turystycznej zamknięte), ani na miejscu nie można było zdobyć mapy, więc trzeba było zapytać miejscowych. Babinka w sklepie powiedziała, że i owszem Dolina Kwiatów piękna sprawa, a na miejscu można przespać się w ciepłej jurcie, a jak chcemy możemy nawet zostawić u niej ciężkie plecaki albo w ogóle przespać się w jej jurcie, to nas nawet nakarmi. Podziękowaliśmy i postanowiliśmy jednak iść objuczeni, bo a nuż górale zaśpiewają jakąś zaporową cenę i nasz Jurtek się przyda? 

wp_20160914_14_19_54_pro
Siedem byków jak byk!

Tak czy siak, Babinka wyprowadziła nas na ścieżkę, pokazała kierunek i powiedziała, że dwie godziny na piechotę. Założyliśmy, że z pełnym obciążeniem będzie ze trzy i ruszyliśmy. Najpierw ostre podejście na rozległą polanę, skąd lepiej było widać siedem byków, a potem łagodnie w górę, po śladach samochodowych. Mijaliśmy stada i pojedyncze sztuki krów, koni, czasem jakieś domostwo. Trasa rzeczywiście łatwa, a widoki co raz to lepsze. Po pokonaniu niewielkiego grzbietu przechodziliśmy obok skromnego gospodarstwa i postanowiłem zapytać siedzącej tam Babinki nr 2, jak daleko jeszcze. Nie wiedziała. Upewniłem się jeszcze, że droga na pewno dobra i poszliśmy dalej. 

wp_20160914_16_05_02_pro
Jakiś bezimienny 3-4 tysięcznik. Trochę kojarzy mi się ze Starorobociańskim.

Po drugim grzbiecie rozpostarł się przed nami widok szerokiej doliny z kilkoma pasterskimi jurtami i całą masą owiec, kóz oraz koni, ale z tego co wiedzieliśmy i co nam mówili, to nie mogło być miejsce docelowe. Za małe i za wcześnie, a do tego przed najostrzejszym podejściem, które widzieliśmy przed sobą. Krótki odpoczynek i wkosiliśmy je na raz, a ze szczytu widoki jak się masz. Z jednej strony góry, z drugiej góry, a z trzeciej, w dole, jezioro Issyk-Kul (za nim kolejne góry). Cudownie. Warto było się namęczyć, bez dwóch zdań.

wp_20160914_16_38_05_pro
No po prostu cudownie 🙂

Droga poczęła z wolna opadać ku dolinie i spodziewaliśmy się, że niebawem ujrzymy białe jurty i…nic. Dwa namioty pasterskie, jakieś małe stado – to wszystko. Coś chyba poszło nie tak. Podchodzimy pytamy się. Jeden pasterz mówi, że jeszcze dwie godziny, ale inteligencja z twarzy mu nie rozświetla złociście, więc pytam drugiego. Mówi, że to nie tu, że dalej żadnych jurt nie ma, tylko jeden namiot. Wot ciekawostka. Pytam czy do asfaltowej drogi daleko, a on na to, że godzina. No trudno, coś ewidentnie po drodze poszło nie tak, coś przeoczyliśmy, ale wyprawę mieliśmy dobrą. Zejdziemy do asfaltówki, złapiemy jakiś samochód i wrócimy do Babinki nr 1, przespać się w jej jurcie. Proste, prawda?

wp_20160914_16_13_40_pro-1
Po drodze mijaliśmy wielkie i niewielkie stada kopytnych.

Niezupełnie. Droga z początku szeroka, że czterech chłopa obok siebie mogło by iść, zwężała się coraz bardziej, aż w końcu zamieniła się w wąską ścieżynkę. Kilkaset metrów dalej znikła. Wypatrzyłem ją znów z daleka, ale potem to samo – ściana ostów. Spojrzenie na słońce, na początek doliny, który majaczył się gdzieś przed nami. Szliśmy już pół godziny i na oko trzy razy tyle przed nami, jak nie więcej. Decyzja mogła być tylko jedna – odwrót strategiczny. Cofnęliśmy się do polanki pasterzy celem rozbicia tam namiotu. Raźniej wśród ludzi i zwierząt. Niestety z trójki juhasów został tylko ten mocno zmęczony. Po jakimś czasie zrozumiał, że pytam, czy możemy rozbić namiot, ale już próby zakupu mleka spełzły na niczym. Rozłożyliśmy więc Jurtka i kiedy zaczęliśmy wbijać śledzie, nasz wybitny inaczej przyjaciel powiedział, że tu nie, bo krowy będą chodzić, że tam dalej będzie lepiej. Zuch chłopak. Chyba wiem dlaczego został doić krowy, podczas gdy koledzy zgarniali stado koni z pastwisk. 

