Autostop na piątkę, czyli taxi nam nie nada

Kraina taksówkarzy – Łzy pięknej niewiasty – Karmieni krakowską – Karmieni wszystkim

Zatrzymywanie samochodów nie nastręczało nam żadnych trudności, ale tutaj nie oznacza to jeszcze udanych łowów. Przede wszystkim trzeba się zapytać, czy samochód jest taksówką. 90% kierowców odpowiada, że owszem jest. Taki pieszostop – każda okazja jest dobra, żeby podwieźć bliźniego i cokolwiek na tym zarobić. Jak automat trzeba odpowiadać, że "taxi nie nada, u nas dziengów niet". Czasem uśmiechną się i pojadą, a czasem będą pytać, że skoro dziengów niet, to jak niby chcemy jechać dalej. My na to, że zdarzają się ludzie, którzy wezmą nas bez pieniędzy. I mamy rację 🙂

wp_20160912_11_40_27_pro
Od lewej: Pabieda, Ania i krowy. Trawa z pewnością ma smak zwycięstwa.

Do Czołpon-Aty dojechaliśmy na raz, w towarzystwie rodziny 2+1. Młody coś tam nawet po angielsku szprechał, ale był raczej nieśmiały. Samo miasteczko to typowy kurort nadmorski. To nie przejęzyczenie, Issyk-Kul jest wielkie i słone. Legenda głosi, że powstało z łez dziewczyny, o którą biło się dwóch mężczyzn. Obydwaj zginęli, ona zapłakała się na śmierć, a do dzisiaj nad jeziorem dominują dwa kierunki wiatru: wschodni i zachodni. To starzy rywale nadal walczą o względy dziewoi. Jeszcze im mało. Następnego dnia wyruszyliśmy w drogę do Karakoł, czy też Przewalska, nazwanego tak na cześć przesławnego Mikołaja Przewalskiego. Polak, rosyjski geograf i odkrywca, odniósł wielkie zasługi w wyprawach badawczych do Azji Centralnej. Zmarł właśnie nad Issyk Kul.

wp_20160913_10_53_06_pro
Nad jeziorem, ale trochę jak nad morzem.

Drogę pokonaliśmy aż na pięć razy. Najpierw zabrał nas taksówkarz. Zatrzymał się, a ja zauważyłem znaczek "Taxi" i zacząłem tłumaczyć, że nie trzeba, ale on na to, że on pieniędzy nie chce i jemu samemu zdarzało się podróżować autostopem. Podwiózł nas tylko trochę, ale może i dobrze, bo samochód gonił już chyba resztkami sił. Oczywiście nie wybrzydzamy, ale nie chcielibyśmy rekonstruować słynnej, kichającej sceny z "Misia".

Druga podwózka była wspaniała. Do samochodu wziął nas Władimir. Rosjanin, mieszkający w Grigorjewce, ale pochodzący z Wołgogradu i mający podwójne obywatelstwo. Czterdzieści lat temu stawiał znaki przy drodze, gdzieś w Tomaszowie (nie wiemy niestety którym). Bardzo sympatyczny gość. Zanim pojechaliśmy w dalszą drogę, zaprosił nas do domu, napoił herbatą, kawą, usmażył jajka i poczęstował kiełbasą krakowską (tak się u nich ten rodzaj nazywa). Pozwolił skorzystać z internetu, pokazał swoje wnuki na zdjęciach i zapewnił, że jeśli nie uda nam się złapać okazji do wieczora, to możemy u niego przenocować. Podziękowaliśmy (mimo iż trzy razy prosił, żeby tego nie robić) i niedługo potem złapaliśmy inspektora nadzoru budowlanego. Niestety decyzję o podwiezieniu nas podjął bardzo spontanicznie, bo miał jeszcze parę placów budowy do obskoczenia. Wspólnie i w przyjacielskiejatmosferze zadecydowaliśmy, że lepiej będzie się rozstać i widywać innych ludzi.

wp_20160913_12_37_56_pro
Nie jesteśmy wyznawcami selfies, ale czasem okazja wyjątkowa. Przerwa w podróży u Władimira 🙂

Kolejny dobroczyńca podwiózł nas pod bramę swojego domu, które to miejsce okazało się idealnym do łapania stopa dalej. Dostaliśmy na odchodnym jabłko i pomidor. Ostatni etap pokonaliśmy w nieoficjalnej taksówce. Kierowca jechał do Karakoł wraz z rodziną i na początku zdecydowanie powiedział, że przyjmie pieniądze. Zdziwił się, kiedy z uśmiechem powiedzieliśmy, że nie posiadamy takowych, ale kiedy dowiedział się, że już cztery razy dobrzy ludzie podwieźli nas za friko, powiedział, żebyśmy wsiadali. Wjechaliśmy mu na ambicję. Oczywiście żartuję, chłopisko poczciwe, a jego rodzinka bardzo rozmowna. Poczęstowaliśmy ich gruzińskimi orzechami, a oni wypytywali jak to w Polsce się żyje. Kierowca zapytał, co by było gdyby nikt nie chciał za darmo nas wziąć – odpowiedzieliśmy, że u nas namiot jest. Nie odpuścił jednak łatwo i powiedział, że przecież wspólna taksówka albo marszrutka nie kosztują dużo. My na to, że przed nami droga daleka i "niemnożko, niemnożko, niemnożko i niemnożko, budziet mnoga". To go ostatecznie przekonało 😉

Do Karakoł dojechaliśmy późnym popołudniem i rozpoczęliśmy odwieczną tułaczkę w poszukiwaniu gospody. Wiedzieliśmy, że ulica przy której się znajduje, biegnie niedaleko katedry prawosławnej, więc gdy zobaczyliśmy krzyże, udaliśmy się w tamtą stronę. Kiedy zaczęliśmy pytać o drogę, nikt nie potrafił nam odpowiedziećj, aż w końcu czteroosobowy, spontaniczny sabat kirgiskich nastolatek, ustalił dokąd mamy iść. Zabawna sprawa, to były trzy naprawdę bliskie przecznice od miejsca, gdzie nikt nie wiedział o istnieniu naszej ulicy. Jak już setnie się w duszy z tego faktu uśmialiśmy, dotarliśmy na miejsce w 15 minut. Zostaliśmy natychmiastowo podjęci bulionem baranim, herbatą, borsokami, trzema rodzajami ciast, i dżemami: malinowym i cytrusowo-morelowym. Dostałem też kolejny kałpak, a Ania bardzo ładną chustę. Tak jak mówił pan Kydyraliew – gościnny naród :).

wp_20160913_17_09_32_pro
A powiedziała, że zaprasza tylko na herbatę 😉

Marek

 

 

Jedna myśl nt. „Autostop na piątkę, czyli taxi nam nie nada”

Możliwość komentowania jest wyłączona.