wp_20160914_18_43_06_pro
Księżyc na niebie, Jurtek na trawie, Ania w Jurtku, a na kolację konserwa rybna w tomacie. Dobrze jest 🙂

Wybaczcie mi te drobne uszczypliwości pod jego adresem, ale byłem bardzo zmęczony całą sytuacją, a nie chcę malować tutaj wizerunku szlachetnego pasterza, któremu ktoś kazał ukatrupić niemowlę, a ten je przyjął jak swoje…No, znacie ten typ. Wtarabaniliśmy się do namiotu, ubraliśmy większość naszych warstw ochronnych i skoro zmrok, próbowaliśmy zasnąć. Ktoś nam mówił, że nie będą tu chodzić krowy, to czemu słyszymy co najmniej osiemdziesiąt na około? Mniejsza z tym, przynajmniej czuliśmy, że jesteśmy częścią stada. Spaliśmy nieco pod kątem, a do tego księżyc świecił się jak buty kapitana Stelmacha , więc zanim zasnęliśmy smacznie, trochę czasu minęło. Poza tym pierwszy raz zasypialiśmy w namiocie, na wysokości ok. 2400 m.n.p.m. 

wp_20160915_08_44_11_pro
Warto było się namęczyć, oj warto!

Obudziliśmy się (co zawsze jest dobrym znakiem, jak mawia nasz przyjaciel, mistrz gier RPG Krzysiek Chyla) a ranek powitał nas przecudny. Nigdzie, dosłownie nigdzie nie było jednej chmurki na niebie. Sprawnie się spakowaliśmy, złożyliśmy namiot, pożegnaliśmy kolegę mleczarza, trzy bardzo wesołe psy pasterskie i ruszyliśmy w drogę powrotną, którą już bardzo dobrze znaliśmy. Widoki jeszcze lepsze niż dnia poprzedniego. Humory też dziwnie dopisywały, więc sprawnie przemierzaliśmy kolejne kilometry. Dotarliśmy do Byków, uzupełniliśmy zapasy wody w sklepiku Babinki nr 1 i poszliśmy na śniadanie. Zamówiliśmy manty i lagman, czyli pierogi (ciasto zdecydowanie jak nasze) z baraniną i zupę z makaronem, wołowiną i warzywami. Pożeraliśmy ze smakiem, a w tym czasie poznaliśmy bardzo sympatyczną parę, która nie dość, że zaprosiła nas do swojego miasteczka, to jeszcze zaoferowała podwózkę. Niestety rozmijaliśmy się terminowo i kierunkowo, ale rozmowa z Aytunuk i Samatem pokrzepiła nas nie gorzej niż posiłek. I na pewno lepiej niż kumys. Dostaliśmy kubek na spróbowanie, ale Ani ewidentnie nie smakował, a ja potrzebowałem wypić połowę, żeby dojść do wniosku, że nie jest to mój ulubiony napój.

wp_20160915_11_00_30_pro
Śniadanie fest!

Postanowiliśmy wkrótce potem pojechać do Karakoł, odpocząć i nadrobić zaległości na blogu. Na stopa nikt nas nie brał, a zmęczenie dawało znać o sobie, więc postanowiliśmy, że za transport zapłacimy. Zatrzymaliśmy bus, który przywiózł do Jeti kilku alpinistów i rozpoczęło się targowanie. Rozochocony kierowca zaczął od 600, ale nie z nami takie numery. Po chwili zaśpiewał 400, na co odpowiedziałem "No, 350, bo my ljudi haroszy". Uśmiechnął się, przyklepał i dowiózł bezpiecznie na miejsce 🙂 

Marek

P.S. Okazało się, że szlak do Doliny Kwiatów, wiódł w zupełnie inną stronę, zaczynał się na tyłach sklepu Babinki nr 1 i był dużo łatwiejszy oraz krótszy. Dlaczego Babinka nr 1 skierowała nas tak wysoko i dlaczego Babinka nr 2 potwierdziła, że idziemy w dobrą stronę? Może to spisek Babinek? W każdym razie widoki mieliśmy dzięki temu najlepsze w okolicy ;).

 

Jedna myśl nt. „Mówi się trudno i idzie się dalej, czyli wyprawa w Dolinę Kwiatów”

Możliwość komentowania jest wyłączona.